Bursztynowa Luneta
- Автор: Пулман Филип
- Серия: Mroczne Materie #3
- Язык: польский
- Переводчик: Danuta Gorska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bursztynowa Luneta». Краткое содержание книги:
Аннотация
Bursztynowa Luneta– W porządku – powiedziała.
Zostawiła ubranie na brzegu i weszła do rzeki. Pływała forsownie, żeby nie zmarznąć, a potem wyszła z wody i, drżąc, skuliła się na brzegu. Zwykle Pan pomagał jej się wysuszyć; czy był rybą śmiejącą się z niej w wodzie? Albo żukiem włażącym pod ubranie, żeby ją połaskotać, albo ptakiem? Albo był zupełnie gdzie indziej z drugim dajmonem i wcale nie myślał o Lyrze?
Słońce grzało teraz mocno i Lyra szybko wyschła. Ponownie nałożyła luźną koszulę Mary i widząc kilka płaskich kamieni przy brzegu, poszła po swoje ubranie, żeby je wyprać. Ale odkryła, że ktoś już to zrobił – ubrania jej i Willa wisiały na sprężystych gałęziach pachnącego krzaka, prawie suche.
Will się poruszył. Usiadła obok i zawołała cicho:
– Will! Obudź się!
– Gdzie jesteśmy? – zapytał natychmiast i usiadł, sięgając po nóż.
– Bezpieczni – odparła, odwracając wzrok. – Wyprali nasze ubrania, albo doktor Malone to zrobiła. Przyniosę ci twoje. Już prawie wyschło...
Podała mu jego rzeczy i usiadła odwrócona plecami, kiedy się ubierał.
– Pływałam w rzece – oznajmiła. – Poszłam poszukać Pana, ale on chyba się ukrywa.
– Dobry pomysł. Mam na myśli rzekę. Całkiem zarosłem brudem... Pójdę się umyć.
Pod jego nieobecność Lyra wędrowała po wiosce, nie przyglądając się niczemu zbyt natrętnie, żeby nie złamać żadnych zasad grzeczności, ale zaciekawiona wszystkim. Widziała kilka domków bardzo starych i kilka całkiem nowych, ale wszystkie zbudowano w podobny sposób z drewna, gliny i strzechy. Nie miały w sobie nic prymitywnego; każde drzwi, nadproże i framugę okienną pokrywały subtelne wzory, chociaż nie wyrzeźbione w drewnie, raczej jakby samo drzewo pod wpływem perswazji wytworzyło pożądany kształt.
Im dłużej patrzyła, tym więcej dostrzegała w wiosce porządku i staranności, zupełnie jak warstwy znaczenia w aletheiometrze. Część jej umysłu pragnęła rozszyfrować to wszystko, lekko przechodzić od podobieństwa do podobieństwa, od jednego znaczenia do następnego jak podczas odczytywania wskazań instrumentu; ale inna część zastanawiała się, jak długo mogliby tutaj zostać, zanim muszą ruszać dalej.
No, nigdzie nie pójdę, dopóki Pan nie wróci, powiedziała sobie.
Wkrótce Will nadszedł znad rzeki, a potem Mary wyszła ze swojej chaty i zaproponowała im śniadanie. Zaraz zjawiła się też Atal i wioska wokół nich zbudziła się do życia. Dwoje małych dzieci mulefa, bez kół, zerkało na nich zza węgła swojej chaty, a Lyra odwracała się nagle i patrzyła prosto na nie, aż podskakiwały i chichotały przerażone.
– No więc – zaczęła Mary, kiedy zjedli trochę chleba z owocami i wypili parzący napar z czegoś pachnącego jak mięta. – Wczoraj byliście zbyt zmęczeni i musieliście odpocząć. Ale dzisiaj oboje wyglądacie trochę lepiej, więc chyba powinniśmy sobie opowiedzieć, czego się dowiedzieliśmy. To długo potrwa, więc równie dobrze możemy też zająć czymś ręce. Będziemy naprawiać sieci, żeby się do czegoś przydać.
Znieśli kłąb sztywnych, smołowanych sieci na brzeg rzeki i rozpostarli na trawie. Mary pokazała im, jak wiązać nowy kawałek sznurka w przetartych miejscach. Zachowywała czujność, ponieważ Atal powiedziała jej, że rodziny mieszkające dalej przy brzegu widziały sporo tualapi, białych ptaków, gromadzących się na morzu. Wszyscy gotowi byli natychmiast uciec przy pierwszym ostrzeżeniu; ale w międzyczasie czekała na nich robota.
Siedzieli więc i pracowali w słońcu nad spokojną rzeką, a Lyra opowiadała swoją historię od tamtej chwili tak dawno temu, kiedy ona i Pan postanowili zajrzeć do Sali Seniorów w Kolegium Jordana.
Przypływ nadszedł i opadł, ale wciąż nie widzieli ani śladu tualapi. Późnym popołudniem Mary zabrała Willa i Lyrę na spacer brzegiem rzeki, obok słupów rybackich, gdzie przywiązywano sieci, przez rozległe słone bagna w stronę morza. Podczas odpływu mogli tam chodzić bezpiecznie, ponieważ białe ptaki zapuszczały się w głąb lądu tylko przy wysokim poziomie wody. Mary prowadziła dzieci wąską ścieżką nad błotami, bardzo starą i idealnie utrzymaną jak wiele innych wytworów mulefa, wyglądającą raczej na wytwór natury niż coś sztucznego.
– Czy oni stworzyli te kamienne drogi? – zapytał Will.
– Nie. Myślę, że te drogi ich stworzyły, w pewnym sensie – odparła Mary. – To znaczy, że nie zaczęliby używać kół, gdyby nie mieli do dyspozycji tyle płaskiej, twardej nawierzchni. To chyba erupcje lawy ze starożytnych wulkanów. Drogi pozwoliły im więc używać kół.
A razem z tym przyszły inne rzeczy. Jak same kołowe drzewa i kształt ich ciał – one nie są kręgowcami, nie maja kręgosłupów. Jakiś szczęśliwy przypadek dawno temu w naszych światach sprawił, że stworzenia posiadające kręgosłup miały trochę łatwiej, więc rozwinęły się rozmaite formy, wszystkie oparte na centralnym kręgosłupie. W tym świecie przypadek zdecydował inaczej i najkorzystniejszy okazał się romboidalny szkielet. Oczywiście żyją tutaj kręgowce, ale niewiele. Na przykład węże. Węże są tutaj ważne. Ludzie opiekują się nimi i starają się ich nie krzywdzić. W każdym razie na to wszystko złożyły się różne rzeczy: drogi, kołowe drzewa i kształt ciała. Mnóstwo drobnych przypadków zebranych razem. Kiedy zaczyna się twoja część historii, Will?
– Też od mnóstwa drobnych przypadków – odparł, wspominając kotkę pod drzewem. Gdyby zjawił się tam trzydzieści sekund później lub wcześniej, nie zobaczyłby kotki, nie znalazłby okna, nie odkryłby Cittagazze i nie spotkałby Lyry; nic by się nie zdarzyło.
Zaczął od samego początku i mówił, idąc. Zanim weszli na błota, dotarł do momentu, kiedy walczyli z ojcem na szczycie góry.
– A potem ta czarownica go zabiła...
Nigdy naprawdę tego nie zrozumiał. Wyjaśnił, co mu powiedziała, zanim się zabiła: kochała Johna Parry'ego, a on nią wzgardził.
– Czarownice są groźne – stwierdziła Lyra.
– Ale jeśli go kochała...
– No – wtrąciła Mary – miłość też jest groźna.
– Ale on kochał moją matkę – oświadczył Will. – I mogę jej powiedzieć, że nigdy jej nie zdradził.
Lyra, patrząc na Willa, pomyślała, że jeśli on kiedyś się zakocha, będzie taki sam.
Wszędzie wokół nich ciche odgłosy popołudnia wisiały w ciepłym powietrzu: nieustanne bulgotliwe mlaskanie bagna, brzęczenie owadów, krzyki mew. Trwał odpływ, więc plaża odkryta na całej szerokości błyszczała w słońcu. Miliony maleńkich błotnych stworzonek żyły, jadły i umierały w górnych warstwach piasku, a małe kopczyki, otwory wentylacyjne i niewidoczne poruszenia świadczyły, że cała okolica tętni życiem.
Nie zdradzając przyczyny, Mary spoglądała na odległe morze i szukała na horyzoncie białych żagli. Ale widziała tylko migotliwą mgiełkę w miejscu, gdzie błękit nieba bladł na granicy wody, która przejmowała tę barwę i błyszczała w rozedrganym powietrzu.
Mary pokazała dzieciom, jak zbierać pewien gatunek małży, znajdując ich rurki oddechowe tuż nad piaskiem. Mulefa je uwielbiali, ale trudno im było poruszać się po piasku. Za każdym razem, kiedy Mary schodziła na brzeg, zbierała jak najwięcej, a teraz trzy pary oczu i rąk mogły urządzić prawdziwą ucztę.
Wręczyła każdemu worek i pracowali, słuchając dalszej części historii. Stopniowo napełniali worki, a Mary nieznacznie kierowała ich z powrotem na skraj bagniska, ponieważ zaczynał się przypływ.
Opowieść zajęła dużo czasu; tego dnia nie dotarli jeszcze do krainy zmarłych. Zbliżając się do wioski, Will opowiadał Mary, w jaki sposób on i Lyra zrozumieli potrójną naturę istot ludzkich.