Wojna [Conventions of War - pl]
- Автор: Уильямс Уолтер Джон
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-7480-018-6
- Переводчик: Grazyna Grygiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wojna [Conventions of War - pl]». Краткое содержание книги:
Wydawało się, że P.J. nie zastanawia się nad tym.
— Nie. Przypuszczam, że mogę wszystko zabrać.
— Wobec tego to my usuniemy graty twego klanu. Muszę jednak obejrzeć pałac. Oczywiście pod warunkiem, że nie masz nic przeciw temu, byśmy wykorzystali to miejsce na naszą ostatnią operację.
— Jasne. Oczywiście. — Na twarzy P.J. pojawił się niepokój. — Ale czy naprawdę będę mógł dołączyć do armii podziemnej, kiedy opuszczę Górne Miasto?
— P.J. — powiedziała — zawsze byłeś w armii podziemnej. Byłeś moim pierwszym rekrutem.
Chyba był zadowolony.
— Cóż, tak. Dziękuję. Ale chodziło mi o to, by zostać prawdziwym żołnierzem.
— Zawsze byłeś prawdziwym żołnierzem.
Na policzkach P.J. pojawił się rumieniec zaskoczenia i zadowolenia.
— Ja tylko chciałem być… być szlachetny i zasłużyć sobie….
— Zasłużyłeś sobie z nawiązką — zapewniła go Sula. — Ale według mnie, lepiej ci jest bez niej.
Po jej słowach długa twarz P.J. posmutniała.
— Och, nie wiem. Ona była taka inteligentna, wesoła i… — Zamilkł.
Coś z tego, co wcześniej powiedział, dotarło teraz do Suli.
— P.J., wspomniałeś, że twój ojciec stracił rodzinne pieniądze.
— Tak. Hazard i… — Westchnął. — Również inny typ hazardu: niemądre inwestycje. Akcje i obligacje, sam nie wiem co. Mój ojciec przez długi czas ukrywał straty i mogłem wieść przyjemne życie: samochody, ubrania, rozrywki i… — szukał słów — zwykłe rzeczy. Ale to wszystko były pożyczone pieniądze. Dożyłem trzydziestu pięciu lat i wtedy… — Pokazał puste dłonie. — Wtedy wszystko diabli wzięli.
Sula była zaskoczona. Zawsze uważała, że P.J. roztrwonił swoje pieniądze na rozpustę. Tymczasem on pędził zupełnie zwykłe życie członka swojej klasy społecznej i nie zwracał uwagi, co się dzieje wokół, aż w końcu okazało się, że już nie może prowadzić zwykłego życia. Stał się obiektem litości i pogardy. Jego krewni usiłowali go sprzedać klanowi Martinezów, ale został odrzucony przez kobietę, którą kochał, i wpakowany w małżeństwo z kimś innym.
Może moje własne życie było łatwiejsze, myślała Sula, ponieważ nigdy nie miałam pieniędzy, do których mogłabym się przyzwyczaić.
— Współczuję ci, P.J. — powiedziała.
Miał na twarzy wyraz nieutulonego żalu.
— Wiem, że w sprawie mego małżeństwa z Sempronią chodziło tylko o pieniądze — powiedział. — A ja byłem tak bezużyteczny i śmieszny, że nie traktowano mnie poważnie i… — Oczy zalśniły mu łzami. Odwrócił się. — Obejrzyjmy pałac, dobrze? Mam tutaj klucz.
Sula poszła za nim przez podwórze i przepastny pusty dom, pełen ciszy, duchów i zbierającego się kurzu. Chciała go pocieszyć, ale wiedziała, że nie jest odpowiednią do tego kobietą.
Był jeszcze jedną ofiarą ambicji Martinezów. Tak samo jak ona.
Nastąpiły trzy dni gorączkowej pracy i kulejący, nieskoordynowany gigant, jakim była armia podziemna, zaczął wydostawać się z błota, w którym tkwił, i przygotowywać do wykonania pierwszych wielkich kroków. Ciężarówki wjeżdżały do Górnego Miasta, wywoziły meble Ngenich i zastępowały je farbą, płótnem, środkami medycznymi i sprzętem wspinaczkowym. Sula prowadziła ciężarówki, notując na mapie, które pałace mają strażników, a więc w których jest coś wartego pilnowania. Zastanawiała się, co stanie się ze strażnikami w wypadku alarmu: czy będą tkwili na swoich stanowiskach, czy ruszą do walki? Przypuszczała, że wkrótce się tego dowie.
Otwarto skrytki magazynowe. Wyjęto i umieszczono w chętnych dłoniach potężny arsenał zespołu 491. Przyjaciele z policji otworzyli magazyn. Ponad czterysta nowoczesnych karabinów automatycznych, broń krótka, amunicja, zestawy pancerzy osobistych oraz granaty i ich wyrzutnie stały się własnością armii podziemnej. Nawet nie trzeba było przekupywać policji.
Paru wywiadowców obserwujących więzienie aresztowano, ale najwidoczniej przekazali Naksydom fałszywe informacje, które im wcześniej powierzono. Dzięki przyjacielskim kontaktom, które kliki utrzymywały z agentami jednostek stojących na straży prawa, Sula dowiedziała się, że policję i personel Floty przeniesiono ze śródmieścia w oczekiwaniu na zmasowane próby grupowych ucieczek więźniów.
Najwidoczniej Naksydzi cieszyli się, że zaraz zatrzasną pułapkę. Biały Duch też był zadowolony. Czas pokaże, kto z nich ma rację.
W końcu nadeszła chwila, kiedy wysłano ostatnią wiadomość, przygotowano ostatnią broń, zrobiono, przejrzano i przerobiono ostatnie plany. Kiedy słońce dotknęło horyzontu, Sula wkroczyła do domu, w którym ukrywała się razem z Casimirem. Mężczyzna był ubrany w długi płaszcz od Chesko z trójkątnymi lustrami i błyszczące buty z cholewami. W ręce trzymał długą laskę z połyskującą kulą z górskiego kryształu.
Pokój pachniał lawendą. Zatrzymała się w progu, zdumiona. Odwrócił się ku niej, poły jego płaszcza załopotały, gdy wymyślnie się skłonił.
— Witaj, lady Sula. Spędzimy dziś wieczór na mieście.
— Oszalałeś — odparła. — Czy zdajesz sobie sprawę, jak wiele…
— O wszystko zadbano — przerwał jej. — Żołnierze wykonują całą pracę, a generał może odpocząć. — Odsunął się na bok i odsłonił rozpostartą na łóżku suknię z zielonej mory. — Postarałem się o bardziej stosowny strój wyjściowy.
Sula zamknęła za sobą drzwi i weszła do pokoju.
— Casimir, jestem kompletnym wrakiem. Nie spałam od kilku dni. Funkcjonuję na kawie i cukrze. Nie ma mowy, bym zrobiła coś takiego.
— Przygotowałem odprężającą kąpiel — odparł i spojrzał teatralnie na swój displej mankietowy — Samochód zajedzie po nas za pół godziny.
Sula weszła do łazienki, zdjęła ubranie i położyła się w pachnącej lawendą wannie. Poleciła kranowi z gorącą wodą, by się otworzył. Kiedy z wanny zaczęła unosić się para, zamknęła oczy. Upłynęła zaledwie chwila, gdy obudziła się gwałtownie. Casimir pukał do drzwi.
— Samochód będzie tu za dziesięć minut — powiedział. Umyła się szybko mydłem, potem się wysuszyła, wyszczotkowała włosy, użyła kosmetyków i wyszła naga do frontowego pokoju, by włożyć suknię. Casimir patrzył na nią z fotela, z uśmiechem konesera na twarzy. Suknia pasowała idealnie. Wstał z fotela i nachylił się, by ucałować jej obnażone ramię. Potarł wargami o jej obojczyk, co wywołało w nerwach Suli wrażenie ogromnej przyjemności.
Samochód, długi sedan, prowadziło dwóch torminelskich ochroniarzy Casimira. Od chwili gdy Casimir zszedł do podziemia pierwszy raz widziała ochroniarzy. Rzucali się w oczy i trzeba było przesunąć ich do innych zadań.
Samochód jechał ostrożnie w gęstniejących cieniach. Zatrzymał się przed bocznym wejściem do klubu na Górce. Wewnątrz panował mrok, gdzieniegdzie zakłócony plamami światła. Plamy światła padały na stół przykryty nieskazitelnie białym, świeżo wyprasowanym obrusem, błyszczący parkiet taneczny oraz na puste stanowisko orkiestry. W świetle odbitym od stołu stał wysoki kelner, Lai-own.
— Sir — powiedział. — Madame.
Lai-own nalał szampana dla Casimira i wodę sodową dla Suli, po czym zniknął w mroku.
— Zrobiłeś to tylko dla nas? — zapytała Sula.
— Niezupełnie tylko dla nas — odparł i wtedy usłyszała śmiech Veroniki.
Dziewczyna weszła z Julienem; obydwoje byli ubrani w kosztowne stroje, choć bez tego zmysłu estetycznego, jaki miał Casimir. Veronika miała swój połyskujący łańcuszek na kostce. Sula nie widziała jej od chwili, gdy ta wyszła z więzienia. Veronika spojrzała na nią i oczy jej się rozszerzyły.