Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Исторические детективы » KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów

Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:

Podczas przygotowań do koronacji cara Mikołaja II porwany zostaje syn Wielkiego Ksiecia Georgija Aleksandrowicza. Porywacz jako okupu żąda `Orłowa`. Ten bezcenny brylant zdobiący berło jest narodową świętością. Fandorin wie, że zbrodniarz nie zwykł zostawiać swych ofiar przy życiu. Musi więc wygrać wyścig z czasem.
1 ... 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104
Перейти на страницу:

- A przecież s-sekret sukcesów doktora opierał się właśnie na kobiecości. To była bardzo dziwna szajka, Ziukin. Szantażyści i zabójcy, połączeni miłością do tej samej osoby. Wszyscy ludzie Linda byli w nim zakochani... w niej, każdy na swój sposób. Geniusz „mademoiselle Declique” polegał właśnie na tym, że ta kobieta umiała znaleźć klucz do wszystkich męskich serc, nawet do takich, które do miłości zupełnie się nie nadają.

Poczułem na sobie jego wzrok, ale nie podniosłem oczu. Nad twarzą Emilii krążyły już dwie muchy, trzeba było je odganiać.

- Wiecie, Ziukin, co mi p-powiedział przed śmiercią Somow?

- On też nie żyje? - spytałem obojętnie.

Właśnie w tej chwili zauważyłem, że na rękaw Emilii wchodzi cała kolumna mrówek, więc miałem czym się zająć.

- Tak. Sprawdziłem go bardzo prosto. Odwróciłem się do niego plecami - i on, oczywiście, skwapliwie w-wykorzystał moją udawaną ufność. Doszło do krótkiej walki, podczas której wasz p-pomocnik nadział się na własny nóż. Już umierając i rzężąc, ciągle próbował dosięgnąć mojego gardła. Nie jestem strachliwy, ale na widok takiej nienawiści dreszcz mi przeszedł po grzbiecie. Krzyknąłem: „Co wy wszyscy w niej widzieliście?!” I wiecie, Ziukin, co mi odpowiedział? „Miłość”. To było jego ostatnie słowo... O, ona umiała wzbudzić miłość. Wy przecież, jak mi się wydaje, także odczuliście na sobie działanie czaru doktora Linda. Obawiam się tylko, że okazaliście zbytnią delikatność. Somow najwyraźniej doszedł dalej niż wy. Znalazłem u niego to.

Wyciągnął z kieszeni jedwabny woreczek, a z niego kasztanowy lok. Od razu poznałem włosy Emilii. To takie były te lekcje francuskiego... Ale przejąć się tym nie miałem czasu - przeklęte mrówki podjęły manewr okrążający i jedną z nich, najbardziej bezczelną, pojmałem na uchu mademoiselle.

- Teraz zrozumiałe, dlaczego doktor Lind nie miał przyjaciółek i był znany jako antyfeminista. H-homoseksualizm nie miał z tym nic wspólnego. Emilia sprytnie nas podpuściła, naprowadzając na fałszywy trop. Lord Banville, można przypuszczać, już dawno opuścił granice cesarstwa, zemściwszy się za utratę kochanka na nieszczęsnym Glińskim. Ach, wykwintny mister Carr, niewinny amator niebieskich goździków i zielonych niezapominajek! Zabili go, żeby jeszcze mocniej utwierdzić nas w mniemaniu, że Lind to lord Banville. Kiedy my, dwaj idioci, wybieraliśmy doktorowi pantalony i pończoszki, mademoiselle z pewnością zrewidowała mieszkanie, nie znalazła ani szkatułki, ani „Orłowa” i zdecydowała się na jeszcze jeden krok w swojej skomplikowanej grze - z-zadzwoniła do Ermitażu i poleciła Somowowi wykończyć Carra. Operacja weszła w decydującą fazę: Lind musiał odzyskać klejnoty i brylant.

- Nie! - krzyknąłem, ogarnięty nagle przerażeniem. - Nie! Coś jest nie tak! Gdzieś się pomyliliście!

Spojrzał na mnie ze zdziwieniem, a ja, dusząc się od szlochu, zacząłem opowiadać o swojej ostatniej rozmowie telefonicznej z Emilią.

- Jeśli... jeśli ona była Lindem, to dlaczego odmówiła? Przecież ja sam... ja sam zaproponowałem, że oddam jej szkatułkę i brylant! Nie chciała! Powiedziała, że wam ufa i... i że nie powinienem wam mieszać szyków!

Ale Fandorina ta wiadomość zupełnie nie zbiła z tropu.

- No jasne. - Skinął głową. - Jednego s-sukcesu doktorowi było za mało. Jemu...tfu, do diabła, jej... potrzebna była jeszcze i moja głowa. Dowiedziawszy się od was o czasie i miejscu spotkania, pojęła, że może za jednym zamachem zakończyć swoją moskiewską akcję w najbardziej t-tryumfalny sposób, naprawiając wszystkie swoje błędy i ostatecznie wyrównując rachunki ze mną.

Erast Piotrowicz zamilkł. Minę miał taką, jakby czuł się winny i zamierzał prosić o wybaczenie.

Nie pomyliłem się - rzeczywiście zaczął mnie przepraszać:

- Afanasiju Stiepanowiczu, potraktowałem was okrutnie. Wykorzystałem waszą nieświadomość, niczego wam nie wyjaśniając. Ale nie mogłem powiedzieć wam prawdy - byliście oczarowani Emilią i w żadnym wypadku byście mi nie uwierzyli. Wczoraj wieczorem specjalnie rozmawiałem z wami przez telefon tak ostro i nie wprowadziłem was w żadne szczegóły. Musiałem rozbudzić waszą p-podejrzliwość. Wiedziałem, że ogarnięty wątpliwościami zechcecie poradzić się jedynego człowieka, któremu ufacie - mademoiselle Declique. I wszystko jej opowiecie. Mnisie przebranie też wymyśliłem specjalnie: Lind z jego... o Boże... z jej nadzwyczajną wynalazczością powinna była skojarzyć, jak wygodny jest dla niej właśnie taki strój. Kłobuk, czarny welon i habit pozwalają idealnie zamaskować sylwetkę i twarz. Sam podpowiedziałem Lindowi - za waszym pośrednictwem - plan działania. Mademoiselle doskonale znała wasz stały nawyk przybywania na spotkanie przed wyznaczonym czasem. Pojawiła się przy moście za dwadzieścia szósta i czekała. Przecież uprzedzałem, że mogę się spóźnić, dlatego nie wątpiła, że przyjdziecie pierwszy. Zdążyłaby zabrać klejnoty i przygotować się na konfrontację ze mną. Tylko że ja siedziałem już w krzakach od wpół do piątej... Mogłem zastrzelić Linda wcześniej, jeszcze przed waszym p-przyjazdem, nie ponosząc żadnego ryzyka. No, ale wy potem nie wiadomo co byście sobie wyobrażali. Za nic nie uwierzylibyście w winę mademoiselle Declique, jeśli ona sama by się nie zdekonspirowała, i to w waszej obecności. Co zresztą zrobiła w najbardziej wiarygodny sposób. Co prawda, kosztowało mnie to zranione przedramię, a gdyby słońce nie świeciło jej w oczy, to przebieg tego p-pojedynku mógłby być dla mnie znacznie mniej pomyślny...

W tej chwili o niczym nie myślałem - po prostu słuchałem. Fandorin przeniósł wzrok ze mnie na zabitą i zmrużył swoje zimne, niebieskie oczy.

- Jednego nie wiem: jak ona chciała p-postąpić z wami - powiedział w zamyśleniu. - Po prostu zabić? A może przekabacić na swoją stronę? Jak sądzicie, czy jej by się to udało? Czy starczyłby kwadrans, żebyście dla miłości zapomnieli o całej reszcie?

Coś poruszyło się we mnie po tych słowach. Ni to obraza, ni to gniew - ogólnie biorąc, jakieś złe uczucie, ale słabe, bardzo słabe. Zresztą pamiętałem, że muszę jeszcze o coś zapytać, ba, nawet mam obowiązek to zrobić.

Ach, tak!

1 ... 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)