Portier Nosi Garnitur Od Gabbany
- Автор: Weisberger Lauren
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Portier Nosi Garnitur Od Gabbany». Краткое содержание книги:
– Naprawdę wspaniale cię widzieć, Bette – powiedział, biorąc mnie za rękę i prowadząc w stronę windy. Szłam lekko w pożyczonych sandałach D &G, czułam się ładna i kobieca w spódnicy do kolan i lekkim kaszmirowym sweterku, który odsłaniał dokładnie odpowiednią ilość rowka między piersiami. Było tak, jak zawsze opowiadały wszystkie harlequiny: chociaż minęły miesiące, odkąd się ostatnio widzieliśmy, miałam wrażenie, że upłynęła ledwie chwila.
– Ciebie też – zdołałam odpowiedzieć, zachwycona samą tylko możliwością spoglądania przez cały wieczór na jego profil.
Zaprowadził mnie do czarującego baru z winem w sąsiedztwie, trzy przecznice na zachód, gdzie usiedliśmy przy stoliku z tyłu i natychmiast zaczęliśmy rozmawiać. Z zachwytem stwierdziłam, że właściwie wcale się nie zmienił.
– Powiedz, co u ciebie – odezwał się, sącząc syrah, które zamówił ze znawstwem. – Co porabiałaś?
– Nie, nie, nie ma mowy. To nie ja mam do przekazania ekscytujące nowiny – powiedziałam. Czy to nie było niedopowiedzenie stulecia? – Czytałam chyba każde słowo, które o tobie napisali i wszystko brzmi fantastycznie!
– Tak, cóż, miałem szczęście. Wielkie szczęście. – Od-kaszlnął. Miał trochę niepewną minę. – Bette, ja, ee, muszę ci coś powiedzieć.
O Chryste. Nie ma możliwości, żeby coś takiego to był dobry znak, żadnych. Zbeształam się za swój przedwczesny entuzjazm, za przekonanie, że ten telefon – i to w moje urodziny – oznaczał coś więcej niż fakt, że Sammy był przyjacielski i spełniał obietnicę daną starej znajomej. To te cholerne harlequiny – to one stanowiły problem. Przysięgłam sobie natychmiast rzucić te nędzne czytadła, ponieważ to one pozwoliły mi mieć kompletnie nierozsądne oczekiwania. Bo Dominick albo Enrique nigdy nie mówili „muszę ci coś powiedzieć”, dopóki nie poprosili kobiet swoich marzeń, żeby za nich wyszły. To zdecydowanie była kwestia mężczyzny, który ma obwieścić, że jest zakochany – ale nie we mnie. Nie byłam w stanie wyobrazić sobie, jak zniosę nawet pół złej wieści.
– Och, naprawdę? – zdołałam wydusić, krzyżując ręce na piersi w nieświadomym wysiłku stworzenia fizycznej bariery, która ochroni mnie przed nowiną. – Co takiego?
Znów rzucił mi dziwne spojrzenie i w tym właśnie momencie przerwał nam kelner, który położył przed Sammym rachunek.
– Przepraszam, że was poganiam, ale zamykamy teraz przed prywatną imprezą. Przyjdę, kiedy tylko będziecie gotowi.
Chciało mi się krzyczeć. Już sam fakt, że muszę wysłuchać, jak to Sammy zakochał się w modelce reklamującej kostiumy kąpielowe skrzyżowanej z Matką Teresą był wystarczająco trudny – czy naprawdę musiałam zaczekać, by to usłyszeć? Najwyraźniej tak. Czekałam, podczas gdy Sammy szukał w portfelu dokładnie odliczonej należności, a potem znów czekałam, kiedy pobiegł do toalety. Dalsze czekanie, na taksówkę na dworze, poprzedziło kolejne czekanie, kiedy Sammy i taksówkarz omawiali najlepszy dojazd do Sevi. Wyruszyliśmy wreszcie do restauracji, ale musiałam dalej czekać, bo chociaż Sammy wylewnie mnie przeprosił, nie przestał odbierać komórki. Trochę do niej pomruczał i wydał parę potakujących chrząknięć, a w pewnym momencie powiedział „tak”, poza tym jednak niczego nie wyjaśnił i czując, jak zapada mi się żołądek, wiedziałam, że rozmawia z Nią. Gdy wreszcie wyłączył telefon, odwróciłam się do niego, spojrzałam mu prosto w oczy i zapytałam:
– Co takiego miałeś mi wcześniej powiedzieć?
– Wiem, że to dziwnie zabrzmi… i przysięgam, że sam dowiedziałem się zaledwie kilka dni temu… ale pamiętasz, jak ci mówiłem o tych cichych inwestorach?
Hmm. Nie brzmiało to jak deklaracja miłości do innej kobiety – co z pewnością stanowiło osiągnięcie.
– Tak. Chcieli wylansować nowego modnego mistrza kuchni czy coś w tym stylu, zgadza się? Miałeś przedstawić jakieś koncepcje i propozycje menu?
– Zgadza się – potwierdził. – Cóż, chodzi o to, że chyba muszę ci za to podziękować.
Spojrzałam na niego z uwielbieniem, czekając, aż stwierdzi, jak to stałam się dla niego inspiracją, zachętą, muzą, ale to, co powiedział potem, niezupełnie miało związek ze mną.
– Dziwnie się czuję, że sam ci to mówię, ale nalegali, żeby tak się to odbyło. Inwestorzy, którzy mnie wsparli, to Will i Simon.
– Co? – Odwróciłam się gwałtownie, żeby dobrze go widzieć. – Mój Will? I Simon?
Skinął głową i wziął mnie za rękę.
– Naprawdę nie wiedziałaś, prawda? Myślałem, że może w jakiś sposób ich przekonałaś, ale twierdzili, że nie miałaś o tym pojęcia. Sam dopiero ostatnio się dowiedziałem. Nawet się z nimi nie widziałem od czasu, kiedy przyszli na brunch do Gramercy Tavem całe miesiące temu.
Byłam tak oszołomiona, że zabrakło mi słów i jedyna informacja, która do mnie dotarła, dotyczyła tego, czego nie usłyszałam: na razie Sammy nie poinformował mnie o swojej beznadziejnej, namiętnej miłości do kogoś innego.
– Nie wiem, co powiedzieć…
– Powiedz, że nie jesteś zła – poprosił, przysuwając się bliżej.
– Zła? Czemu miałabym być zła? Bardzo się cieszę! Nie rozumiem, dlaczego Will mi nie powiedział. Dowiem się wszystkiego jutro na brunchu.
– Słusznie. On też tak stwierdził.
Nie miałam kiedy przemyśleć tego nowego oświadczenia, ponieważ taksówka dotarła na Lower East Side w rekordowym czasie. Kiedy tylko podjechaliśmy, rozpoznałam niedużą markizę ze zdjęć w gazecie. Gdy Sammy zatrzasnął drzwi samochodu, zauważyłam dobrze ubraną parę, która oglądała wystawioną na zewnątrz tablicę. Odwrócili się do nas i z wielkim rozczarowaniem stwierdzili:
– Wygląda na to, że dzisiaj z jakiegoś powodu zamknęli. – Po czym wyruszyli na poszukiwanie innego miejsca, żeby coś zjeść.
Spojrzałam na Sammy'ego zdumiona, ale tylko się uśmiechnął.
– Mam dla ciebie niespodziankę – mruknął.
– Wycieczkę z przewodnikiem? – zapytałam z taką nadzieją w głosie, że było to prawie żenujące.
Skinął głową.
– Tak. Chciałem, żeby dzisiejszy wieczór był wyjątkowy. Zamknąłem restaurację, żebyśmy mogli być sami. Mam nadzieję, że nie przeszkadza ci, że parę minut spędzę w kuchni. Zaplanowałem na dziś w Sevi specjalne menu.
– Naprawdę? Nie mogę się doczekać. A co w ogóle znaczy Sevi? Chyba nigdzie tego nie wyjaśnili.
Ujął mnie za rękę i uśmiechnął się, a potem spojrzał na własne buty.
– „Sevi” znaczy „miłość”. Po turecku – wymamrotał.
Myślałam, że zemdleję ze szczęścia. Ale tylko skupiłam się na tym, żeby stawiać stopy jedna za drugą. Weszłam za Sam-mym do ciemnej sali i próbowałam przyzwyczaić wzrok do mroku, ale chwilę później znalazł włącznik i wszystko zobaczyłam. A raczej – wszystkich.
– Niespodzianka! – rozległy się okrzyki. Potem kakofonia głosów wołających „Wszystkiego najlepszego!” i zdałam sobie sprawę, że znam wszystkie spoglądające na mnie twarze.
– Omójboże.
Nieduże stoliki zestawiono razem, tworząc jeden długi stół na środku pomieszczenia, a wokół niego posadzeni zostali wszyscy moi przyjaciele i rodzina. Machali do mnie i wołali.