Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
— Tak, panie — odparł Mousqueton — ale w bardzo kwaśnym humorze, może pan być pewny!
I ruszył ku nabrzeżu Grands-Augustins[*], podczas gdy dwaj przyjaciele dzwonili do drzwi nieszczęsnego Portosa. Portos widział, jak przechodzą przez podwórze, ale nie otwierał. Dzwonili więc na próżno.
Tymczasem Mousqueton szedł swoją drogą. Wciąż pędząc przed sobą konia i muła przeszedł przez Pont-Neuf i znalazł się na ulicy aux Ours. Tu, zgodnie z rozkazami swego pana, przywiązał je do kołatki przy bramie prokuratora, po czym, nie troszcząc się o ich dalsze losy, wrócił do Portosa i oznajmił mu, że wypełnił polecenie.
Po pewnym czasie nieszczęsne zwierzęta, które nie jadły od rana, narobiły tak straszliwego hałasu, poruszając kołatką przy bramie, że prokurator kazał najmłodszemu ze swych pisarczyków dowiedzieć się w sąsiedztwie, do kogo należą koń i muł.
Pani Coquenard rozpoznała swe upominki i zrazu nie mogła zrozumieć, ale wkrótce wizyta Portosa wyjaśniła sytuację. Wściekłość błyszcząca w oczach muszkietera, choć usiłował się opanować, przeraziła czułą kochankę. W istocie Mousqueton nie ukrywał przed swym panem, że spotkał d’Artagnana i Aramisa i że d’Artagnan rozpoznał w żółtym koniku swego bearneńskiego wierzchowca, na którym przyjechał do Paryża i którego sprzedał za trzy talary.
Portos wyszedł, wyznaczywszy spotkanie prokuratorowej przy klasztorze Saint-Magloire. Prokurator widząc, że Portos wychodzi, zaprosił go na obiad, ale muszkieter odrzucił zaproszenie z miną pełną dostojeństwa.
Pani Coquenard udała się do klasztoru Saint-Magloire cała drżąca, czuła bowiem, że czekają ją wyrzuty; wszelako była oczarowana wielkopańskim wzięciem Portosa.
Wszystkie gromy i wymówki, jakimi rozporządza mężczyzna dotknięty głęboko w swej próżności, spadły na schyloną głowę prokuratorowej.
— Niestety! — rzekła — chciałam jak najlepiej. Jeden z naszych klientów, handlarz końmi, był nam winien pieniądze i ociągał się z zapłatą. Zgodziłam się na muła i konia w zamian za dług, przyrzekł mi dwa królewskie wierzchowce.
— A zatem, pani — odparł Portos — ów handlarz to złodziej, jeśli był wam winien więcej niż pięć talarów.
— Przecież nie ma w tym nic złego, jeśli chce się kupić tanio, panie Portosie — rzekła prokuratorowa pragnąc się usprawiedliwić.
— Oczywiście, pani, ale ci co szukają tanich okazji, powinni pozwolić innym szukać bardziej szczodrych przyjaciół.
Tu Portos obrócił się na pięcie i postąpił krok naprzód.
— Panie Portosie! Panie Portosie! — zawołała prokuratorowa — zrobiłam źle, przyznaję, nie powinnam była skąpić, skoro szło o ekwipunek dla takiego jak pan kawalera!
Portos, nie odpowiadając słowem, oddalił się jeszcze o krok. Prokuratorowej wydało się, że widzi go w świetlanym obłoku, otoczonego księżnymi i markizami, które rzucają mu pod nogi worki ze złotem.
— Zatrzymaj się, na miłość boską, panie Portosie! Zatrzymaj się i porozmawiajmy.
— Rozmowa z panią przynosi mi nieszczęście — rzekł Portos.
— Ale powiedz, czego chcesz?
— Nic, na próżno bowiem prosiłbym panią o cokolwiek.
Prokuratorowa zawisła na ramieniu Portosa i w przystępie bólu zawołała;
— Panie Portosie, nie znam się na tym wszystkim; alboż ja wiem, co to koń? Albo wiem, co to uprząż?
— Powinnaś była więc zdać się na mnie, skoro ją się znam. Ale chciałaś oszczędzać, a co za tym idzie, pożyczać na lichwę.
— Popełniłam błąd, panie Portosie, ale przysięgam ci, że go naprawię.
— Jakim sposobem? — zapytał muszkieter.
— Posłuchaj. Książę de Chaulnes[*] wezwał na dziś wieczór Coquenarda. Ta narada potrwa co najmniej dwie godziny; przyjdź, będziemy sami i zrobimy rachunki.
— Wybornie! To złote słowa, droga pani Coquenard!
— Pan mi wybaczy?
— Zobaczymy — rzekł Portos z dostojeństwem.
Po czym rozstali się mówiąc: do wieczora.
“Tam do diaska — pomyślał Portos odchodząc — zdaje mi się, że zbliżam się wreszcie do skrzyni imć pana Coquenard”.
Rozdział V
W NOCY WSZYSTKIE KOTY SĄ CZARNE
Nadszedł wreszcie wieczór, na który czekali tak niecierpliwie Portos i d’Artagnan.
D’Artagnan zjawił się u Milady około dziewiątej, jak zawsze. Zastał ją w rozkosznym humorze; nigdy nie przyjęła go jeszcze tak dobrze. Nasz Gaskończyk zrozumiał od razu, że jego liścik został doręczony i że ów liścik robi swoje.
Ketty weszła i podała sorbety. Pani uśmiechnęła się do niej czarująco, pełna sympatii dla pokojówki. Niestety, biedna dziewczyna była tak smutna, że nie zauważyła nawet przychylności Milady.
D’Artagnan przyglądał się obu kobietom kolejno i musiał przyznać bezstronnie, że natura omyliła się co do nich: wielkiej damie dała duszę sprzedajną i nikczemną, pokojówce serce księżny.
O dziesiątej Milady zaczęła okazywać niepokój. D’Artagnan zrozumiał, co to znaczy: patrzyła na zegar, wstawała, siadała znowu, uśmiechała się do d’Artagnana z miną, która mówiła: jesteś na pewno bardzo miły, ale byłbyś czarujący, gdybyś odszedł!
D’Artagnan wstał, wziął kapelusz; Milady podała mu rękę do ucałowania; młodzieniec poczuł uścisk jej dłoni i zrozumiał, że to nie kokieteria, ale wdzięczność za odejście.
— Diablo go kocha — mruknął. I wyszedł.
Tym razem Ketty nie czekała na niego ani w przedpokoju, ani na korytarzu, ani przy bramie. D’Artagnan musiał sam znaleźć schody i trafić do małego pokoiku.
Ketty siedziała z głową ukrytą w rękach i płakała.
Słyszała, jak d’Artagnan wchodzi, ale nie podniosła głowy. Młodzieniec podszedł do niej, ujął jej ręce; wybuchnęła szlochem.
Jak to d’Artagnan przewidział, Milady, otrzymawszy list, w szale radości powiedziała wszystko swej pokojówce, a w nagrodę za załatwienie sprawy dała jej sakiewkę.
Ketty wróciła do swego pokoju, cisnęła sakiewkę w kąt, gdzie leżała jeszcze otwarta; kilka sztuk złota wypadło na dywan.
Gdy d’Artagnan pogłaskał Ketty, biedna dziewczyna podniosła głowę. D’Artagnan był przerażony zmianą na jej twarzy; złożyła ręce błagalnym gestem, ale nie odważyła się powiedzieć słowa.
Choć d’Artagnan nie miał bardzo czułego serca, wzruszyło go to nieme cierpienie; ale zanadto zależało mu na przeprowadzeniu swych zamiarów, a tego zwłaszcza, by miał zmienić cokolwiek w raz powziętym planie. Nie dając więc Ketty żadnej nadziei, przedstawił jej tylko swoje postępowanie jako zwykłą zemstę.
Ta zemsta stawała się zresztą tym łatwiejsza, że Milady, zapewne po to, by skryć rumieniec przed kochankiem, kazała Ketty zgasić wszystkie światła, nawet w pokoju pokojówki. Pan de Wardes miał wyjść przed świtem, a więc w ciemności.
Po chwili d’Artagnan usłyszał, że Milady idzie do sypialni. Natychmiast skoczył do swojej szafy. Zaledwie się w niej zamknął, kiedy zabrzmiał dzwonek.
Ketty weszła do pokoju pani zamykając drzwi; ale przepierzenie było tak cienkie, że można było usłyszeć niemal wszystko, co mówią obie kobiety.
Milady, pijana radością, kazała sobie powtarzać najdrobniejsze szczegóły domniemanego spotkania pokojówki z hrabią de Wardes: jak przyjął list, co powiedział, jaki był wyraz jego twarzy, czy wyglądał na bardzo zakochanego.