Portier Nosi Garnitur Od Gabbany
- Автор: Weisberger Lauren
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Portier Nosi Garnitur Od Gabbany». Краткое содержание книги:
– O. Mój. Boże.
– Chodź tu i siadaj – powiedział Sammy, znów biorąc mnie za rękę i prowadząc do szczytu stołu. Oszołomiona ściskałam i całowałam wszystkich po drodze do swojego miejsca, a potem padłam na wskazane krzesło, w którym to momencie Penelope umieściła na mojej głowie papierową koronę i wygłosiła jakąś wywołującą zakłopotanie kwestię, zakończoną stwierdzeniem:
– Jesteś bohaterką wieczoru.
– Wszystkiego najlepszego, kochanie! – powiedziała mama, nachylając się, żeby pocałować mnie w policzek. – Twój ojciec i ja nie przegapilibyśmy takiej okazji za nic w świecie. – Słabo pachniała kadzidełkiem i miała na sobie piękne, ręcznie robione na drutach ponczo, które z pewnością zostało wydziergane z niebarwionej wełny. Tata siedział obok niej, włosy miał starannie zebrane w porządny kucyk i z dumą obnosił swoje najlepsze sandały.
Przyjrzałam się wszystkim zgromadzonym przy stole: Penelope i jej mama, zachwycona, że Pen ma odpowiednie znajomości, by wprowadzić je do nowego modnego miejsca; Michael i Megu, którzy specjalnie wzięli wolne, żeby ze mną świętować; Kelly i Henry, facet, z którym była na imprezie „Playboya”; cały klub książki, każda z dziewczyn ściskała w dłoni coś, co wyglądało na zapakowaną nową książkę. I oczywiście Simon, spowity w nadmiar lnu, oraz Will, który wychylał ochrzczone jego imieniem firmowe martini (później dowiedziałam się, że Sammy nazwał firmowego drinka „Martini Willa”) u szczytu stołu, dokładnie na wprost mnie.
Po szeregu okrzyków: „Mowa, mowa” zdołałam podnieść się z miejsca i powiedzieć niepewnie kilka słów. Niemal natychmiast kelner podał kilka butelek szampana i wszyscy wypiliśmy za moje zdrowie i sukces Sammy'ego. A potem kolacja zaczęła się na poważnie. Z kuchni wyłoniły się wyładowane jedzeniem półmiski, wnoszone na ramionach kelnerów, wszystkie parujące i rozkosznie aromatyczne, ustawiane przed nami z teatralnym dramatyzmem. Spojrzałam na Sammy'ego, który siedział po przeciwnej stronie sali, a on podniósł na mnie wzrok i mrugnął. Zaczął rozmawiać z Alex, wskazując na kolczyk w jej nosie i mówiąc coś, co doprowadziło ją do śmiechu. Przyglądałam się im przez moment pomiędzy kęsami pysznej, doprawianej kuminem i koprem jagnięciny, a potem zapatrzyłam się na siedzących przy stole: wszyscy radośnie gawędzili, podając sobie półmiski i dolewając szampana. Słyszałam, jak rodzice przedstawiają się Kelly, podczas gdy Courtney opowiadała mamie Penelope o naszym klubie książki, a Simon żartował z Michaelem i Megu. Siedziałam tam po prostu, chłonąc widok, kiedy Will przysunął krzesło do mojego.
– Dość niezwykły wieczór, prawda? – zapytał, siadając. – Byłaś zaskoczona?
– Kompletnie! Will, jak mogłeś mi nie powiedzieć, że to ty i Simon stoicie za całym tym projektem? Nie wiem, jak mam wam dziękować.
– Nie musisz mi dziękować, kochanie. Nie zrobiliśmy tego dla ciebie ani nawet dla Sammy'ego, chociaż przyznaję, darzę go sympatią. Wspomniałaś, że co niedziela szykuje brunch w Gramercy Tavem i wzbudziłaś naszą ciekawość. Simon i ja złożyliśmy mu wizytę kilka miesięcy temu i, muszę powiedzieć, byliśmy absolutnie oszołomieni. Ten chłopak to geniusz! I nie tylko to, ale najwyraźniej słucha, co się do niego mówi, ponieważ cały posiłek był doprowadzony do perfekcji: krwawa mary podana dokładnie tak, jak lubię, z dodatkową kroplą tabasco i dwoma plasterkami limonki. Egzemplarz „New York Timesa” na stole, i to otwarty na dziale Styl. I żadnych ziemniaków w zasięgu wzroku. Żadnych! Jadam w Essex House od dziesięcioleci, a oni wciąż nie potrafią zrobić wszystkiego należycie. Nie mogliśmy się go nachwalić i uznaliśmy, że lepiej go capniemy, zanim zrobi to ktoś inny. Wygląda na to, że mieliśmy rację. Prawda?
– Poszliście na brunch do Gramercy Tavem? Tylko po to, żeby zobaczyć Sammy'ego?
Will skrzyżował ręce na piersi i uniósł brwi.
– Ależ, kochanie, byłaś wyraźnie pod każdym względem oczarowana tym chłopcem. To rzucało się w oczy. Byliśmy z Simonem ciekawi! Z pewnością nie spodziewaliśmy się, że takie wrażenie zrobią na nas jego umiejętności, ale to trafiło się nam jako niespodziewana premia. Kiedy tamtego dnia zapytałem go o plany na przyszłość i zaczął opowiadać coś o jakimś Houston's, wiedziałem, że muszę wkroczyć i ocalić go przed piekłem franszyzy.
– Tak, wspomniał w Turcji, że on i kilku innych facetów ze szkoły kulinarnej myślą o otwarciu takiej restauracji na Upper East Side – powiedziałam.
Will głośno sapnął i skinął głową.
– Wiem. Co za okropność! Ten chłopak nie nadaje się do pracy jako franszyzobiorca. Oświadczyłem prawnikowi, że sam wszystko sfinansuję, ale Sammy wykona całą pracę. Pomijając kwestię wyboru mojego stałego stolika, nie chciałem brać udziału w żadnych uzgodnieniach. Urządziłem się nawet lepiej niż nasz cholerny rząd, chyba przyznasz? Poza tym szukałem czegoś innego, czym mógłbym się zająć. Postanowiłem skończyć z pisaniem i przejść na emeryturę.
Cóż, to mną wstrząsnęło. Podczas tej nocy niespodzianek ta chyba okazała się najbardziej szokująca.
– Co takiego? Mówisz poważnie? Dlaczego teraz? Ile lat to trwało, sto? Cały świat czyta twoją kolumnę, Will! Co się z nią stanie?
Łyknął martini i spojrzał na mnie z namysłem.
– Tyle pytań, kochanie, tyle pytań. Tak naprawdę nie jest to fascynująca historia. Po prostu przyszedł czas. Nie potrzebuję „Nowojorskiej Bomby”, żeby mi wytykała, że moje felietony są przeżytkiem. Świetnie się bawiłem przez wiele, wiele lat, ale przyszedł czas odpocząć.
– Potrafię to zrozumieć – stwierdziłam w końcu. Nie wiem skąd, ale wiedziałam, że to właściwa decyzja. Tylko że Will pisywał swoje felietony, zanim się urodziłam, i myśl, że kolumna po prostu przestanie istnieć, była frustrująca.
– W każdym razie musisz wiedzieć, że rozmawiałem z moim wydawcą, to jeszcze dzieciak, ale otrzymałem zapewnienie, że zawsze będzie tam dla ciebie miejsce, jeśli zechcesz iść tą drogą. Nie chcę nudzić, ale uważam, że powinnaś się nad tym zastanowić. Wspaniale piszesz i nie rozumiem, dlaczego w żaden sposób jeszcze tego nie wykorzystałaś. Powiedz tylko słowo i możemy cię tam umieścić, najpierw jako asystentkę, a potem, mam nadzieję, na stanowisku reporterki praktykantki.
– Prawdę mówiąc, też o tym myślałam. – Powiedziałam coś, co przysięgłam sobie trzymać w tajemnicy, dopóki nie uda mi się przemyśleć sprawy. – Chcę spróbować trochę popisać…
– Wspaniale! Miałem nadzieję, że to powiesz. Szczerze wyznam, że moim zdaniem za długo z tym zwlekałaś, ale z pewnością lepiej późno niż wcale. Zadzwonię do niego jeszcze dziś i…
– Nie, nie o to mi chodzi, Will. Będziesz wściekły…
– Och, dobry Boże, proszę, nie mów, że chcesz opisywać śluby dla działu Styl czy coś równie bzdurnego. Proszę.
– Gorzej – oznajmiłam, bardziej dla efektu niż ze szczerym przekonaniem. – Chcę napisać romans. Właściwie to mam już zarys akcji i uważam, że wcale niezły. – Przygotowałam się na falę krytyki, ale, ku mojemu zaskoczeniu, nie nadeszła.
Zamiast tego zerknął na mnie, jakby szukał w mojej twarzy odpowiedzi, i po prostu skinął głową.
– Może to przez te wszystkie martini, ale uważam, że to ma sens, kochanie. – Pochylił się i pocałował mnie w policzek.
Romanse – mówiłam prawdę. Od czasów Turcji i luksusowego świata, z którym zapoznała mnie firma Kelly & Company, wyobrażałam sobie rozdzielonych przez przeciwności losu bohaterów i zdarzenia, które by ich połączyły. Ktoś mógłby powiedzieć, że czerpałam z własnego doświadczenia, kto inny, że z wyobraźni, ale i jedno, i drugie było pociągające. Pierwsza od długiego czasu rzecz, którą uznałam za pociągającą. Aż do dzisiejszego wieczoru.