Wojna [Conventions of War - pl]
- Автор: Уильямс Уолтер Джон
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-7480-018-6
- Переводчик: Grazyna Grygiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wojna [Conventions of War - pl]». Краткое содержание книги:
— Skoro tak mówisz… — odparła. Cree przysunął się bliżej.
— Jesteś Białym Duchem — szepnął.
Te zagadkowe słowa wywołały w Suli dziwny dreszcz. Miała zamęt w myślach i nie mogła nic odpowiedzieć.
— Chodźmy — zwróciła się do Macnamary.
Odkurzyli dwukołowca, sprowadzili go z chodnika i pojechali przez odrętwiały i powolny ruch uliczny. Cree stał bez słowa w progu i wysyłał za nimi soniczne pulsowanie.
Biały Duch — pomyślała.
Tego wieczora spotkała się z Casimirem i Julienem w pokoju za kuchnią w jednej z restauracji Nabrzeża. Pomieszczenie miało tanie meble i plastikowe obrusy. Wydzielone na posiłki dla pracowników restauracji, pachniało czosnkiem i zepsutym olejem do smażenia. Mimo potwierdzonej lojalności właściciela, Sula przyrzekła sobie, że już nigdy nie będzie tu jadła.
— To było ostrzeżenie — powiedział Julien i uśmiechnął się. — Nie ośmielili się zaatakować Zanshaa, ale uderzyli tak blisko, by wszyscy to zobaczyli i się bali.
— Próbują nas zastraszyć — potwierdził Casimir. Spojrzał na Sulę. — Czujemy się zastraszeni?
Sula nie odpowiedziała. Naksydzi uderzyli w sześćsettysięczne miasto i zastosowali pocisk bez zwykłego pancerza wolframowego, więc nie pojawiła się kula ognia. Fala wstrząsów spowodowała szkody, ale prawie wszystkie ofiary wywołało promieniowanie. Leczenie choroby popromiennej było dostępne, ale straż dostała rozkaz nie wpuszczać ludzi do szpitali.
— Chcą mieć miasto bez mieszkańców, by dać je swoim klientom — powiedział Julien. — To im zaskarbi wielu przyjaciół.
— Chcę dopaść tych szczurzych drani, którzy to zrobili — oznajmiła Sula.
Casimir splótł blade długie palce.
— Wszyscy chcemy, ale, o ile wiemy, mogą znajdować się na orbicie.
Sula przeniosła wzrok na obraz na ścianie. Za kilkudziesięcioletnią warstwą brudu i kuchennego tłuszczu znajdowało się wyretuszowane zdjęcie Górnego Miasta, ze zbyt zielonym niebem i nienaturalnie jasnymi budynkami.
— Flota naksydzka nie zrobiłaby tego z własnej inicjatywy — powiedziała. — Rozkaz wydał ten ich cholerny komitet. A oni są tam, gdzie możemy ich dostać.
— Wszystkich? — Casimir uniósł brew i sięgnął po kieliszek taniego wina sorghum, którym uraczył ich właściciel knajpy. — Kilku chyba możemy dorwać. Nasze kontakty w Górnym Mieście mogą ich zlokalizować. Ale są dobrze strzeżeni i każda droga ucieczki będzie…
— Wszystkich — powiedziała mu Sula. Pomysły już wirowały w jej głowie. — I nie mówię o likwidowaniu ich pojedynczo. Załatwmy trochę antymaterii i zdmuchnijmy ich z tej ich skały.
Julien był rozbawiony.
— Skąd weźmiemy antymaterię? — zapytał.
Antymaterią dysponowali tylko wojskowi i władze energetyczne. Obu źródeł bardzo pilnie strzeżono.
— I jak mamy zorganizować transport? — spytał Casimir. — Wiedza fachowa Sidneya tu nie wystarczy.
Zaczęli więc omawiać inne możliwości: ciężarówki-bomby, gdyby zdołały dostatecznie blisko podjechać, katapulty, wyrzucające torby ze środkiem wybuchowym.
— Moglibyśmy zbudować działo — powiedziała w pewnej chwili Sula. — Nie będziemy potrzebowali lawety ani niczego takiego, wystarczy po prostu lufa. Zbudujemy ją na dachu budynku, pod czymś, co nie rzuca się w oczy. Następnie wycelujemy ją na pomieszczenie, gdzie zbiera się ich komitet, i rozwalimy ich wszystkich jednym pociskiem.
Jej koledzy wypili już tyle wina sorghum, że pomysł wydawał się zarówno możliwy do zaakceptowania, jak i przezabawny, i dyskutowali o tym przez godzinę.
Zanim Sula i Casimir dotarli do swej kryjówki, Sula nieco wytrzeźwiała. Kiedy Casimir wziął prysznic — zawsze kazała mu brać prysznic przed pójściem do łóżka — i wrócił do pokoju, zastał Sulę siedzącą na krześle z wazonem Yu-yao w dłoniach. Ocaliła ten wazon z dawnego mieszkania. Spoglądała na swoje ciemne zniekształcone odbicie w popękanej powierzchni, a jej palce ślizgały się po wazonie.
Casimir podszedł do niej od tyłu i położył na jej ramionach swe długie dłonie. Odstawiła wazon na porysowany stary stół, ujęła dłoń Casimira i potarła o nią policzkiem.
— Czy naprawdę wiemy, co robimy? — spytała. — Ci ludzie z Remby… zginęli w wyniku naszych działań. Dziesiątki tysięcy ludzi. A dzisiaj planowaliśmy dalsze akcje, które mogą doprowadzić do zniszczenia innego miasta.
Jego palce zacisnęły się na jej palcach.
— Wkrótce przybędzie Flota — powiedział.
— W takim razie jaki jest sens tego, co robimy? Losy wojny rozstrzygną się poza planetą.
— Zabijamy Naksydów. Myślałem, że właśnie na tym ci zależy. — Długą bladą dłonią pieścił jej włosy. — Nigdy nie spodziewałem się żyć tak długo jak Sergius. Zawsze myślałem, że przed trzydziestką czeka mnie tortura i garota. Jeśli zginiemy razem w tej walce, dla mnie nic się nie zmieni. To lepsze niż umierać w samotności.
Zapiekły ją łzy. Wstała z krzesła i przytuliła się do niego, wdychając woń mydła i jego pachnący winem oddech. Oplótł ją ramionami.
— Nie smuć się. Naksydzi boją się nas. Właśnie dlatego uderzyli w Rembę.
Jej dłonie na plecach mężczyzny zacisnęły się w pięści.
— Chcę, żeby to miało znaczenie — oznajmiła. — Chcę zrobić coś, czego Flota nie zdoła zrobić, nawet jeśli sprowadzi na Zanshaa milion okrętów.
— Zbuduj swoją armatę. — W głosie Casimira dźwięczał śmiech. — Zdmuchniemy ich komitet i konwokację aż do pierścienia.
Jego słowa wzbudziły w niej jeszcze większe poczucie pewności. Oparła się o Casimira, jakby był solidnym murem, i otarła łzy.
Walcząc z gorącym kamieniem zalegającym w jej gardle, powiedziała:
— Oryginalny plan przewidywał utworzenie w Zanshaa armii. Rząd postanowił nie tworzyć armii, ale teraz ją mamy. Wykorzystajmy ją i zdobądźmy Górne Miasto.
Casimir znowu wyglądał na bardzo rozbawionego.
— Zdobyć Górne Miasto? Czemu nie? Śmiech w jego głosie rozgniewał Sulę.
— Nie bądź taki protekcjonalny.
— Protekcjonalny? — Odsunął się od niej i jego oczy również rozżarzyły się gniewem. — Zdobędziemy Górne Miasto. Doskonale. Albo zbudujemy armatę. Doskonale. Albo zrobimy coś jeszcze. Wszystko mi jedno. Ale cokolwiek mamy zrobić, weźmy się za to i przestańmy wreszcie zadawać sobie pytania.
Patrzyła długą chwilę w jego ciemne oczy, a potem przycisnęła usta do jego ust.
Dziwne, nieoczekiwane uczucie szczęścia pulsowało jej we krwi. Jestem w domu — myślała. W domu, po tych wszystkich latach.
W domu pośród wojny z jej chaosem i niestabilnością, zagrożeniami i terrorem. W domu, w tym bezpiecznym domu ze starymi obskurnymi meblami. W domu w ramionach Casimira.
Oderwała wargi od jego ust. Jej mózg już pracował.
— Tak — powiedziała. — Zdobędziemy skałę i zabijemy ich wszystkich.
DWADZIEŚCIA SZEŚĆ
Siły Chen śmignęły przez wormhol, by dołączyć do Jedynie Słusznej i Ortodoksyjnej Floty Odwetu na jej orbicie wokół gwiazdy układu Chijimo. Od razu napotkały zmasowane stado pocisków pędzących ku nim z rykiem jak piekielny krwawy przypływ — i nagle pociski odwróciły się, wyhamowały i leciały obok nowo przybyłych niczym owczarki odprowadzające stado do zagrody. Siły Chen zebrały je, by uzupełnić swoje uszczuplone zasoby.
Sześć dni później Siły Chen dołączyły do właściwej Floty. Wpasowały się w luźną formację między eskadrą flagową i tą, która dotychczas znajdowała się z tyłu eskadry. Przywitały je tendry wysłane z Chijimo z zapasami świeżego jedzenia, alkoholu i delikatesów dla oficerów. Uzupełniono nawet zapasy antymaterii, choć statki mogły jeszcze przez lata funkcjonować na antywodorze ze swych zbiorników paliwa.