Bursztynowa Luneta
- Автор: Пулман Филип
- Серия: Mroczne Materie #3
- Язык: польский
- Переводчик: Danuta Gorska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bursztynowa Luneta». Краткое содержание книги:
Аннотация
Bursztynowa LunetaBliżej jednak – dosłownie u podnóża urwiska, nie dalej niż sto metrów – błękitniał nieduży staw zasilany przez strumień wypływający ze skały; Lyra dopiero teraz poczuła, jak bardzo jest spragniona.
Dźwignęła się na drżących nogach i powoli zeszła do wody. Strumień gulgotał i pluskał wśród omszałych głazów. Lyra po wielekroć zanurzała ręce w wodzie, żeby zmyć brud i błoto, zanim uniosła je do ust. Woda była tak zimna, że zęby bolały; napiła się z przyjemnością. Staw porastało dookoła sitowie, w którym skrzeczała żaba. Był płytki i cieplejszy od strumienia, co odkryła, kiedy zdjęła buty i weszła do niego. Stała przez długi czas w słońcu ogrzewającym głowę i całe ciało, rozkoszując się chłodnym mułem pod stopami i zimną wodą opływającą łydki.
Pochyliła się, zanurzyła twarz w wodzie i starannie wypłukała włosy, rozgarniając je palcami, żeby zmyć brud i kurz.
Kiedy zaspokoiła pragnienie i poczuła się trochę czystsza, podniosła wzrok na zbocze i zobaczyła, że Will się przebudził. Siedział, obejmując ramionami podciągnięte kolana, spoglądał na równinę, jak ona wcześniej, i zachwycał się jej bezmiarem. I światłem, i ciepłem, i ciszą.
Lyra powoli wdrapała się do niego i zobaczyła, że wycina w małym kamieniu nagrobnym imiona Gallivespian, a potem osadza kamień mocniej w ziemi.
– Czy one... – zaczął i wiedziała, że pyta o dajmony.
– Nie wiem. Nie widziałam Pana. Mam uczucie, że on jest niedaleko, ale nie wiem. Czy pamiętasz, co się stało?
Potarł oczy i ziewnął tak szeroko, że usłyszała, jak w szczękach mu trzeszczy. Potem zamrugał i potrząsnął głową.
– Niewiele – powiedział. – Wziąłem Pantalaimona, a ty podniosłaś... tego drugiego i przeszliśmy na tę stronę. Wszędzie świecił księżyc, postawiłem Pana, żeby zamknąć okno.
– A twój... drugi dajmon wyskoczył z moich objęć – powiedziała. – Próbowałam zobaczyć przez okno pana Scoresby'ego i Iorka, a kiedy się obejrzałam, już nie widziałam dajmonów. Nie wiem, dokąd pobiegł Pan.
– Ale nie czujemy tego co wtedy, kiedy weszliśmy do świata zmarłych. Kiedy naprawdę się rozdzieliliśmy.
– Nie – zgodziła się. – One są gdzieś niedaleko. Pamiętam, jak byliśmy mali, bawiliśmy się w chowanego, tylko że nigdy się nie udawało, bo byłam za duża, żeby schować się przed nim, i zawsze dokładnie wiedziałam, gdzie on jest, nawet jeśli udawał ćmę czy cokolwiek. Ale to dziwne – ciągnęła, mimowolnie przesuwając rękoma po głowie, jakby próbowała odpędzić czar. – Nie ma go tutaj, ale nie czuję się rozdarta, czuję się bezpieczna i wiem, że on też.
– One chyba są razem – mruknął Will.
– Tak, na pewno.
Nagle wstał.
– Patrz – powiedział – tam...
Osłaniał oczy dłonią i coś pokazywał. Podążyła za jego spojrzeniem i zobaczyła odległe drżenie, zupełnie inne niż drganie rozgrzanego powietrza.
– Zwierzęta? – zapytała z powątpiewaniem.
– Posłuchaj – dodał, przykładając rękę do ucha. Teraz, kiedy zwrócił jej uwagę na dziwne zjawisko, usłyszała bardzo odległy, niski, uporczywy turkot, prawie jak łoskot gromu.
– Zniknęły – oświadczył Will.
Mała plamka ruchomych cieni znikła, ale łoskot trwał jeszcze przez parę chwil. Potem nagle przycichł, chociaż i tak nie był głośny. Dwoje dzieci wciąż patrzyło w tę samą stronę i wkrótce znowu zobaczyli cienie. Po chwili dobiegł do nich dźwięk.
– Schowały się za jakimś wzgórzem – wywnioskował Will. – Są bliżej?
– Nie widzę dobrze. Tak, zawracają, popatrz, skręcają w tę stronę.
– No, jeśli mamy z nimi walczyć, najpierw chcę się napić.
Will zniósł plecak do strumienia, gdzie napił się do syta i z grubsza obmył. Stracił dużo krwi. Czuł się brudny; tęsknił za gorącym prysznicem z mnóstwem mydła i za czystym ubraniem.
Lyra patrzyła na... Czymkolwiek były, wyglądały bardzo dziwnie.
– Will! – zawołała. – One jadą na kołach...
Ale mówiła bez przekonania. Will wspiął się trochę wyżej na zbocze i osłonił oczy dłonią. Teraz widział już pojedyncze osobniki. Grupa, stado czy banda liczyła około tuzina istot i poruszała się, jak zauważyła Lyra, na kołach. Wyglądali jak skrzyżowanie antylopy z motocyklem, a nawet jeszcze dziwniej: mieli trąby jak słonie.
I kierowali się wyraźnie w stronę Willa i Lyry. Will wyjął nóż, ale Lyra, siedząca obok niego na trawie, już obracała wskazówki aletheiometru.
Odpowiedział szybko, kiedy stworzenia znajdowały się jeszcze w odległości kilkuset metrów. Igła śmignęła w lewo, w prawo, w lewo i w lewo, a Lyra obserwowała ja niespokojnie, ponieważ ostatnie odczyty sprawiły jej tyle trudności. Czuła się niezręcznie, kiedy z wahaniem pokonywała kolejne stopnie zrozumienia. Zamiast śmigać jak ptak od jednego etapu do następnego, stąpała krok za krokiem dla bezpieczeństwa; ale znaczenie okazało się wyraźne jak zawsze i wkrótce zrozumiała odpowiedź.
– One są przyjazne – oznajmiła. – Will, one nas szukają. Wiedzą, że tu jesteśmy... To dziwne, nie bardzo mogę odczytać... Doktor Malone?
Wymówiła to nazwisko raczej do siebie, ponieważ nie wierzyła, że doktor Malone znajduje się w tym świecie. Jednak aletheiometr wskazywał na nią wyraźnie, chociaż oczywiście nie mógł podać jej nazwiska. Lyra odsunęła przyrząd na bok i powoli wstała.
– Chyba powinniśmy zejść do nich – powiedziała. – Nie zrobią nam krzywdy.
Kilka stworów zatrzymało się i czekało. Przywódca wysunął się nieco do przodu z uniesioną trąbą i dzieci zobaczyły, jak się poruszał: odpychał się do tyłu bocznymi kończynami. Kilka stworzeń zeszło do stawu, żeby się napić, inne czekały, ale nie z łagodną, bierną ciekawością krów stłoczonych przy bramie. Posiadały indywidualność, żywą inteligencję, świadomość celu. To byli ludzie.
Will i Lyra zeszli po zboczu dostatecznie blisko, żeby z nimi rozmawiać. Pomimo zapewnień Lyry Will trzymał dłoń na rękojeści noża.
– Nie wiem, czy mnie rozumiecie – zaczęła Lyra ostrożnie – ale wiem, że jesteście przyjaciółmi. Chyba powinniśmy...
Przywódca poruszył trąbą i powiedział:
– Chodźcie do Mary. Wy jedziecie. My wieziemy. Chodźcie do Mary.
– Och! – zawołała Lyra i odwróciła się do Willa z radosnym uśmiechem.
Dwa stworzenia miały założone wodze i strzemiona z plecionego sznura. Żadnych siodeł: ich romboidalne grzbiety okazały się całkiem wygodne i bez tego. Lyra jeździła na niedźwiedziu, a Will na rowerze, żadne z nich jednak nigdy nie jeździło konno, co stanowiło najbliższy odpowiednik. Jednakże jeździec zwykle kieruje koniem, a dzieci wkrótce odkryły, że wcale tego od nich nie oczekiwano; wodze i strzemiona pomagały im tylko utrzymać równowagę. Stworzenia same podejmowały wszelkie decyzje.
– Dokąd... – zaczął Will, ale musiał przerwać i złapać równowagę, kiedy stworzenie poruszyło się pod nim.
Grupa zawróciła i ruszyła po lekkiej pochyłości, zjeżdżając powoli wśród trawy. Trochę trzęsło, ale to nie przeszkadzało, ponieważ stworzenia nie miały grzbietowego kręgosłupa; Will i Lyra siedzieli jak na wyściełanych sprężynujących krzesłach.
Wkrótce dotarli do tego, czego nie widzieli wyraźnie z urwiska: jednej z czarnych lub ciemnobrązowych ścieżek. I byli równie zdumieni jak wcześniej Mary Malone na widok tych gładkich kamiennych tras biegnących przez prerię.
Stworzenia wjechały na drogę i szybko nabrały prędkości. Droga przypominała bardziej rzekę niż autostradę, ponieważ miejscami poszerzała się, tworząc jakby małe jeziorka, a gdzie indziej rozdzielała się na wąskie kanały, które niespodziewanie znowu się łączyły. Całkowicie różniła się od racjonalnych dróg w świecie Willa, rozcinających wzgórza i przeskakujących doliny na mostach z betonu. Ta droga stanowiła część krajobrazu, nie narzucony element.