Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza

Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
1 ... 85 86 87 88 89 90 91 92 93 ... 152
Перейти на страницу:

– Nie wszystkie wyjścia muszą być tak wysoko. Wiem tylko, że na pewno można się stąd wydostać, choć niekoniecznie z powrotem nad Hewen. Poza tym, my mamy coś... kogoś, na kim im zależy. Wyjdziemy stąd. A gdy wrócimy, dostaniesz naganę na piśmie, za pomijanie stopnia dowódcy, młodszy dziesiętniku.

– Jeśli wrócimy, sam zedrę sobie pas skóry, żeby było na czym ją napisać, panie poruczniku.

Zmierzyli się wzrokiem. Przez chwilę, przez kilkanaście uderzeń serca, rozumieli się bez słów, czytając sobie niemal w głowach. A teraz znów byli po przeciwnych stronach.

Przerwało im krótkie chrząknięcie. Velergorf wziął na siebie rolę tego, kto musi zadać głupie pytanie.

– Przepraszam, panie poruczniku, ale ni w ząb nie rozumiem. Gdzie jesteśmy? Jak wyjdziemy? I czemu młodszy dziesiętnik Nur zlizuje brud z buta Andana?

Reszta podoficerów pokiwała głowami.

– Pamiętasz tego martwego Bękarta, którego znaleźliśmy na Hewen? Miał w zakamarkach ubrania taki sam pył. A wozacki czarownik twierdził, że pił zasiarczoną wodę i przebywał w miejscu, gdzie nie widać słońca, choć nie jest ciemno, i że było mu ciepło. Wypisz, wymaluj – tutaj. Czyli jest tu woda i można się stąd wydostać. Więc najpierw znajdziemy coś do picia, a potem wyjście.

We wszystkich oczach błysnęło to samo pytanie.

– I nie. Nie tysiąc stóp nad ziemią. Wątpię, żeby z całej tej krainy było tylko jedno wyjście, i to nad tak parszywym miejscem. A teraz dodatkowe rozkazy. Jesteśmy tutaj tylko my i być może kamraci tych, co nas tu ściągnęli. Ale wcześniej pewnie trafili tu inni. Rozglądajcie się, szukajcie śladów, może przed nami już ktoś wędrował po tej okolicy.

Velergorf uniósł brwi i machinalnie pogładził ostrze topora.

– Bękarty? Ci wszyscy, którzy przepadli w górach? Setka żołnierzy?

– Setka rozbita na oddziałki po kilku, kilkunastu ludzi. W górach przez całą zimę coś się działo, pamiętasz? W różnych miejscach mordowano różnych ludzi, kupców, chłopów, zbójów. Ale nie było ani jednego przypadku zaatakowania Straży, żadnego wymordowanego patrolu. Patrole po prostu znikały. Przegapiliśmy to, wszyscy zakładali, że żołnierzy napadnięto i wybito, i że zostaną odnalezieni później, ale tak się nie stało. Dlaczego? Bo trafili tutaj. Ci obcy, szarzy – Kenneth odruchowo wskazał za siebie – nie są z Olekadów. Nie umieli się za dobrze maskować, łatwo było ich wytropić. A zimą większość miejscowych siedzi po wsiach i miastach, szlaki są zawalone śniegiem, przełęcze niedostępne, drogi nieprzejezdne. Więc gdy patrol Górskiej Straży wychodzi z twierdzy i napotyka dziwne ślady, tropy zostawione przez ludzi tam, gdzie nie powinno ich być, co wtedy robi?

Wytatuowany dziesiętnik pokiwał głową i wykrzywił się gorzko.

– Idzie za nimi. My byśmy poszli. Może to ktoś, kto potrzebuje pomocy?

– Właśnie. Potem patrol spotyka grupę obcych i ci obcy wrzucają go tutaj. Wiatr nawieje świeży śnieg, ślady znikają, drużyna Bękartów przepada. Czarny wysyła w teren coraz większe, liczniejsze patrole. Jeśli są zbyt silne, obcy się ukrywają albo uciekają. Jeśli patrol jest mniej liczny i ich zaskoczy albo w czymś przeszkadza, otwierają jakieś przejście, wpychają go tu i robią swoje.

Kenneth przerwał, pozwalając im zrozumieć.

– Więc, oni... cholera. – Bergh szarpnął się za jeden z warkoczyków, w które zaplótł włosy. – Oni z nami nie walczą, tylko... co? Usuwają z drogi? Jak im wejdziemy w paradę, traktują jak śmieci zamiatane pod dywan?

– Nie ci, których tam zostawiliśmy. – Andan błysnął zębami spod brody, ale zaciśnięte w pięści dłonie świadczyły o tym, że też jest wstrząśnięty.

– Tamci nie spodziewali się nas. Tak jak mówiłem, sądzę, że nie byli zbyt dobrzy w poruszaniu się po górach. I chcieli je dorwać. – Wskazał kobiety odpoczywające kawałek dalej. – My byliśmy niespodzianką i już wiemy, dlaczego unikają otwartego starcia ze Strażą. To zabójcy, mordercy, a nie żołnierze. Jeśli nie mają czasu, by posłużyć się swoimi Mocami, giną tak samo jak zwykli ludzie. Zapadła cisza.

– Jesteśmy w lepszej sytuacji niż Bękarty – kontynuował Kenneth, świadomy, że trzeba wzmocnić morale, bo wiedza, że żaden strażnik z Regimentu Wschodniego nie wyszedł stąd żywy, nie była zbyt budująca. – Jest nas więcej, wiemy, co się dzieje, wiemy, że można stąd wyjść i mamy dość żywności, by to wyjście znaleźć. Teraz musimy poszukać wody. Dziś odpoczniemy między wzgórzami, a jutro ją znajdziemy. Zrozumiano?

Dziesiętnicy zasalutowali.

– Odpocznijcie jeszcze chwilę, ja porozmawiam z naszymi gośćmi.

Ruszył do kobiet.

Siedziały nieco na uboczu, pilnowane przez kilku strażników. Na gest porucznika żołnierze podnieśli się z ziemi i odeszli.

Kenneth od dłuższego czasu dyskretnie obserwował dziewczyny. Nadal nie wyglądały na przerażone uciekinierki, które umierają ze strachu przed karą. Nie żeby nie dawał wiary ich opowieści o działaniach w imieniu Szczurzej Nory, ale ten spokój potwierdzał to, co mówiły. Całą drogę przebyły pieszo i jak na mieszkanki Wielkich Stepów, radziły sobie bardzo dobrze. To znaczy nie jęczały, nie szlochały i nie błagały, by wolno im było odpocząć. Nieźle. Na dodatek, idąc, pogryzały wojskowe racje z takimi minami, jakby to były cesarskie frykasy. Całkiem nieźle.

Albo były naprawdę głodne.

Powitały go dwa spokojne spojrzenia, oczy czarne i zielone. Usiadł przed nimi i zerknął na szlachciankę. Nie zsadziły jej z konia, tkwiła w siodle z pochyloną głową i przymkniętymi oczami, wyglądała na pogrążoną we śnie.

– Nie lepiej, żeby zeszła?

– Nie. Ostatnio straciłyśmy kwadrans, żeby ją wsadzić z powrotem.

– Rozumiem.

Obejrzał zwierzęta. Nawet ktoś taki jak on, nieznający się na wierzchowcach, widział, że wędrówka przez góry im nie posłużyła. Zwłaszcza jednemu. Koń stał z pochylonym łbem, zmatowiała sierść lepiła mu się do boków, wzdęty brzuch i nerwowe drżenia przebiegające przez ciało zmieniły go w obraz nędzy i rozpaczy.

Dwa pozostałe były w niewiele lepszym stanie, ale przynajmniej nie sprawiały wrażenia, że tęsknią do rzeźniczego noża.

– Wyglądają prawie tak jak my. – Czarnowłosa posłała mu zmęczony uśmiech. – Jeden duży, jeden mały i jeden szlachetnej krwi, z którego jest najmniej pożytku.

– Kiedy ostatnio je karmiłyście? Prawdziwym obrokiem, a nie górską trawą?

Wzruszyła ramionami – kiedyś, parę dni temu, w innym życiu.

– Musicie ocenić, jak daleko zajdą.

– Już oceniłyśmy. On – Daghena wskazała na najbardziej zeszkapionego – wytrzyma do wieczora, jeśli będzie tu jakiś wieczór. Ten największy jeszcze dzień, najwyżej dwa. Kuc trzy. Potem staną i będą stały, póki nie padną.

Powiedziała to wszystko obojętnym tonem, jakby rozmawiali o pogodzie. Spojrzał jej w oczy. Wiedziała.

– Będziemy potrzebować mięsa dla psów i ludzi. Inaczej za kilka dni sami zaczniemy padać w miejscu, gdzie staniemy.

– To znaczy gdzie?

Wzruszył ramionami.

– Nie wiem. I moi ludzie też nie. A wy? Przypomniałyście sobie jakąś legendę? Opowieść o takim miejscu.

– Nie. A... – Zawahała się. – Gdzie właściwie idziemy?

– Szukamy wyjścia.

– A jest jakieś?

– Nie ma wyjścia z mroków koszmaru ani nadziei dla tych, co postawią tu stopę. Ta droga umiera, choć kiedyś płynęły tu rzeki, rosły lasy, a strażnicy strzegli jej przed wszelkim plugastwem. Strażnicy zginęli, rzeki wyschły, lasy skamieniały, plugastwo zrobiło tu sobie szambo. Dusza rozpada się w pył.

Spojrzeli jednocześnie na szlachciankę. Nie podniosła głowy, nawet nie drgnęła, mimo iż mówiła głosem donośnym i czystym.

– Oho, dostaniemy naszą codzienną porcję bełkotu doprawionego szczyptą obłędu – mruknęła Kailean. – Ale jeśli założymy, że ma choć trochę racji... Skąd wiesz, że można stąd wyjść?

1 ... 85 86 87 88 89 90 91 92 93 ... 152
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)