Wojna [Conventions of War - pl]
- Автор: Уильямс Уолтер Джон
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-7480-018-6
- Переводчик: Grazyna Grygiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wojna [Conventions of War - pl]». Краткое содержание книги:
Martinez odczekał trochę i gdy przyjęcie rozwinęło się i odprężony podporucznik Foote rozmawiał z grupą swoich kumpli, zbliżył się do nich. Ponieważ było to oficjalne przyjęcie, a Martinez nosił Złoty Glob, Foote i jego znajomy byli zmuszeni wyprężyć się w salucie.
— Foote! — krzyknął z radością Martinez. — Jak długo się nie widzieliśmy!
Przełożył Glob do lewej dłoni i wyciągnął rękę. Zaskoczony Foote uścisnął ją.
— Ogromnie się cieszę, że pana widzę, kapitanie — powiedział. Próbował wycofać dłoń, ale Martinez mocno ją trzymał.
Tak, to był ten sam Foote. Wielki, przystojny, z kosmykiem blond włosów opadającym na prawą stronę czoła i miną wyrażającą arogancką pogardę. Ten wyraz twarzy prawdopodobnie utrwalił mu się już w kołysce.
— Wszyscy mi opowiadają o wzorze Foote'a! — wykrzyknął Martinez. — Koniecznie musi pan mi go wytłumaczyć!
Foote zarumienił się. Znowu próbował wycofać dłoń, ale Martinez nadal ją trzymał.
— Ja nigdy tak tego nie nazywałem.
— Jest pan zbyt skromny! — powiedział Martinez i spojrzał na innych oficerów, młodych parów z wysokiej kasty, których Foote uważał za równych sobie.
— Lordzie Jeremy — rzekł — musi pan koniecznie wyjaśnić przyjaciołom, gdzie po raz pierwszy spotkał pan ten wzór!
Wyraz bladych oczu oficera świadczył o pośpiesznych spekulacjach. Wreszcie Foote wyprostował się, a kiedy przemówił, w jego arystokratycznym tonie dźwięczało lekkie rozbawienie.
— Oczywiście spotkałem ten wzór, gdy dopełniałem obowiązku cenzurowania korespondencji lady Suli i pana, milordzie. Uderzyła mnie pomysłowość zastosowania wzoru do rozwiązywania problemów taktycznych, jakie pojawiły się w bitwie przy Magarii, i postanowiłem rozpropagować go wśród oficerów.
Martinez musiał przyznać, że Foote znalazł najzręczniejsze wyjście z sytuacji. Uświadomił sobie, że przyznanie się do autorstwa wzoru doprowadzi do upokorzenia go; zamiast tego wolał wystąpić jedynie w roli popularyzatora.
Martinez uśmiechnął się szeroko.
— Wie pan — powiedział, wciąż potrząsając dłonią Foote’a — powinien pan wspomnieć o prawdziwych autorach tego wzoru. Byłoby to bardziej uczciwie.
Foote znalazł gładką odpowiedź.
— Zrobiłbym to, gdybym miał pewność co do autorów. Wiedziałem, że pan jest w to zamieszany i lady Sula, ale korespondencja wskazywała, że inni oficerowie również brali w tym udział, a ja nie znałem nazwisk. A ponadto… — obejrzał się przez ramię, jakby się bał, że ktoś go podsłucha — zorientowałem się co do kontrowersyjnej natury tej pracy. Wszyscy, których nazwiska wiązały się z tym wzorem, narazili się niektórym starszym oficerom.
— Jak to uprzejmie z pańskiej strony, że nie powiązał pan tego z moim nazwiskiem! — wykrzyknął Martinez, mając nadzieję, że zabrzmiało to jak fałszywa życzliwość. — Ale w przyszłości nie musi pan tego robić. Jestem przekonany, że nie zdołałby pan nawet w najmniejszym stopniu zmienić opinii lorda Torka o mnie.
Foote tylko uniósł w górę wyniosłą brew. Martinez odwrócił się, by spojrzeć na kompanów Foote'a — obserwowali ich obydwu, niektórzy z podejrzliwością, inni zaskoczeni.
— Nie będę już dłużej pana zatrzymywał, proszę wracać do przyjaciół — powiedział i puścił dłoń Foote'a. Potem powiódł spojrzeniem po twarzach stojących obok oficerów.
— Lepiej pilnujcie swych wzorów — powiedział — bo możecie odkryć, że Foote przekazuje je najrozmaitszym ludziom.
Znów się uśmiechnął, kiwnął Globem, odwrócił się i odszedł.
Martinez wiedział, że przy tak intensywnym życiu towarzyskim oficerów informacja o rozmowie rozejdzie się w ciągu paru dni po całej Flocie Ortodoksyjnej.
Odwet to małostkowe uczucie, pomyślał, ale czasami daje dziwną satysfakcję. A w organizacji zwanej Ortodoksyjną Flotą Odwetu, zemsta wydawała się mieć błogosławieństwo wyższych władz.
Kolejka linowa zaskrzypiała, gdy liny naprężyły się, i fotel Suli zakołysał się w zawieszeniu kardanowym. Wagonik wjeżdżał w górę między stanowiskami działowymi — wieżyczkami z ciężkiego, prawie niezniszczalnego plastiku, które umieszczono na tarasach po obu stronach terminalu. Z wieżyczek wystawały lufy dział antyprotonowych, gotowych przemienić każdego napastnika w obłok cząstek elementarnych.
W górnym terminalu Sula wyszła z wagonika na taras wybrukowany płaskimi kamieniami. Podmuch wiatru uderzył ją w twarz. Jedna z wieżyczek, brzydka i bezkształtna, przysiadła nisko na tarasie. Działo, załoga i mechanizm obracający ledwie się w niej mieściły. Ze szczytu wystawały przysadziste wentylatorki, peryskopy i anteny. Z tyłu znajdowały się zamknięte drzwi, obliczone na rozmiary Naksydów.
Naksydzcy strażnicy, przebierając nogami, mknęli obok lub dla ochrony od wiatru stawali za wieżyczką. Sula udała, że poprawia długi szal, a potem wzięła torbę na zakupy i skierowała się do miasta.
Ładunki w torebkach — pomyślała. Trzeba dostarczyć dużo energii kinetycznej, a wtedy zrobimy ze wszystkiego, co znajduje się w środku, jajecznicę. I nie ma znaczenia, że same wieżyczki nie zostaną zniszczone. Niestety, jajecznica mogłaby się zrobić również z wrażliwej amunicji antyprotonowej. W rezultacie nastąpiłby wybuch, który… nieważne, co jeszcze by zrobił, ale przynajmniej rozwiązałby jej problem.
A jednak dobrze by było, gdybyśmy mogli wykorzystać te działa — pomyślała.
Ciekawe, kiedy załoga działa otrzymuje posiłki. Z pewnością drzwi są wtedy otwierane.
Ale nawet gdyby działa antyprotonowe zniszczono lub zdobyto, nie ma jak przetransportować w górę większych sił. Zbocze było strome i ludzie nie mogliby wspinać się po nim zbyt szybko, a po przybyciu na miejsce byliby wyczerpani. Ponadto nawet mała, słabo uzbrojona grupa w górnym terminalu kolejki zdołałaby powstrzymać całą armię.
Wszystkie większe siły musiałyby wykorzystać wijącą się serpentynami drogę po drugiej stronie akropolu. Posuwanie się tą drogą to kolejny problem, nie wspominając o tym, że byłaby pod intensywnym ostrzałem.
Pomysły wirowały w mózgu Suli, kiedy przecięła pieszo Górne Miasto i znalazła się przy oznaczonej dwiema kolumnami Bramie Wyniesionych. Tutaj serpentynowa droga wchodziła na płaskowyż. Miejsca strzegła następna para dział antyprotonowych w wieżyczkach. Spoglądając w drugą stronę, Sula dostrzegła wielką budowlę z beczkowatym dachem — pałac Ngenich. Z tyłu budynku znajdował się taras i banian ocieniający domek P.J.
Z domku P.J. można by obserwować stanowiska obrony, patrzeć, kiedy zmieniają się straże i kiedy nadchodzą posiłki — pomyślała.
A ponadto zmarzła.
P.J. rozpromienił się, gdy pojawiła się na progu, i zaoferował jej herbatę i zupę.
— Żałuję, że nie mogę być bardziej przydatny — powiedział, obserwując, jak je. — Nie dostarczam wam obecnie zbyt wielu informacji. Moje kluby są niemal puste — więcej służby niż członków. Wszyscy, którzy mogli, wyjechali.
— Nadal jesteś w dobrym miejscu — stwierdziła Sula. — Wszystkie informacje, których dostarczasz, są cenne. — Jej próby wspierania morale P.J. stały się tak częste, że w zasadzie mogła te teksty recytować podczas snu. — Liczę na ciebie, że zostaniesz w Górnym Mieście, i będziesz trzymał ucho przy ziemi.
— Jestem niezłym strzelcem. Mógłbym przenieść się do Dolnego Miasta i zostać zabójcą.
Sula wymiotła chlebem resztki zupy. Zupę przyprawiono cytryną i szafranem — niezwykłe, lecz w tym wypadku udane połączenie.