Ścieżka Sztyletów
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #8
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karłowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:
Wyszukał wśród map tę właściwą, po czym rozłożył ją na stole, przytwierdzając z jednej strony mieczem, a z drugiej Berłem Smoka. Patrzył na odcinek wybrzeża łączący Illian i Ebou Dar, prawie na całej długości obwiedziony wzgórzami i górami, upstrzony sporą liczbą wiosek rybackich i małych miasteczek. Seanchanie naprawdę zadbali o wszystko. Ebou Dar należało do nich zaledwie od tygodnia, a tymczasem informatorzy kupców donosili o naprawach szkód wyrządzonych w mieście podczas inwazji, o czystych lazaretach urządzanych dla chorych, o żywności i pracy dla biednych i tych, których kłopoty w głębi lądu wygnały z domów. Ulice i okoliczne wsie dniem i nocą patrolowano, nikt więc nie musiał obawiać się złodziei albo bandytów, i o ile każdy kupiec był w Ebou Dar osobą mile widzianą, o tyle mocno przyhamowano przemyt. Rzekomo „uczciwi” illiańscy kupcy opowiadali o przemycie z zaskakująco ponurymi minami. Co Seanchanie planowali teraz?
Pozostali też podeszli do stołu, kiedy Rand zabrał się za studiowanie mapy. Wzdłuż wybrzeża biegły wprawdzie jakieś drogi, ale nędzne i rozrzucone w sporych odległościach, na mapie zaznaczone prawie tak samo jak zwykłe szlaki dla fur. Szerokie trakty handlowe biegły w głębi lądu, omijając niekorzystnie ukształtowane tereny.
— Rajdy z gór przysporzyłyby poważnych kłopotów każdemu, kto próbowałby skorzystać z dróg biegnących w głębi lądu — stwierdził w końcu. — Seanchanie, dzięki temu, że opanowali góry, sprawili, że stały się bezpieczne niczym miejskie ulice. Masz rację, Morr. Ich następny cel to Illian.
Torval wsparł się na pięściach i spojrzał spode łba na Morra, który miał rację, mimo że przecież się mylił. Zapewne tym samym popełniając śmiertelny grzech, wedle zapatrywań Torvala.
— A jeśli nawet, to i tak upłynie wiele miesięcy, zanim tutaj dadzą ci się we znaki — orzekł ponuro. — Stu, a może nawet bodaj pięćdziesięciu Asha’manów w Illian zniszczy każdą armię świata, nim jeden jej żołnierz pokona bród wiodący do miasta.
— Wątpię, by armia, w której służą damane, dała się zwyciężyć tak łatwo — odparł cicho Rand i Torval zesztywniał. — A poza tym muszę bronić całego Illian, nie tylko stolicy.
Wodził palcem po mapie, ignorując Torvala. Między Głową Arrana a miastem Illian ciągnęło się sto lig otwartej wody, obejmujących Głębię Kabala, gdzie, jak donosili kapitanowie illiańskich statków, najdłuższe liny sondujące nie znajdowały dna w odległości zaledwie mili od brzegu. Tamtejsze fale, które pędziły ku północy i uderzały z impetem o wybrzeże, tworząc grzywacze wysokości piętnastu kroków, potrafiły wywracać statki. Przy takiej pogodzie będzie jeszcze gorzej. Ten, kto chciałby dotrzeć do miasta, omijając jednak Głębię, musiałby pokonać dwieście lig, nawet gdyby korzystał ze skrótów, ale jeśli Seanchanie postanowili wyruszyć z Głowy Arrana, to znajdą się na granicy w ciągu dwóch tygodni, nawet przy burzach z ulewami. Albo jeszcze prędzej. Lepiej stoczyć walkę tam, gdzie on zechce, a nie w miejscu narzuconym przez nich. Powiódł palcem po południowym wybrzeżu Altary, zahaczając o góry Venir, które w pobliżu Ebou Dar malały, ledwie zasługując na miano zwykłych wzgórz. Pięciuset tu, tysiąc tam. Niczym sznur upiornych paciorków zdobiących górskie szczyty. Gdyby tak dać im tęgiego szturchańca, może wycofają się z powrotem do Ebou Dar, może nawet przyczają się tam na dłużej, póki jakoś nie pojmą, do czego on zmierza. Albo...
— Jest jeszcze coś — odezwał się nagle Morr, jak wcześniej prawie połykając zgłoski. — Chodzą słuchy o jakiejś odmianie broni stworzonej przez Aes Sedai. Odkryłem miejsce, gdzie została użyta, w odległości kilku mil od miasta. Otaczał je pas do cna wypalonej ziemi, szerokości dobrych trzystu kroków albo i więcej, a rosnące dalej sady przestały istnieć. Piasek stopił się, zamieniając w szkło. Tam z saidinem było najgorzej.
Torval machnął lekceważąco ręką.
— W pobliżu mogły być Aes Sedai, kiedy miasto padło, nieprawdaż? Mogli też dokonać tego sami Seanchanie. Jedna siostra uzbrojona w angreal...
Rand przerwał mu.
— Co chcesz powiedzieć, mówiąc, że z saidinem było tam najgorzej? — Dashiva poruszył się, przyglądając się dziwnym wzrokiem Morrowi, wyciągając rękę, jakby chciał chwycić młodego mężczyznę. Rand odepchnął go brutalnie. — Co chcesz przez to powiedzieć, Morr?
Morr gapił się na niego z zaciśniętymi ustami, wodząc kciukiem po rękojeści miecza. Wydawało się, że zgromadzony w jego wnętrzu żar lada chwila wybuchnie, nie znalazłszy ujścia. Po jego twarzy ściekał pot.
- Saidin był jakiś... jakiś dziwny — wychrypiał, gwałtownie wyrzucając z siebie słowa. — Najgorzej tam... czułem go... czułem go... w tym powietrzu, które mnie otaczało... ale nawet w okolicy Ebou Dar zachowywał się dziwnie. Nawet w odległości stu mil. Musiałem się z nim zmagać, ale nie tak jak zawsze, inaczej. Jakby on żył. Czasami... czasami nie robił tego, co chciałem. A kiedy indziej... robił coś zupełnie innego. Przysięgam, że tak było. Ja nie oszalałem! To saidin! — Zerwał się nagły wiatr, który wył przez chwilę i wstrząsał ścianami namiotu. Morr umilkł. Narishma poruszył głową, potrząsając dzwoneczkami, ale już chwilę potem zaległa zupełna cisza.
— To niemożliwe — mruknął Dashiva w tej ciszy, ledwie słyszalnie. — To niemożliwe.
— Któż wie, co jest możliwe? — odwarknął Rand. — Ja na przykład nie wiem. A może ty wiesz? — Zaskoczony tym wybuchem Dashiva zadarł głowę, ale Rand zwracał się teraz do Morra, powściągając ton. — Nie przejmuj się. — Nie powiedział tego łagodnie, bo nie potrafił, ale pocieszająco, przynajmniej miał taką nadzieję. Jego twór, jego odpowiedzialność. — Jeszcze staniesz u mego boku podczas Ostatniej Bitwy. Obiecuję.
Młodzieniec przytaknął i potarł twarz dłonią, jakby się dziwiąc wilgoci na swoich palcach, po czym zerknął na Torvala, którego twarz zastygła niczym kamień. Czy Morr wiedział o winie podawanym Asha’manom? To rzeczywiście był akt miłosierdzia, jeśli brać pod uwagę inne rozwiązania. Mało imponujący, o gorzkim posmaku.
Rand wziął do ręki list Taima, złożył go i schował do kieszeni kaftana. Do tej pory na każdych pięćdziesięciu przypadał jeden taki, który popadł w obłęd, a na pewno będą jeszcze inni. Czy następnym będzie Morr? Dashiva z pewnością ocierał się już o obłęd. W tym momencie nie tylko spojrzenia Hopwila, ale nawet nieodmienny spokój Narishmy nabrały nowego znaczenia. Obłęd nie zawsze oznaczał histeryczne wrzaski na temat pająków. Zapytał kiedyś tam, gdzie wiedział, że może liczyć na odpowiedź zgodną z prawdą, jak usunąć skazę z saidina. Tymczasem zamiast odpowiedzi usłyszał zagadkę. Herid Fel twierdził wprawdzie, że zagadka opiera się na „słusznych zasadach, dobrze ufundowanych zarówno w filozofii spekulatywnej, jak i naturalnej”, ale nie widział wówczas sposobu jej wykorzystania do rozwiązania zadanego problemu. Czyżby Fel dlatego zginął, że jednak zbliżał się do wyjaśnienia zagadki? Rand natrafił na pewną wskazówkę, która prawdopodobnie wiodła do odpowiedzi, być może jednak tylko tak mu się wydawało. Wskazówki i zagadki niczego nie rozwiązywały, a on koniecznie musiał przedsięwziąć konkretne działania. Jeśli skaza nie zostanie jakoś usunięta, to polem Tarmon Gai’don będą gruzy świata zniszczonego przez szaleńców.