Rozstaje zmierzchu
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #10
- Год: 2004
- Язык: польский
- Переводчик: Ewa Wojtczak
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:
Siostrami ze Srebrnego Łabędzia przejmowała się Dziedziczka Tronu, tyle że przede wszystkim z innych powodów.
Ostatnio bowiem jedna z jej obserwatorek przebywających w zajeździe podsłuchała niepokojące imię wypowiedziane szeptem i szybko zmilczane, jakby w strachu przed wścibskimi słuchaczami. Cadsuane! Nie chodziło nawet o samą Cadsuane Melaidhrin, lecz o jej związki z Randem podczas jego pobytu w Cairhien. Vandene bez zastanowienia nazwała tę kobietę upartą i tępą, jednak Careane o mało nie zemdlała z lęku, gdy usłyszała jej imię. Najwyraźniej historie mówiące o Cadsuane zdążyły urosnąć w legendę. Taką próbę poradzenia sobie w pojedynkę ze Smokiem Odrodzonym mogła podjąć tylko Cadsuane Melaidhrin. Elayne zresztą nie interesowała się związkami Randa z Aes Sedai, chociaż wiedziała, że mógłby je straszliwie obrazić, gdyż bywał uparty i głupi. I nie zastanawiał się, co jest dla niego dobre! Dziedziczkę Tronu bardziej jednak ciekawiły powody, dla których jakaś siostra wymienia imię Randa al’Thora w Caemlyn. Oraz dlaczego druga natychmiast ją w takiej sytuacji ucisza...
Mimo omywającej ciało gorącej wody, zadrżała na myśl o wszystkich sieciach, które Biała Wieża tkała przez te minione wieki, sieciach tak cieniutkich, że nikt poza samymi snującymi je siostrami nie potrafił ich dostrzec i tak zagmatwanych, że nikt prócz tych sióstr nie mógłby ich rozplątać. Wieża snuła sieci, Ajah je snuły, snuły je nawet poszczególne siostry. Czasami intrygi mieszały się z sobą, jakby kierowane ręką jednej osoby, innymi razy znacząco się od siebie oddalały. Tak został ukształtowany świat na trzy tysiące lat, teraz zaś Biała Wieża podzieliła się na trzy niemal równe części — część dla Egwene, część dla Elaidy i jeszcze jedną, która pozostawała odrębna. Jeśli te dwie ostatnie pozostawały z sobą we wzajemnym kontakcie, jeśli wymieniały się informacjami, jeśli wspólnie konstruowały plany... Ach, nie wyglądało to dobrze...
Nagły tumult głosów przytłumionych przez zamknięte drzwi sprawił, że Elayne się wyprostowała. Naris i Sephanie zapiszczały, doskoczyły do siebie i przylgnęły, po czym wpatrzyły się szeroko otwartymi oczyma w wejście.
— Co się dzieje, psiakrew...? — Przeklinając, Birgitte zerwała się ze skrzyni i wybiegła z pomieszczenia, trzaskając za sobą drzwiami.
Głosy podniosły się.
Elayne odniosła wrażenie, że Gwardzistki sprzeczają się najgłośniej, jak umieją, a więź — wraz ze straszliwym bólem głowy kobiety Strażnik — przyniosła jej głównie gniew i frustrację Birgitte, tym niemniej Dziedziczka Tronu wyszła z wanny i wyciągnęła ręce do Essande, która pomogła jej nałożyć szatę. Opanowanie siwowłosej staruszki, a także zachowanie samej Elayne uspokoiły obie młode służące na tyle, że dziewczyny zarumieniły się ze wstydu, kiedy Essande na nie spojrzała. Aviendha jednakże jak oparzona wyskoczyła z wanny, rozchlapując wodę na wszystkie strony, po czym naga popędziła do garderoby. Dziedziczka Tronu miała nadzieję, że kobieta Aiel wróci z nożem, który nosiła za paskiem, zamiast tego wszakże Aviendha zjawiła się otoczona poświatą saidara i z bursztynowym żółwiem w jednej dłoni. Drugą ręką podała Elayne angreal, który nosiła w woreczku przy pasie — wyrzeźbioną z kości słoniowej figurkę starszej kobiety przyobleczonej jedynie we własne włosy. Z wyjątkiem ręcznika na głowie, kształty Aviendhy spowijał jedynie mokry blask, lecz odprawiła gniewnym machnięciem ręki Sephanie, gdy ta próbowała narzucić jej na ramiona szatę. Z nożem czy bez noża, Aviendha wydawała się sądzić, że stoczy walkę na ostrza, podczas której szata ograniczałaby jej ruchy.
— Odnieś ją do garderoby — poleciła starej służącej Elayne, wręczając jej angreal z kości słoniowej. — Aviendho, naprawdę nie sądzę, żebyśmy potrzebowały...
Drzwi otworzyły się z trzaskiem i w szczelinę wetknęła głowę Birgitte z nachmurzoną miną. Naris i Sephanie znów podskoczyły. Najwyraźniej wcale nie udało im się uspokoić.
— Zaida chce się z tobą spotkać — warknęła Birgitte do Elayne. — Powiedziałam jej, że będzie musiała poczekać, ale... — Z nagłym okrzykiem wpadła do pokoju, odzyskując równowagę dopiero po dwóch krokach. Natychmiast gniewnie się odwróciła, aby sprawdzić, kto ją wepchnął.
Mistrzyni Fal klanu Catelar nie wyglądała na kobietę, która właśnie kogoś popchnęła. Końce jej zawile zawiązanej czerwonej szarfy wirowały na wysokości kolan przedstawicielki Ludu Morza. Zaida majestatycznie weszła do pokoju, za nią zaś wkroczyły dwie Poszukiwaczki Wiatru, z których jedna zamknęła drzwi przed nosem rozgniewanej Rasorii. Wszystkie trzy przedstawicielki Atha’an Miere kołysały się, gdy szły — niemal tak bardzo jak Birgitte w swoich butach na obcasie. Zaida była niska, jej mocno kręcone włosy przeplatały smugi siwizny, lecz opalona twarz nadal była piękna i piękniała wraz z latami. Uroku dodawał kobiecie także ciężki od małych medalionów złoty łańcuszek, który łączył jeden z jej grubych złotych kolczyków z pierścieniem w nosie. Co ważniejsze, Zaidę otaczała atmosfera władzy. Nie arogancji, ale wiedzy, że inni będą ją słuchać i wypełniać jej rozkazy. Poszukiwaczki Wiatru przypatrzyły się Aviendzie, nadal otoczonej poświatą Mocy i na kanciastej twarzy Chanelle pojawiło się napięcie, a jednak oprócz pomruku Shielyn, że „ta dziewczyna Aiel jest gotowa do przenoszenia”, trwały w milczeniu i oczekiwaniu. Osiem kolczyków w uszach Shielyn znaczyło ją jako Poszukiwaczkę Wiatru klanowej Mistrzyni Fal, a na łańcuszku Chanelle wisiało prawie tak wiele złotych medalionów, co na łańcuszku samej Zaidy. Obie posiadały autorytet, który było widać w ich postawach i ruchach, tym niemniej nawet nic nie wiedząc o Ludzie Morza, miało się pewność, że absolutne pierwszeństwo ma Zaida din Parede.
— Chyba się potknęłaś o własne buty, Kapitan-Generał — mruknęła z nieznacznym uśmieszkiem błąkającym się po pełnych wargach. Opaloną i pokrytą tatuażami ręką bawiła się wiszącym jej na piersiach złotym pudełkiem zapachowym. — Niezdarne przedmioty z tych butów. — Ona i dwie Poszukiwaczki Wiatru jak zwykle przyszły boso. Przedstawiciele Atha’an Miere mieli podeszwy stóp tak stwardniałe, że przypominały podeszwy butów, toteż niestraszne im były ani chropowate powierzchnie, ani zimne kafle podłogi. Co dziwne, każda kobieta w dodatku do bluzki i spodni z jaskrawego, jedwabnego brokatu nosiła szeroką, białą stułę, która zwisała z jej talii i prawie skrywała liczne naszyjniki danej kobiety z Ludu Morza.
— Brałam kąpiel — powiedziała Elayne z napięciem w głosie. A przecież musiały widzieć ręcznik na włosach i szatę przylegającą do jej wilgotnego ciała. Essande prawie drżała z oburzenia, co oznaczało, że w środku aż się gotuje z furii. Elayne czuła się bardzo podobnie. — Wrócę do wanny natychmiast po twoim wyjściu. A od razu po skończeniu kąpieli porozmawiam z tobą. Jeśli to miłe Światłości. — Tak postanowiła! Skoro nieproszone wepchnęły jej się do apartamentu, będą musiały przeczekać całą ceremonię!