Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Bursztynowa Luneta
Bursztynowa Luneta - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Bursztynowa Luneta

Электронная книга - «Bursztynowa Luneta». Краткое содержание книги:

Аннотация

Bursztynowa Luneta
1 ... 88 89 90 91 92 93 94 95 96 ... 112
Перейти на страницу:

Jechali szybciej i szybciej. Will i Lyra nie od razu przyzwyczaili się do impulsów żywych mięśni i łomotania kół na twardym kamieniu. Początkowo Lyra miała więcej trudności od Willa, bo nigdy nie jeździła na rowerze i nie znała sztuczki z przechylaniem się w bok; ale zobaczyła, jak on to robi, i wkrótce zaczęła się rozkoszować szybkością.

Koła zbyt hałasowały, żeby mogli rozmawiać. Zamiast tego pokazywali: na drzewa, zdumieni ich wielkością i majestatem; na stado przedziwnych ptaków, którym przednie i tylne skrzydła nadawały obrotowy, spiralny ruch w powietrzu; na tłustą błękitną jaszczurkę, długą jak koń, wygrzewającą się na samym środku drogi (kołowe stworzenia rozdzieliły się i objechały ją z obu stron, a ona nawet nie zwróciła uwagi).

Słońce stało wysoko na niebie, kiedy zaczęli zwalniać. W powietrzu wyczuwali nieomylnie słony posmak morza. Droga wznosiła się w stronę urwiska; wkrótce posuwali się w spacerowym tempie.

Lyra, sztywna i obolała, zapytała:

– Czy możecie stanąć? Chcę zejść i iść piechotą.

Jej wierzchowiec poczuł szarpnięcie wodzy – nie wiadomo, czy zrozumiał, ale przystanął. Stworzenie Willa też się zatrzymało i dzieci zeszły na ziemię, zesztywniałe od nieustannych wstrząsów i podskoków.

Stworzenia przysunęły się do siebie, żeby porozmawiać, elegancko poruszając trąbami w rytmie wydawanych dźwięków. Po chwili ruszyły dalej. Will i Lyra z radością maszerowali wśród pachnących sianem, ciepłych, powoli toczących się stworzeń. Jedno czy dwa wysforowały się do przodu i wjechały na szczyt wzniesienia. Dzieci, które nie musiały już się skupiać na utrzymywaniu równowagi, przyglądały im się i podziwiały siłę i grację ich przyspieszeń, zwrotów, przechyłów.

Na szczycie wzniesienia przystanęli. Dzieci usłyszały, jak przywódca mówi:

– Mary blisko. Mary tam.

Spojrzały w dół. Na horyzoncie lśnił błękit morza. Szeroka, powolna rzeka wiła się wśród bujnych traw trochę bliżej, a u podnóża długiego zbocza, otoczona kępami niskich drzew i grządkami warzyw, leżała wioska. Stworzenia krzątały się wśród chat krytych strzechą, doglądały upraw lub pracowały pomiędzy drzewami.

– Teraz znowu jedziemy – oznajmił przywódca.

Nie jechali daleko. Will i Lyra ponownie wdrapali się na swoje wierzchowce, a inne stworzenia dokładnie sprawdziły ich równowagę i zbadały trąbami strzemiona jakby troszczyły się o bezpieczeństwo dzieci.

Potem wyruszyli, odpychając się bocznymi kończynami i przyspieszając na pochyłości, aż nabrali bardzo szybkiego tempa. Will i Lyra trzymali się mocno rękami i kolanami; pęd powietrza smagał im twarze, zwiewał włosy do tyłu i naciskał na gałki oczne. Łoskot kół, szum trawy po obu stronach, pewny i zdecydowany przechył na szerokim zakręcie, oczyszczająca szybkość – stworzenia to uwielbiały, a Will i Lyra odczuwali ich radość i śmiali się uszczęśliwieni.

Zatrzymali się pośrodku wioski, a inni, którzy widzieli nadjeżdżającą grupę, zebrali się dookoła, unosząc trąby i wymawiając słowa powitania.

A potem Lyra krzyknęła:

– Doktor Malone!

Mary wyszła z chaty, jednocześnie obca i znajoma, w spłowiałej niebieskiej koszuli. Miała przysadzistą figurę i czerstwe rumiane policzki.

Lyra podbiegła i objęła ją, a kobieta oddała uścisk. Will stanął z tyłu, ostrożny i nieufny.

Mary serdecznie ucałowała Lyrę, a potem podeszła przywitać się z Willem. A wówczas nastąpił dziwaczny krótki taniec współczucia i zakłopotania, trwający najwyżej sekundę.

Poruszona żałosnym wyglądem dzieci, Mary początkowo chciała objąć Willa tak jak Lyrę. Ale była dorosła, a on już prawie dorosły i nie chciała go potraktować jak dziecko. Mogłaby objąć dziecko, ale nigdy obcego mężczyznę; więc wycofała się w duchu, gdyż nade wszystko pragnęła uhonorować przyjaciela Lyry, żeby nie stracił twarzy.

Wyciągnęła więc do niego rękę, a on uścisnął jej dłoń i przebiegł pomiędzy nimi prąd zrozumienia i szacunku tak silny, że natychmiast przerodził się w sympatię. Każde z nich poczuło, że zyskało przyjaciela na całe życie; i mieli rację.

– To jest Will – powiedziała Lyra. – On jest z twojego świata... Pamiętasz, opowiadałam ci o nim...

– Jestem Mary Malone – przedstawiła się Mary – a wy dwoje na pewno chcecie jeść, wyglądacie na zagłodzonych.

Odwróciła się do stworzenia stojącego obok i wydala kilka tych śpiewnych pohukiwań, poruszając ramieniem.

Stworzenia natychmiast się rozeszły. Wyniosły z najbliższego domu dywaniki i poduszki i ułożyły je na ubitej ziemi pod pobliskim drzewem, którego gęste liście i nisko zwieszone gałęzie dawały chłodny, pachnący cień.

Jak tylko goście usadowili się wygodnie, gospodarze przynieśli gładkie drewniane misy pełne mleka, lekko pachnącego cytryną i cudownie orzeźwiającego; i małe orzechy podobne do laskowych, ale z bogatszym maślanym posmakiem; i sałatę świeżo zerwaną z grządki, ostre pikantne liście przemieszane z miękkimi i grubymi, wydzielającymi śmietankowy sok; i małe korzenie wielkości czereśni smakujące jak marchewka karotka.

Ale dzieci nie mogły jeść. Poczęstunek był zbyt obfity. Will pragnął zadowolić gościnnych gospodarzy, ale oprócz płynów zdołał przełknąć jedynie trochę płaskiego, lekko przypieczonego chleba przypominającego ciapaty lub tortille. Smakował zwyczajnie i w zupełności nasycił Willa. Lyra spróbowała po trochu wszystkiego, ale podobnie jak Will wkrótce stwierdziła, że ma dość.

Mary nie zadawała żadnych pytań. Ci dwoje przeżyli rzeczy, które wyryły na nich głębokie piętno; jeszcze nie chcieli o tym mówić.

Odpowiadała więc na ich pytania dotyczące mulefa i zrelacjonowała krótko, jak dostała się do tego świata; a potem zostawiła ich w cieniu drzewa, ponieważ widziała, że powieki im opadają i głowy się kiwają.

– Teraz nie musicie nic robić, tylko spać – powiedziała.

Popołudnie było ciepłe i spokojne, świerszcze sennie ćwierkały w cieniu drzewa. W niecałe pięć minut po przełknięciu resztek napoju Will i Lyra zapadli w głęboki sen.

– Oni są dwóch płci? – zapytała zdumiona Atal. -. Ale skąd wiesz?

– To łatwe – odparła Mary. – Ich ciała są inaczej ukształtowane. Inaczej się poruszają

– Nie są dużo mniejsi od ciebie. Ale mają mniej sarfu. Kiedy do nich przyjdzie?

– Nie wiem – przyznała Mary. – Chyba już niedługo. Nie wiem, kiedy to do nas przychodzi.

– Brakuje kół – powiedziała Atal ze współczuciem. Pieliły ogród warzywny. Mary zrobiła motykę, żeby oszczędzić sobie schylania; Atal używała trąby, więc musiały prowadzić przerywaną rozmowę.

– Ale wiedziałaś, że oni przybędą – zauważyła Atal.

– Tak.

– Czy to patyczki ci powiedziały?

– Nie – zaprzeczyła Mary, zarumieniona. Była naukowcem; dostatecznie źle się stało, że pozwalała sobie na konsultacje z I Ching, ale teraz czuła się jeszcze bardziej zakłopotana. – To był nocny obraz – wyznała.

Mulefa nie mieli jednego określonego słowa na sen. Natomiast miewali barwne sny i traktowali je bardzo poważnie.

– Nie lubisz nocnych obrazów – stwierdziła Atal.

– Owszem, lubię. Ale nie wierzyłam w nie aż do dzisiaj. Widziałam chłopca i dziewczynkę tak wyraźnie, i jakiś głos mi powiedział, żebym przygotowała się na spotkanie z nimi.

– Jaki rodzaj głosu? Jak mówił, skoro go nie widziałaś?

Atal nie bardzo umiała sobie wyobrazić mowę bez ruchów trąby, które wyjaśniały i definiowały słowa. Zatrzymała się w połowie rządka fasoli i spojrzała na Mary z ciekawością.

1 ... 88 89 90 91 92 93 94 95 96 ... 112
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)