Bursztynowa Luneta
- Автор: Пулман Филип
- Серия: Mroczne Materie #3
- Язык: польский
- Переводчик: Danuta Gorska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bursztynowa Luneta». Краткое содержание книги:
Аннотация
Bursztynowa Luneta– Tędy!
– Tutaj!
– Idźcie dalej... Powstrzymamy je!
– Już niedaleko!
A potem głos, który Lyra znała i kochała najbardziej na świecie, krzyknął:
– Och, chodź szybko! Szybko, Lyro!
– Pan, kochany... Jestem tutaj...
Rzuciła się w mrok, rozszlochana i drżąca, a Will łamał gałęzie, zrywał bluszcz, ciął jeżyny i pokrzywy, podczas gdy wokół nich głosy duchów rozbrzmiewały ostrzeżeniem i zachętą.
Ale upiory również odnalazły swój cel i napierały przez splątany gąszcz krzaków, kolców, gałęzi i korzeni, napotykając nie więcej oporu niż dym. Dziesięć, dwadzieścia bladych potworów kierowało się do środka zagajnika, gdzie duch Johna Parry'ego ustawiał swoich towarzyszy do walki.
Will i Lyra dygotali, osłabieni strachem, bólem, wyczerpaniem i mdłościami, ale nawet nie pomyśleli, żeby się poddać. Lyra gołymi rękami szarpała gałęzie jeżyn, Will ciął i siekł na prawo i lewo, a wokół nich mgliste istoty walczyły coraz bardziej zażarcie.
– Tam! – krzyknął Lee. – Widzicie je? Przy tamtym wielkim głazie...
Żbik, dwa żbiki syczały, pluły i broniły się pazurami. Will wiedział, że to dajmony, i gdyby miał więcej czasu, łatwo mógłby rozpoznać Pantalaimona; ale nie miał chwili do stracenia, ponieważ straszliwy upiór wyłonił się z najbliższej plamy cienia i popłynął w ich stronę.
Will przeskoczył ostatnią przeszkodę, zwalony pień i zagłębił nóż w migotliwym lśnieniu, niestawiającym oporu. Ramię mu zdrętwiało, ale zacisnął zęby i zacisnął palce na rękojeści, a blada poświata jakby cofnęła się i ponownie wtopiła w ciemność.
Byli prawie u celu. Dajmony szalały ze strachu, ponieważ coraz więcej upiorów napływało spoza drzew i tylko dzielne duchy powstrzymywały napastników.
– Możesz przeciąć okno? – zapytał duch Johna Parry'ego.
Will podniósł nóż, ale musiał opuścić rękę, ponieważ straszliwy atak mdłości wstrząsnął nim od stóp do głów. W żołądku nic już mu nie zostało, skurcze sprawiały okropny ból. Obok niego Lyra cierpiała podobne katusze. Duch Lee, widząc przyczynę, doskoczył do dajmonów i rzucił się na bladego stwora, który wypłynął zza głazu.
– Will... proszę... – wydyszała Lyra.
Nóż wszedł w głąb, wzdłuż, w dół, z powrotem. Duch Lee Scoresby'ego spojrzał w otwór i zobaczył rozległą, cichą prerię pod jasnym księżycem, tak podobną do jego ojczyzny, że poczuł błogosławioną radość.
Will przeskoczył przez polankę i chwycił najbliższego dajmona, a Lyra zgarnęła z ziemi drugiego.
Nawet w tym straszliwym pośpiechu, nawet w chwili największego zagrożenia każde z nich poczuło taki sam krótki dreszcz podniecenia: ponieważ Lyra trzymała dajmonę Willa, bezimiennego żbika, a Will niósł Pantalaimona.
Oderwali od siebie oczy.
– Żegnam, panie Scoresby! – zawołała Lyra, rozglądając się za nim. – Tak bym chciała... Och, dziękuję. Dziękuję panu... żegnam!
– Żegnaj, moje drogie dziecko... Żegnaj, Willu... powodzenia!
Lyra przelazła na drugą stronę, ale Will stał bez ruchu i patrzył w oczy swojego ojca, świecące w cieniu. Zanim go opuścił, musiał coś powiedzieć.
– Mówiłeś, że jestem wojownikiem. Powiedziałeś, że taka jest moja natura i nie powinienem z nią walczyć. Ojcze, myliłeś się. Walczyłem, bo musiałem. Nie mogę wybierać własnej natury, ale mogę decydować o swoim postępowaniu. I będę decydować, bo teraz jestem wolny.
Ojciec uśmiechnął się z dumą i czułością.
– Dobrze się spisałeś, mój chłopcze. Naprawdę dobra robota – oświadczył.
Will nie mógł dłużej patrzeć na niego. Odwrócił się i przeszedł za Lyra.
Teraz, kiedy osiągnęli cel, kiedy dzieci odnalazły swoje dajmony i uciekły, martwi wojownicy pozwolili swoim atomom rozluźnić się i rozproszyć, po długim, długim czasie.
Z małego zagajnika, ponad zdumionymi upiorami, ponad doliną, obok potężnej sylwetki swojego starego towarzysza, pancernego niedźwiedzia, ostatni strzępek świadomości, który był niegdyś aeronautą Lee Scoresbym, wzbił się w górę, jak dawniej tyle razy wzlatywał w wielkim balonie. Obojętny na race i wybuchające pociski, głuchy na eksplozje i wrzaski bólu, gniewu i rozpaczy, świadomy tylko ruchu w górę, ostatek Lee Scoresby'ego przebił ciężkie chmury i wyłonił się pod jasno świecącymi gwiazdami, gdzie czekały na niego atomy jego ukochanej dajmony Hester.
32. Poranek
Ranek nadchodzi, noc obumiera, swoje pozycje opuszczają warty...