Bursztynowa Luneta
- Автор: Пулман Филип
- Серия: Mroczne Materie #3
- Язык: польский
- Переводчик: Danuta Gorska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bursztynowa Luneta». Краткое содержание книги:
Аннотация
Bursztynowa Luneta– Lyro – powiedziała dama na jastrzębiu – i Willu, chodźcie teraz z nami, zaprowadzimy was do waszych dajmonów.
Kiedy jastrząb rozłożył skrzydła i odleciał, Lyra poczuła drobny ciężar Salmakii spadający na drugą dłoń i natychmiast zrozumiała, że tylko siła ducha trzymała lady przy życiu tak długo. Przytuliła jej ciało do serca i biegła za Willem pod chmurą ważek; niejeden raz potknęła się i upadła, ale wciąż trzymała ciało Salmakii.
– W lewo! W lewo! – krzyknął głos z grzbietu błękitnego jastrzębia.
Skręcili w mroku przeszywanym błyskawicami. Po prawej Will dostrzegł oddział żołnierzy w jasnoszarych zbrojach, w hełmach i maskach; szare dajmony-wilki truchtały obok, dotrzymując im kroku. Ważki natychmiast skierowały się na nich i żołnierze musieli stanąć; broń na nic się nie zdała, a Gallivespianie opadli ich w mgnieniu oka. Każdy wojownik zeskakiwał z grzbietu swojego owada, znajdował dłoń, ramię, odkrytą szyję, wbijał ostrogę i znowu wskakiwał na ważkę, która krążyła obok. Atakowali tak szybko, że oko za nimi nie nadążało. Żołnierze zawrócili i umknęli w panice, łamiąc dyscyplinę.
Lecz wtedy z tyłu zadudniły nagle końskie kopyta i dzieci odwróciły się z przerażeniem. Jeźdźcy nacierali na nich w galopie, a jeden czy dwaj trzymali już siatki, którymi wywijali nad głowami, chwytali ważki, zgniatali i odrzucali.
– Tędy! – rozległ się znowu głos Madame, a po chwili: – Teraz padnij... na ziemię!
Upadli i poczuli, że ziemia dygocze pod nimi. Czy to z powodu końskich kopyt? Lyra uniosła głowę, odgarnęła z oczu mokre włosy i zobaczyła nie konie, lecz coś zupełnie innego.
– Iorek! – krzyknęła i radość wezbrała w jej piersi. – Och, Iorek!
Will natychmiast przygiął ją znowu do ziemi, ponieważ nie tylko Iorek Byrnison, ale cały regiment jego niedźwiedzi pędził prosto na nich. W samą porę Lyra pochyliła głowę, a wtedy Iorek przeskoczył nad nimi, rycząc rozkazy do swoich niedźwiedzi, żeby rozdzieliły się na lewo, na prawo i zgniotły między sobą wroga.
Lekko, jakby jego pancerz ważył nie więcej od futra król niedźwiedzi obrócił się przodem do Lyry i Willa, którzy wstawali z trudem.
– Iorek... za tobą... mają sieci! – krzyknął Will, ponieważ jeźdźcy prawie siedzieli im na karkach.
Zanim niedźwiedź zdążył odskoczyć, sieć świsnęła w powietrzu i natychmiast skrępowały go liny mocne jak stal. Ryknął, stanął dęba i próbował dosięgnąć jeźdźca wielkimi łapskami. Lecz sieć była mocna i chociaż koń rżał i cofał się ze strachu, Iorek nie mógł się uwolnić.
– Iorek! – krzyknął Will. – Stój spokojnie! Nie ruszaj się!
Pobrnął do przodu przez kałuże i kępki trawy, podczas gdy jeździec próbował zapanować nad koniem. Dotarł do Iorka w chwili, kiedy zjawił się drugi jeździec i następna sieć syknęła w powietrzu.
Lecz Will nie stracił głowy: zamiast ciąć na oślep i tylko splątać zwoje, obserwował lot sieci i przeciął ją w odpowiedniej chwili. Druga sieć zniszczona upadła na ziemię, a potem Will doskoczył do Iorka, obmacał go lewą ręką i ciął prawą. Wielki niedźwiedź stał bez ruchu, kiedy chłopiec uwijał się przy jego wielkim cielsku, rozcinał i rozrywał sieć.
– Teraz ruszaj! – wrzasnął Will i odskoczył.
Iorek jakby eksplodował w górę, prosto na pierś najbliższego konia. Jeździec wzniósł bułat i zamierzył się na kark niedźwiedzia, ale Iorek Byrnison w pancerzu ważył prawie dwie tony i nic mniejszego nie mogło go zatrzymać. Jeździec i koń, obaj połamani i zmasakrowani, upadli bezwładnie na bok. Iorek złapał równowagę, ocenił wzrokiem ukształtowanie terenu i ryknął do dzieci:
– Właźcie mi na grzbiet! Już!
Lyra wskoczyła na niedźwiedzia, a Will za nią. Ściskając między nogami zimne żelazo, poczuli potężny przepływ mocy, kiedy Iorek ruszył pędem.
Za nimi reszta niedźwiedzi walczyła z dziwną kawalerią, wspomagana przez Gallivespian, których żądła płoszyły konie. Madame na błękitnym jastrzębiu przemknęła nisko i zawołała:
– Teraz prosto przed siebie! Pomiędzy drzewa w dolinie!
Iorek dotarł do szczytu niewielkiego wzniesienia i przystanął. Przed nimi spękany grunt opadał w stronę zagajnika oddalonego o czterysta metrów. Gdzieś dalej bateria wielkich dział wystrzeliwała pociski wyjące wysoko w górze, a ktoś odpalał również race, które wybuchały tuż pod chmurami i powoli opadały nad drzewami, oświetlając cel zimnym jaskrawozielonym blaskiem.
O panowanie nad zagajnikiem walczyło ze dwadzieścia lub więcej upiorów, powstrzymywanych przez obdartą bandę duchów. Jak tylko Will i Lyra zobaczyli grupę drzew, od razu wiedzieli, że tam są ich dajmony i że umrą, jeśli dzieci szybko do nich nie dotrą. Z minuty na minutę przybywało coraz więcej upiorów, które przelewały się przez grań po prawej. Will i Lyra widzieli je teraz bardzo wyraźnie.
Eksplozja tuż nad granią wstrząsnęła gruntem, cisnęła kamienie i grudy ziemi wysoko w powietrze. Lyra krzyknęła, a Will chwycił się za pierś.
– Trzymajcie się – warknął Iorek i rozpoczął szarżę.
Nad nimi zapłonęła raca, potem następna i następna, powoli opadając w jaskrawej magnezjowej poświacie. Wybuchł kolejny pocisk, tym razem bliżej; poczuli podmuch powietrza, a po sekundzie czy dwóch ukąszenia kamyków i ziemi na twarzach. Iorek nie zwolnił, ale oni z trudem się trzymali: nie mogli chwycić się futra – musieli ściskać pancerz między kolanami, niedźwiedź miał tak szeroki grzbiet, że oboje ciągle się ześlizgiwali.
– Patrz! – krzyknęła Lyra, wskazując do góry, kiedy obok wybuchł kolejny pocisk.
Kilkanaście czarownic leciało ku racom, trzymając w rękach ulistnione krzaczaste gałęzie, którymi odgarniały jaskrawe światła i zmiatały je dalej w niebo. Ciemność znowu opadła na zagajnik i ukryła go przed armatami.
Teraz ledwie kilka metrów dzieliło Willa i Lyrę od drzew. Oboje poczuli bliskość swoich utraconych jaźni – podniecenie, dziką nadzieję zmrożoną strachem: ponieważ musieli wejść prosto pomiędzy upiory zgromadzone w zagajniku, a sam ich widok wywoływał mdlącą słabość w sercu.
– One boją się noża – powiedział głos obok nich i król niedźwiedzi zatrzymał się tak nagle, że Will i Lyra stoczyli się z jego grzbietu.
– Lee! – zawołał Iorek. – Lee, mój towarzyszu, nigdy jeszcze tego nie widziałem. Nie żyjesz... z kim ja rozmawiam?
– Iorek, stary druhu, nie wiesz nawet połowy. Teraz przejmujemy dowodzenie... Upiory nie boją się niedźwiedzi. Lyro, Willu... chodźcie tędy, trzymaj ten nóż...
Błękitny jastrząb spikował jeszcze raz na pięść Lyry i siwowłosa dama powiedziała:
– Nie marnujcie ani sekundy... Znajdźcie wasze dajmony i uciekajcie! Nadciąga inne niebezpieczeństwo.
– Dziękujemy ci, pani! Dziękujemy wam wszystkim! – zawołała Lyra i jastrząb odleciał.
Will widział obok nich mglistego ducha Lee Scoresby'ego, ponaglającego ich do pośpiechu, ale musieli pożegnać się z Iorkiem Byrnisonem.
– Iorku, mój drogi, nie mam słów... Dzięki ci, dzięki!
– Dziękuję ci, królu Iorku – powiedział Will.
– Nie ma czasu. Idźcie, idźcie!
Popchnął ich do przodu opancerzonym łbem.
Will zanurkował w gąszcz za duchem Lee Scoresby'ego, tnąc nożem na lewo i prawo. Dochodziło tutaj przyćmione mętne światło, cienie były gęste, splątane, mylące.
– Trzymaj się blisko! – zawołał do Lyry, a potem krzyknął, kiedy jeżyna chlasnęła go w policzek.
Wszędzie wokół nich trwał ruch, hałas, walka. Cienie skakały tu i tam jak gałęzie na silnym wietrze. To mogły być duchy: dzieci czuły lekkie ukłucia zimna, które poznały tak dobrze, a potem usłyszały głosy: