Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl]
- Автор: Мэй Джулиан
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Alfa-Wero
- ISBN: 83-7001-781-9
- Переводчик: Juliusz W. Garztecki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl]». Краткое содержание книги:
— Nie ma mowy! Nad Finiah nadlecimy na dużej wysokości, następnie opadniemy pionowo i zaskoczymy ich niespodzianie.
— Otóż nie — odrzekła nieustępliwie Madame.
— Wykryją was, gdy będziecie wisieć. Jedyną możliwością zaskoczenia ich będzie metapsychiczne zasłonięcie przeze mnie latacza w fazie manewrów wstępnych. Muszę lecieć. Koniec dyskusji.
Klaudiusz podniósł się i pochylił nad Madame swe zwaliste ciało.
— Cholerę w bok, a nie koniec. Czy myślisz, że pozwolę ci lecieć w samo serce walki ogniowej? Ryszard i ja mamy jedną szansę na sto wyjść z tego cało. Żeby wykonać robotę, a później dać nogę, musimy się skoncentrować bez reszty. Nie możemy sobie pozwolić na martwienie się o ciebie.
— Pfff! Martw się o siebie. Radoteur! Kto jest szefem tej grupy? C’est moil Czyj jest plan, de toute facon, całego ataku? Mój! Muszę lecieć!
— Nie pozwolę ci, ty stara, uparta jędzo!
— Tylko spróbuj mnie zatrzymać, ty zgrzybiały jankesko-polski viellard!
— Wiedźma!
— Salaudl — Zwariowana stara nietoperzyca!
— Espece de eon!
— Zamknijcie się do wszystkich diabłów! — zagrzmiała Felicja. — Oboje jesteście tak okropni, jak Ryszard i Marta!
Pirat wyszczerzył zęby, a Marta odwróciła się i zagryzła wargi w tłumionym śmiechu. Klaudiusz posiniał, gdyż próbował zdławić złość i zakłopotanie, a Madame zdumienie wytrąciło ze zwykłej wyniosłości. Odezwał się Ryszard:
— Wy dwoje teraz posłuchajcie. Rhopole wytwarzane przez generator strumieniowy nie da żadnemu z Tanów dotknąć samolotu. Zapewne też odchyl’ lance, strzały i wszystko inne. Więc powodem do zmartwienia może być tylko atak myślowy. By mu się przeciwstawić, musimy się zdecydować na osłonę metapsychiczną Madame. To jedyna nasza szansa.
— Gdybym miała naszyjnik… — mruknęła Felicja.
Ryszard zwrócił się do Madame:
— Jak długo możesz wytrzymać przeciw Tanom?
— Nie mam pojęcia — przyznała. — Będziemy zamaskowani jako obłoczek do chwili pierwszych strzałów w mury miejskie. Wtedy już będą wiedzieć, że nieprzyjaciel jest nad nimi i wiele umysłów zostanie skierowanych przeciw mojej słabej osłonce. I na pewno ją przebiją. Trzeba mieć nadzieję, że nastąpi to dopiero po naszym uderzeniu na kopalnię, a po nim możemy uciekać z maksymalną szybkością.
— Ala jak szybko potrafi latać zespół Velteyna? — zapytał Ryszard.
— Niewiele szybciej niż chaliko w pełnym galopie. Ten tański champion jest w stanie lewitować własnego wierzchowca i dwudziestu jeden wojowników za pomocą PK, psychokinezy. Prócz niego jeszcze tylko jeden jest zdolny do takich wyczynów, mianowicie Nodonn, tański Mistrz Bojów i Lord na Goriah w Bretanii. Ten potrafi unosić pięćdziesięciu. Są — jeszcze inni, którzy umieją lewitowac indywidualnie samych siebie oraz paru zdolnych do uniesienia jednej czy dwóch osób. Ale żaden poza tymi dwoma nie jest dość silny, by utrzymywać w powietrzu wielu jeźdźców.
— Gdybym miała naszyjnik! — zawodziła Felicja.
— Och, poczekajcie! Tylko poczekajcie!
— Zetrzemy ich w proch — warknął Ryszard.
— Parę strzałów, by zwalić mury po dwóch stronach miasta, może jeden na dzielnicę Tanów, by zdemoralizować obrońców i na koniec wielkie bum w kopalnię. Jeśli ta Włócznia jest naprawdę ręczną armatą, zmienimy ją w kupę żużlu.
— I bezpiecznie wrócimy do domu — dodał Klaudiusz patrząc w ogień. — Zostawimy przyjaciół walczących na ziemi.
— Velteyn będzie próbował bronić swego królestwa — przestrzegła ich Madame. — Jest wyjątkowo mocnym kreatorem, a w jego drużynie są także silni zniewalacze. Będziemy w wielkim niebezpieczeństwie. Niemniej, uderzymy. I zwyciężymy.
— Rozległ się głośny trzask. Żarzący się węgielek przeleciał w powietrzu jak miniaturowy meteor i wylądował tuż przed starszą panią. Podniosła się i zadeptała go bardzo dokładnie. — Sądzę, że już czas na spoczynek. Musimy rano wstać na próbę lotu Ryszarda.
Marta również się podniosła i zwróciła do Ryszarda:
— Zanim się położymy, chodź ze mną na mały spacer.
— Oszczędzaj siły, cherie — upomniała ją Madame.
— My tylko kawałeczek — rzekł Ryszard.
Objął Martę w pasie ramieniem, by ją podtrzymywać. Wyszli z kręgu światła i skierowali się ku skrajowi polanki, na której był rozbity obóz; reszta rozmawiała nadal przy ognisku. Gwiazdy świeciły nad zaroślami, księżyc już zaszedł. Ryszard i Marta mieli przed sobą porośnięte krzakami zbocze krateru z wąską ścieżynką wiodącą na jego krawędź. Wyremontowanego latacza nie było stąd widać, ale wiedzieli, że czeka na górze.
— Byliśmy szczęśliwi, Ryszardzie? Potrafisz to zrozumieć? Taka para jak my.
— Dwoje tego samego gatunku, Marteczko. Kocham cię, dziecino. Nigdy nie myślałem, że to się może zdarzyć.
— Po prostu była ci potrzebna, staromodna, seksowna dziewczyna.
— Idiotka — powiedział, całując jej oczy i chłodne wargi.
— Jak myślisz, czy będziemy mogli wrócić, gdy się to skończy?
— Wrócić? — powtórzył bezmyślnie.
— Po ataku na Finiah. Przecież wiesz, że będziemy musieli nauczyć innych pilotażu i obsługi maszyny, by mogli jej użyć w następnych dwóch etapach planu Madame. Ale ty i ja nie musimy już się tym przejmować. Zapłaciliśmy, co się należało. Możemy powiedzieć, żeby nas tutaj przywieźli, a wtedy…
Zwróciła się do niego, a on ją objął. Zbyt słaba i umęczona kurczami i krwotokami, by wytrzymać teraz stosunek, nalegała ciągle, by go pocieszać. Wszystkie noce spędzali leżąc w swych ramionach w dekamolowej chacie.
— Nie martw się, Marteczko. Amerie będzie wiedziała, jak cię wyremontować na dobre. Jakoś się dostaniemy z powrotem, weźmiemy sobie jeden latacz tyko dla nas i znajdziemy dobre miejsce na mieszkanie. Tylko ty i ja. Bez Tanów, bez Firvulagow czy Wyjców. W ogóle bez ludzi. Znajdziemy. Przyrzekam.
— Kocham cię, Ryszardzie — powiedziała. — Cokolwiek się zdarzy, to jest nasze.
Rankiem Ryszard pokiwał im ręką na do widzenia i wspiął się na miejsce, gdzie stał samolot. Mimo skrobania latacz wyglądał dość parszywie, ale temu można było szybko zaradzić.
Ryszard usiadł w fotelu pilota i poklepał pulpit sterowniczy tak, jak jeździec płochliwego konia.
— Och, ty piękna, zwisłonosa, zmiennoskrzydła maszyno. Nie wytniesz głupiego numeru staremu kapitanowi, prawda? Oczywiście nie. Dziś polecimy!
Uruchomił silnik i kolejno przeszedł przez wszystkie czynności. Dobiegł go znajomy pomruk generatorów rhopola. Ryszard uśmiechnął się na myśl o mikroskopijnych reakcjach termonuklearnych, wybuchach we wszystkich szesnastu silnikach gotowych do splecenia siatki subtelnych sił, które uwolnią metalowego ptaka od więzów grawitacji. Wszystkie, niebieskie światła wskaźnikowe maszyny jakby mówiły: „Jazda!” Trzymając samolot twardo na ziemi, zasilił prądem sieć zewnętrzną. Sparszywiała powłoka metalowego ptaka rozpaliła się w świetle słonecznym jasną purpurą, gdy pokryła ją subtelna siateczka rhopola. Wszystkie brudy, których Ryszard nie był w stanie usunąć, zaskwierczały i odpadły; ukazała się gładka powierzchnia z czarnego cermetalu, jak się tego należało spodziewać po samolocie o wydolności orbitera.