Pierwsze uderzenie [Gust Front - pl]
- Автор: Ринго Джон
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: ISA
- ISBN: 83-88916-73-4
- Переводчик: Przemyslaw Bielinski
- Жанр: Боевая фантастика
Электронная книга - «Pierwsze uderzenie [Gust Front - pl]». Краткое содержание книги:
Wybraliśmy walkę.
Bili Worth leżał wśród gruzów zawalonego antykwariatu; napady kaszlu powodowały kolejne paroksyzmy bólu. Ciężka drewniana krokiew przygniatająca mu nogi i jego ogólny stan wskazywały, że nie będzie mógł odpowiednio godnie powitać dżentelmenów z innej planety.
Cokolwiek sądziłby na ten temat Jean Paul Sartre, nie zawsze można zmieniać swoje przeznaczenie. Skoro jest mu pisane właśnie tak przyjąć odwiedzających Fredericksburg turystów, to niech tak będzie.
Z rosnącego uczucia słabości i powiększającej się plamy krwi na piersi wnosił, że pewnie i tak nie przywita przybyszów osobiście.
Chcąc odwrócić uwagę od tych rozważań, rozejrzał się wokół, żeby zorientować się, co zostało z jego antykwariatu. Zaintrygowała go leżąca nieopodal książka, więc przyciągnął ją do siebie, zaciskając z bólu zęby. Nie od razu rozpoznał okładkę, więc otworzył książkę na stronie tytułowej.
— Wielkie nieba — wyszeptał zaskoczony — oryginalny Copperfield! Gdzieś ty się ukrywał, młody człowieku?
I w ten oto sposób słowa Dickensa niczym przyjaciele przyniosły mu ukojenie, póki ciemność nie przysłoniła mu wzroku…
— Tommy? — Wendy odzyskała przytomność i poczuła, jak czyjaś dłoń zatyka jej usta.
— Ciii! — szepnął chłopak.
Gdzieś w górze trwała walka. Głuche dudnienie świadczyło o odległych wybuchach.
Rozpoznała tunel i ze wstydem uzmysłowiła sobie, że Tommy musiał ją nieść aż tutaj. Czuła się już lepiej. Pomacała ranną nogę.
— Zrobiłem miejscowe znieczulenie — szepnął Tommy. — Byłaś w szoku.
— Przepraszam.
— W porządku, niektórym to się zdarza. — Wepchnął jej jakiś przedmiot do ręki. — To iniektor hibernacyjny. Trzymaj go przy sobie. Jeśli nas pogrzebie, kiedy detonuję claymore’a albo detonują Dużą, wstrzyknij to. Może wytrzymasz do czasu, aż nas wykopią.
— Dobra, a ty?
— Ja też mam. Jeśli stracę przytomność pod gruzami, zahibernuj mnie, a ja zrobię to samo z tobą. Teraz trzymaj się. — Uniósł klakier ostatniej miny i szybko go ścisnął.
Rozległ się straszliwy huk eksplozji. Osłona ich kryjówki zadzwoniła, kiedy trafiły w nią ciężkie odłamki skał, a potem zapadła cisza.
— Ustawiłem jeszcze kilka ładunków, kiedy cię tu przyniosłem — szepnął. — Zwaliły parter na suterenę i zabarykadowały nas tutaj.
Urwał na chwilę.
— Teraz musimy czekać i sprawdzić, czy przeżyjemy Dużą.
Żelbetonowy dach stacji pomp zapadł się po detonacji podłożonych ładunków do środka; na wysokość czterech stóp spiętrzyły się na nim nowe warstwy ziemi. Pułkownik Robertson, jego oficer łączności, dwóch saperów i cywilny obserwator czekali teraz na swojej pozycji bojowej, aż Posleeni albo wybuch bomby paliwowo-powietrznej raz na zawsze położy kres ich walce.
Pułkownik Robertson wpatrywał się we wstające słońce. Jeden saper stał na czatach, a drugi razem z operatorem łączności i cywilem grał w pokera. Ptaki dawały poranny koncert. Gdyby nie fakt, że mieli zginąć, byłby to przepiękny, jasny poranek, dający nadzieję na wspaniały jesienny dzień. Szkoda, że mieli tego nie doczekać.
Major Witherspoon leżał wśród poległych na stanowisku dowodzenia, z głową przestrzeloną pociskiem karabinu magnetycznego, a Posleeni dobijali się do drzwi kościoła. Ranni i sanitariusze ściskali broń i czekali w ciszy. Mieli wrażenie, że wokół zbierają się duchy w niebieskich, szarych i kamuflujących mundurach; czekały, aż dołączą do nich nowi towarzysze.
Komendant Wilson stała na parterze budynku Administracji z aparatem tlenowym na twarzy. U jej stóp leżał zapalnik, a w dłoni trzymała klamrowy detonator. Ostrożnie przełożyła go do drugiej ręki, uważając, żeby nie zamknąć obwodu. Kątem oka spostrzegła w drzwiach jakiś ruch.
Kerman, Wordly i Jones wiedzieli, że Posleeni znajdują się na wschód od międzystanowej numer 95. Pozwolono im trzymać się z daleka od skrzyżowania; zamierzali nie wychylać się spod osłony drzew. Kiedy gnali wśród świtu, przechyły samolotu, przeciążenia i trasa lotu wydawały im się znajome jak codzienna podróż do pracy. Przecięli Rappahanock i skręcili w górę doliny, w kierunku szybko zbliżającego się miasta.
— Zrzućcie ładunek — powiedział Kerman.
— Tigershark Pięć.
— Trzy.
Rozdzielili się i z trzech różnych stron zrzucili na Prince Edward Street napalm, wykonując manewr przejścia tak, że nie powstydziliby się go nawet Gromowładni. Kerman nigdzie nie dostrzegł żadnych pocisków smugowych, chociaż Posleeni wciąż do czegoś strzelali.
— Kontrola naziemna, Tigershark Dwa. Brak oznak życia we Fredericksburgu.
— Powtarzam Dwa. Potwierdzam. Jeszcze jeden przelot, odbiór.
Trzy samoloty wykonały skręt nad Belmont Manor wyciągając piętnaście g i ściągając na siebie sporadyczny ogień nieprzyjaciela, po czym nadleciały nad miasto od strony wstającego słońca.
— „Panie, zabierz mnie nad rzekę…” — zanuciła szeptem Morgen, siedząc na brzegu Rappahanock i czekając, kiedy wzejdzie słońce.
Zobaczyła na tle słonecznej tarczy kilka szybko zbliżających się punkcików-,,… i obmyj mnie krwią baranka”.
Nawet posleeńscy wojownicy byli w stanie się uczyć. Teraz uczyli się, że otwieranie drzwi w tym przeklętym przez demony mieście to najlepszy sposób, żeby nie przekazać swoich genów następnemu pokoleniu. To była pierwsza kompania, albo raczej jej niedobitki, która dotarła do jedynego w mieście wysokiego budynku — kwatery głównej wojskowych techników.
Słyszeli już raporty i widzieli efekty starcia, ruiny budynków wszędzie dookoła. Chociaż więc nie potrafili przeczytać słów „Witamy w historycznym Fredericksburgu, siedzibie dwieście dwudziestego dziewiątego batalionu saperów”, widniejących na papierowym proporcu, który łopotał nad drzwiami, wiedzieli już, że koślawy zamek o dwóch wieżach nie wróży nic dobrego, tak samo jak czaszka ze skrzyżowanymi piszczelami nie wróży niczego dobrego ludziom.
Kiedy trzydziestu niedobitków, ocalałych z czterystuosobowej kompanii podeszło do drzwi, zwolnili ostrożnie. Jak dotąd na każdym kroku napotykali opór, każdy budynek był zaminowany. A to była największa budowla w mieście, a mimo to nikt jej nie bronił.
Zajrzeli przez ocienione okna i zobaczyli wewnątrz jakąś postać.
Ich Wszechwładca przezornie pozostawał przez cały czas po drugiej stronie ulicy. Na jego rozkaz przywódca wojowników wystąpił naprzód i otworzył drzwi.
Komendant Wilson była niemal zadowolona. Mordercza noc wreszcie dobiegła końca. Do tej pory robiła wszystko, co można, żeby ratować ludzkie życie, a teraz po raz pierwszy i zarazem ostatni miała komuś życie odebrać. Przede wszystkim Posleenom, ale nie tylko. Także wielu ludziom. A ona czuła w głębi duszy, że wszyscy są braćmi. Miała tylko nadzieję, że ludzie są tak samo jak ona przygotowani na koniec tej drugiej nocy i tak samo zadowoleni, że wreszcie zacznie się dla nich nowa, dłuższa ale — jeśli wierzyć nadziei — spokojniejsza.