Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
— Tak, rozumiem; by odnaleźć jedną kobietę, zalecasz się do drugiej: jest to droga dłuższa, ale przyjemniejsza.
D’Artagnan chciał już wszystko opowiedzieć Atosowi, ale pewien wzgląd go powstrzymał: Atos był bardzo surowy, jeśli idzie o sprawy honoru, szczegóły zaś planu, który nasz zakochany sobie ułożył, nie znalazłyby uznania u purytanina, mógł być tego z góry pewien. Wolał tedy zachować milczenie, a ponieważ Atos był człowiekiem najmniej ciekawym w świecie, zwierzenia d’Artagnana urwały się na tym.
Opuścimy więc dwóch przyjaciół, którzy nie mieli sobie już nic ważnego do powiedzenia, aby udać się za Aramisem.
Na wiadomość o tym, że człowiek, co chciał z nim mówić, przybywa z Tours, młodzieniec zerwał się z miejsca i pośpieszył za Bazinem, a raczej go wyprzedził; jednym niemal susem przebył odległość dzielącą ulicę Férou od ulicy Vaugirard.
Gdy wszedł do swego mieszkania, ujrzał niskiego mężczyznę o bystrych oczach, odzianego w łachmany.
— Chciałeś się ze mną widzieć? — zapytał muszkieter.
— Chciałem się widzieć z panem Aramisem; czy to pan?
— We własnej osobie. Czy masz coś dla mnie?
— Tak, jeśli pokaże mi pan przedtem haftowaną chustkę.
— Oto ona — rzekł Aramis otworzywszy kluczykiem, który nosił na piersi, hebanową szkatułkę, inkrustowaną masą perłową — oto ona, proszę.
— Dobrze — powiedział żebrak — odpraw pan teraz swego służącego.
Albowiem Bazin ciekaw, czego żebrak chce od jego pana, szedł za nim i przybył niemal jednocześnie z Aramisem; ale ten pośpiech niezbyt mu się przydał: na prośbę żebraka pan kazał mu wyjść i Bazin musiał usłuchać.
Gdy służący wyszedł, żebrak rozejrzał się szybko wokoło, by się upewnić, czy nikt nie może go ani widzieć, ani słyszeć, rozpiął podartą kurtkę, byle jak ściągniętą skórzanym pasem, i zaczął odpruwać wierzch kaftana, z którego wydobył list.
Aramis wydał okrzyk radości, a widząc pieczęć ucałował pismo z czcią niemal religijną. Rozpieczętował list i przeczytał, co następuje:
“Przyjacielu, los chce, abyśmy przebywali jeszcze czas jakiś w rozłące, lecz piękne dni młodości nie są stracone bezpowrotnie. Czyń swą powinność na polu walki; ja spełniam moją gdzie indziej. Weź to, co wręczy Ci posłaniec; stawaj jak dzielny i dobry szlachcic i myśl o przyjaciółce, która czule całuje Twe czarne oczy.
Żegnaj lub raczej do widzenia.”
Żebrak pruł ciągle kaftan: z brudnych łachmanów wyciągnął jeden po drugim sto pięćdziesiąt podwójnych pistoli hiszpańskich i ułożył je na stole; za czym otworzył drzwi, ukłonił się i wyszedł, zanim zdumiony młodzieniec ośmielił się powiedzieć słowo.
Aramis przeczytał raz jeszcze list i zauważył, że zawiera on postscriptum.
“PS. Przyjmij dobrze wysłańca, jest to hrabia i grand hiszpański.”
— Złote sny! — zawołał Aramis. — O, piękne życie! Tak, jesteśmy młodzi! Tak, czekają nas jeszcze szczęśliwe dni! O, dla ciebie, dla ciebie, moja miłość, moja krew, moje życie! Wszystko, wszystko, wszystko, moja piękna kochanko!
Ucałował namiętnie list nie patrząc nawet na złoto połyskujące na stole.
Bazin zapukał do drzwi. Aramis nie miał teraz powodu, żeby go nie wpuszczać, i pozwolił mu wejść.
Bazin stanął jak wryty na widok złota i zapomniał oznajmić przybycie d’Artagnana, który ciekaw, jaki to żebrak odwiedził Aramisa, przyszedł do niego od Atosa.
D’Artagnan nie ceremoniował się z Aramisem. Skoro Bazin nie oznajmił jego przybycia, uczynił to sam.
— Tam do licha, mój drogi Aramisie — rzekł d’Artagnan — jeśli takie śliwki przysłano ci z Tours, możesz w moim imieniu powinszować ogrodnikowi, co je wyhodował.
— Mylisz się, mój drogi — odparł zawsze dyskretny Aramis — to mój wydawca przysłał mi pieniądze za poemat wierszem jednozgłoskowym, który tam rozpocząłem.
— Ach, w samej rzeczy! — rzekł d’Artagnan — wybornie, mój drogi Aramisie, mogę ci tylko powiedzieć, że twój wydawca jest wspaniałomyślny.
— Jak to, panie! Można więc sprzedać poemat tak drogo! To niewiarygodne! — zawołał Bazin. — Och, panie, pan jest wszechmocny, pan może dorównać panu de Voiture, panu de Benserade. Bardzo mi się to podoba, poeta to prawie ksiądz. Ach, panie Aramisie, zostań poetą, proszę!
— Bazin, mój przyjacielu — rzekł Aramis — zdaje mi się, że wtrącasz się do rozmowy.
Bazin zrozumiał, że posunął się zbyt daleko, spuścił głowę i wyszedł.
— Ho, ho — powiedział d’Artagnan z uśmiechem — sprzedajesz swoje utwory na wagę złota! Jesteś szczęśliwy, mój przyjacielu; ale uważaj, bo zgubisz list, który wyziera ci zza kaftana; zapewne także pochodzi od twego wydawcy.
Aramis zaczerwienił się po uszy, wsunął list i zapiął guziki kaftana.
— Mój drogi d’Artagnanie — powiedział — jeśli masz ochotę, chodźmy do naszych przyjaciół. Jestem dziś bogaty, zjemy obiad znów razem, potem przyjdzie na was kolej.
— Na honor — rzekł d’Artagnan — z wielką przyjemnością. Od dawna już nie jedliśmy przyzwoitego obiadu; dziś wieczór czeka mnie wyprawa dość niebezpieczna i nie mam nic przeciwko temu, żeby dodać sobie animuszu kilkoma butelkami starego burgunda.
— Zgadzam się na stary burgund, i ja wcale go lubię — rzekł Aramis, którego na widok złota opuściły pobożne myśli jak ręką odjął.
Aramis włożył do kieszeni kilka podwójnych pistoli na bieżące potrzeby i zamknął resztę w hebanowej szkatułce inkrustowanej masą perłową.
Dwaj przyjaciele udali się naprzód do Atosa, który, wiemy swej przysiędze zabraniającej mu opuszczać mieszkanie, obiecał zająć się przyniesieniem obiadu do domu; a że znakomicie umiał dobierać potrawy, d’Artagnan i Aramis powierzyli mu chętnie to odpowiedzialne zadanie.
Szli właśnie do Portosa, kiedy na rogu ulicy du Bać spotkali Mousquetona, z żałośliwą miną pędzącego przed sobą muła i konia.
D’Artagnan krzyknął głosem pełnym zdziwienia i radości.
— Ach, mój żółty konik! Aramisie, spójrz na tego konia!
— Co za okropny rudzielec! — rzekł Aramis.
— Więc wiedz, mój drogi — powiedział d’Artagnan — że jest to koń, na którym przyjechałem do Paryża.
— Jak to, pan zna tego konia? — zapytał Mousqueton.
— Jest niezwykłej maści — rzekł Aramis — nigdy jeszcze nie widziałem podobnego.
— Myślę sobie — ciągnął d’Artagnan — toteż dla tej maści zapewne sprzedałem go za trzy talary, ponieważ sam szkielet nie jest wart osiemnastu liwrów. Ale jakim sposobem koń dostał się w twoje ręce, Mousqueton?
— Ach — rzekł służący — niech mi pan o tym nie mówi, to niegodziwa sztuczka męża naszej księżny.
— Jak to, Mousqueton?
— Tak, jesteśmy w łaskach u pewnej wysoko postawionej damy, księżny de... ale przepraszam, mój pan zalecił mi dyskrecję. Zmusiła nas, byśmy przyjęli drobny upominek, wspaniałego dzianeta hiszpańskiego i muła andaluzyjskiego, na które aż miło patrzeć; mąż dowiedział się o wszystkim, zabrał dwa wspaniałe zwierzęta, kiedy prowadzono je właśnie do nas, i zamiast nich dał te potwory!
— Które prowadzisz mu z powrotem? — rzekł d’Artagnan.
— Właśnie! — mówił dalej Mousqueton — pan rozumie, że nie możemy ich przyjąć zamiast tych, które nam przyrzeczone.
— Nie, do kaduka, chociaż chciałbym widzieć Portosa na moim żółtym koniku. To dałoby mi wyobrażenie o tym, jak wyglądałem sam, kiedy przybyłem do Paryża. Ale nie zatrzymujemy cię, Mousqueton, idź wypełnić polecenie swego pana. Czy jest w domu?