— Czy ktoś wie, co tu się, kurwa, dzieje? — spytał retorycznie starszy kapral Keren.
— Słyszałeś wiadomości, to zamknij się i kop — odpowiedział spokojnie plutonowy Herd, mimo że tak jak wszyscy, czuł się trochę niepewnie.
Pięćdziesiąta dywizja piechoty była nową jednostką. Jej barw nie używano od czasu drugiej wojny światowej, kiedy pełniła służbę na Pacyfiku. Niemal wzięła udział w bitwie pod Leyte, heroicznie pełniła służbę w działaniach oczyszczających na Tarawie. Przeznaczona do inwazji, niewiele brakowało, a zaatakowałaby japońskie wybrzeża, po czym zniknęła z kart historii amerykańskiej armii aż do czasu obecnego zagrożenia.
Na stan osobowy tej jednostki składali się w dużej części oficerowie i żołnierze, których inne jednostki z radością się pozbyły. Byli niestety jedynym, jeśli nie liczyć skromnej liczby odmłodzonych, wzorem do naśladowania dla młodych rekrutów. Wśród tego tłumu wybijało się kilku oficerów i podoficerów, ale często tylko dlatego, że byli średniakami w oceanie kompletnej niekompetencji.
Na tym tle wyróżniał się pluton moździerzy kompani Alfa pierwszego batalionu czterysta pięćdziesiątego drugiego pułku pięćdziesiątej dywizji piechoty.
Starszy kapral Keren wcześniej był plutonowym, a wkrótce zapewne miał znów stać się szeregowym, ale degradacja nie miała nic wspólnego z jego umiejętnościami obsługi moździerzy. Miał po prostu drobny problem z piciem i zwyczaj mówienia oficerom, jak jego zdaniem ich matki zarabiały na życie. Nie miało to jednak znaczenia na polu walki. W dodatku był i tak lepszy od wielu innych szeregowców, z których kilku miało inteligencję na poziomie goryla.
Sierżant plutonu poświęcił ostatnie piętnaście lat na podnoszenie swoich kwalifikacji w zakresie obróbki metalu w sklepie z maszynami, a dowódca plutonu dopiero niedawno skończył Szkołę Oficerską Gwardii Narodowej Armii Pensylwanii i wkrótce z pewnością zacznie się golić.
Udało im się w oddziale rozwinąć poczucie wspólnoty, której bardzo brakowało w innych jednostkach dywizji, i utrzymać je mimo sporadycznie wybuchających awantur. Nawet ćwiczyli razem, kiedy reszta batalionu olewała wszystko albo urywała się z koszar bez przepustki. Nie wiadomo było, co powodowało, że trzymali się razem. Czy sarkastyczny pogląd Kerena na ich szansę w prawdziwej walce, czy dbałość sierżanta plutonu o ich wszystkie potrzeby osobiste i wyposażenie, czy też szczeniacki zapał dowódcy plutonu — zbyt zaraźliwy, by go ignorować, i zbyt przydatny, by go tępić. To prawda, musieli nadrobić trochę zaległości w szkoleniu, ale i tak byli najlepsi w całej Pieprzonej Pięćdziesiątej.
Niestety obecna sytuacja zaskoczyła nawet tę jednostkę weteranów.
Najpierw mieli problem z nieobecnością prawie połowy oficerów batalionu i piętnastu żołnierzy z kompanii Alfa, którzy samowolnie oddalili się ze stanowiska. Szaleńczo zerwano ich na nogi i pogoniono do transporterów, mimo, że brakowało połowy oficerów, a w samej kompanii Alfa piętnastu ludzi było nieobecnych bez usprawiedliwienia. Potem kazano przygotować się do obrony, tylko po to, by potem stało się jasne, że znaleźli się na zbyt wysuniętej pozycji. Później z kolei nadeszły rozkazy przemieszczenia się na pozycje na północ od Potomacu, co generalnie wszystkim pasowało. Ostatnie rozkazy spadły na nich jak grom z jasnego nieba.
Aż do tej chwili przemarsze odbywały się nadspodziewanie gładko. Co prawda od czasu do czasu jakaś jednostka gubiła się albo grzęzła w korku na drodze zablokowanej cywilnymi pojazdami, a kilku oddziałom skończyło się paliwo, gdy nie odnalazły ich cysterny kwatermistrzostwa. Brakowało też niskopodwoziowych ciągników, używanych do transportu gąsienicowych wozów bojowych, więc dywizja musiała przemieszczać się własnym sumptem, na bwp Bradley i czołgach. Wiele z nich popsuło się po drodze, gdyż niektóre jednostki od miesięcy nie przechodziły przeglądów technicznych.
Ale zasadniczo, zważywszy na okoliczności, aż do momentu otrzymania rozkazu powrotu na poprzednie stanowiska bojowe, wszystko szło niemal jak po maśle.
Przemieszczenie korpusu przypomina nieco przemieszczenie dużej rodziny. Wyjaśnienie takiej-to-a-takiej jednostce, że ma udać się do wskazanego punktu i powtarzanie tego do bólu nie pomoże.
Oddział z pewnością nie będzie miał dość paliwa, aby wykonać przemieszczenie, nawet tak proste jak z Alexandrii do Quantico — a to tylko czterdziestopięciominutowa przejażdżka samochodem w ładny dzień. A przekazanie oddziałom, że mają udać się tutaj lub tam, przy skupieniu setek jednostek wraz ze służbami na małym obszarze oznacza, że tysiące pojazdów spróbuje wyjechać na te same drogi w tym samym czasie. Podczas gdy ze zwykłym ruchem cywilnym tego typu można sobie poradzić, zgrupowania wojska źle znoszą takie rzeczy, zwłaszcza, gdy są niezgrane. Każdy pojazd będzie po prostu podążał za pojazdem jadącym przed nim, a dowódcy w takich pojazdach rzadko zerkają na mapy. Przemieszanie oddziałów daje w rezultacie jednostki posiadające dodatkowe pojazdy, oraz takie, które pojazdów nie będą mieć w ogóle.