Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
- Автор: Буджолд Лоис Макмастер
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 3-7337-142-7
- Переводчик: Lukasz Praski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:
— A jeżeli jestem tym drugim? — Patrzył na swoje ręce. Ręce jak ręce. Nie widział na nich żadnych znaków.
— Może pana wykupią.
Kto miał go wykupić? Był wybawcą czy towarem? Ależ wybór. Rowan miała nietęgą minę.
— Kim dla pani jestem, skoro sam nie pamiętam, kim jestem?
— Nikim, mały człowieku. — Czarne oczy błysnęły niczym kawałki obsydianu.
Ta kobieta przetrwała w Obszarze Jacksona prawie całe stulecie. Nierozsądnie byłoby nie wierzyć, że potrafi być bezwzględna, tylko na podstawie jej uprzedzeń do przeszczepów mózgu.
Skończyli herbatę i wycofali się do pokoju Rowan.
— Coś wydało ci się znajome? — zapytała zatroskana Rowan, gdy siedzieli u niej na kanapce.
— Wszystko — odrzekł zakłopotany. — Mimo to Lilly chyba sądzi, że potrafię dokonywać czarodziejskich sztuczek i sprawić, żebyście wszyscy zniknęli w jednej chwili. Jednak nawet jeśli jestem admirałem Naismithem, nie pamiętam, jak to robiłem!
— Cii — próbowała go uspokoić. — Mogłabym przysiąc, że jesteś o krok od kaskady wspomnień. Naprawdę, prawie widać początek tej fazy. Raptem po kilku dniach znacznie lepiej mówisz.
— Dzięki terapii pocałunkami. — Uśmiechnął w nadziei, że niedwuznacznym komplementem zapewni sobie jeszcze jedną porcję terapii. Lecz zaczerpnąwszy głęboki haust powietrza, powiedział: — Niczego sobie nie przypomnę, jeśli jestem tym drugim. Pamiętam Galena. Ziemię. Dom w Londynie… jak się nazywa ten klon?
— Nie wiemy — odrzekła, a gdy w rozpaczliwym geście chwycił ją za ręce, dodała: — Nie, naprawdę nie wiemy.
— Admirał Naismith… pewnie nie jest Milesem Naismithem. Pewnie się nazywa… Mark Piotr Vorkosigan. — Skąd to u diabła wiedział? Mark Piotr. Pierre. Pietrek, Pietrek, je pierogi, żona mu przyprawia rogi — rzucił drwiący głos z tłumu, wywołując u staruszka niepohamowaną, morderczą furię, aż musieli go powstrzymywać… obraz uleciał. Dziadek? — Jeżeli klon z Bharaputry jest trzecim synem, może nosić jakiekolwiek imię. — Coś było nie tak.
Próbował wyobrazić sobie dzieciństwo admirała Naismitha jako część tajnego cetagandańskiego projektu specjalnego. Swoje dzieciństwo? Musiało być niezwykłe, jeżeli udało mu się uciec w wieku osiemnastu lat lub wcześniej, a także wymknąć się wywiadowi Cetagandy i w ciągu roku zdobyć taki majątek jak flota. Nie mógł sobie jednak przypomnieć niczego z tak wczesnej młodości. Kompletna pustka.
— Co ze mną zrobicie, jeśli nie jestem Naismithem? Zostawicie mnie sobie jako maskotkę? Na jak długo?
Zgnębiona Rowan zacisnęła usta.
— Jeśli jesteś klonem z Bharaputry, będziesz musiał sam opuścić Obszar Jacksona. Atak Dendarian poważnie zrujnował siedzibę Vasy Luigiego. Baron musi pomścić krew i straty. I zranioną dumę. Wtedy spróbuję cię stąd wydostać.
— Ty? Czy wy wszyscy?
— Nigdy nie wystąpię przeciw grupie. — Wstała i zaczęła spacerować po pokoju. — Przez rok mieszkałam sama na Escobarze, kiedy odbywałam szkolenie z krioreanimacji. Często się zastanawiałam… jak by wyglądało życie z jedną osobą. Zamiast być czternastą częścią grupy — być połową pary. Może czułabym się większa?
— Byłaś większa sama, na Escobarze?
— Nie wiem. To głupia zarozumiałość. Jednak nie sposób nie myśleć o Lotus.
— Lotus. Baronowa Bharaputra?
— Tak. Najstarsza córka Lilly zaraz po Rosę. Lilly twierdzi… że jeżeli nie będziemy trzymać się razem, osobno każde z nas zginie.
Rowan wyjrzała przez okno.
— W Obszarze Jacksona nie ma miejsca na samotność. I nikomu nie można ufać.
— Ciekawy paradoks. Prowadzi do poważnego dylematu.
Dostrzegła wyraz ironii na jego twarzy i zmarszczyła brwi.
— To nie żart.
Rzeczywiście. Nawet macierzyńska strategia Lilly Durony, która zdecydowała się polegać tylko na sobie, nie zdała egzaminu, jak pokazał przykład Lotus.
Spojrzał na Rowan.
— Kazano ci spać ze mną? — zapytał nagle. Wzdrygnęła się.
— Nie. — Znów zaczęła chodzić. — Ale poprosiłam o pozwolenie. Lilly wyraziła zgodę, twierdząc, że to może cię związać z naszymi sprawami. — Zamilkła na chwilę. — Nie sądzisz, że to okropnie wyrachowane?
— W Obszarze Jacksona, po prostu roztropne. — Zresztą wszystkie związki miały dwa końce. W Obszarze Jacksona nie ma miejsca na samotność. Ale nikomu nie można ufać.
Jeśli ktokolwiek zachował tu zdrowe zmysły, musiał to być czysty przypadek.
Czytanie, od którego wcześniej piekły go oczy i które przyprawiało go o dokuczliwe bóle głowy, stawało się coraz łatwiejsze. Potrafił nawet wytrzymać dziesięć minut, dopóki się nie zorientował, że już nic nie widzi. Zaszyty w gabinecie Rowan, katował się morderczym rytmem: porcja informacji, kilka minut odpoczynku i od nowa. Rozpoczynając od środka, najpierw czytał o Obszarze Jacksona, jego jedynej w swoim rodzaju historii, strukturze pozbawionej rządu, stu szesnastu Wielkich Domach i niezliczonych Domach Mniejszych, o ich sojuszach i wendetach, niepewnych umowach i wielu zdradach. Uznał, że Grupa Durony jest na najlepszej drodze do stworzenia własnego Domu Mniejszego, wyrastającego jak hydra z Domu Fell i jak hydra rozmnażającego się bezpłciowo. Wzmianki o Domach Bharaputra, Hargraves, Dyne, Ryoval i Fell wywoływały u niego obrazy, których nie widział na ekranie holowidu. Kilka zaczęło się nawet ze sobą wiązać. Ale za mało. Zastanawiał się, czy to coś znaczy, że Domy, które wydawały się najbardziej znajome, były także znane z udziału w nielegalnych interesach pozaplanetarnych.
Kimkolwiek jestem, znam to miejsce. A jednak… miał wrażenie, że wizje są zbyt skąpe i płytkie, aby mogły stanowić obraz najważniejszych lat, które go ukształtowały. Może był za mały. Mimo to przypominał sobie więcej, niż mógłby odgrzebać z podświadomości domniemanego admirała Naismitha, klona pochodzącego z Cetagandy.
Dziadek. Z nim wiązały się najbardziej żywe i plastyczne wspomnienia. Kim był Dziadek? Jego przybranym ojcem z Obszaru Jacksona? Opiekunem z Komarru? Instruktorem z Cetagandy? Kimś potężnym i fascynującym, tajemniczym i groźnym. Wydawało się, że Dziadek pochodzi z jakiegoś konkretnego miejsca, jakby jego obecność była naturalna jak wszechświat.
Pochodzenie. Może coś da przyjrzenie się temu kalekiemu lordzikowi Vorkosiganowi z Barrayaru. Przecież stworzono go na obraz i podobieństwo Vorkosigana, musiał więc mieć wiele wspólnego z tym biedakiem. W bibliotece konsoli Rowan znalazł długą listę materiałów na temat Barrayaru. Setki książek, holowidów, dokumentów i materiałów dokumentalnych. Aby mieć ogólne pojęcie, zaczął przeglądać informacje na temat historii. Pięćdziesiąt tysięcy Pionierów. Rozpad systemu tuneli czasoprzestrzennych. Okres Izolacji, Krwawe Stulecia… ponowne odkrycie… słowa zaczęły się zamazywać. Głowa mu pękała. Wszystko tak boleśnie znajome… musiał przerwać.
Dysząc ciężko, zgasił światła w pokoju i położył się na kanapie, czekał, aż przestaną go boleć oczy. Gdyby jednak rzeczywiście szkolono go, żeby zajął miejsce Vorkosigana, wszystko powinno brzmieć znajomo. Na pewno musiał się uczyć wszystkiego na temat Barrayaru. Nauczyłem się. Miał ochotę poprosić Rowan, żeby przykuła go do ściany i podała następną dawkę fast — penty, bez względu na to, jak środek miałby wpłynąć na jego ciśnienie. Przecież wtedy zadziałał. Może jeszcze jedna próba…
Syknęły drzwi.
— Hej? — Światła rozbłysły. W drzwiach stała Rowan. — Dobrze się czujesz?
— Głowa mnie boli. Czytałem.
— Nie powinieneś…