Bursztynowa Luneta
- Автор: Пулман Филип
- Серия: Mroczne Materie #3
- Язык: польский
- Переводчик: Danuta Gorska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bursztynowa Luneta». Краткое содержание книги:
Аннотация
Bursztynowa Luneta– No, właściwie widziałam – wyjaśniła Mary. – To była kobieta, albo mądra rodzaju żeńskiego, jak my, jak moi ludzie. Bardzo stara, a jednocześnie wcale nie stara.
„Mądrymi” mulefa nazywali swoich przywódców. Zobaczyła, że Atal wygląda na bardzo zainteresowaną.
– Jak mogła być jednocześnie stara i niestara? – zapytała.
– To jest na-podobieństwo – odparła Mary. Atal machnęła trąbą, uspokojona.
– Ona mi powiedziała – ciągnęła Mary – że powinnam spodziewać się dzieci. Powiedziała, gdzie i kiedy się pojawią. Ale nie wspominała dlaczego. Po prostu muszę się nimi opiekować.
– One są ranne i zmęczone – zauważyła Atal. – Czy powstrzymają odpływ sarfu?
Mary niepewnie podniosła wzrok. Wiedziała nawet bez lunety, że Cienio-cząsteczki uciekają coraz szybciej.
– Mam nadzieję – powiedziała – Ale nie wiem jak.
Wczesnym wieczorem, kiedy rozpalono ogniska do gotowania i wzeszły pierwsze gwiazdy, przybyła grupa obcych. Mary właśnie się myła; usłyszała turkot ich kół i podniecony pomruk głosów, więc pospiesznie wyszła ze swojej chaty, wycierając się po drodze.
Will i Lyra przespali całe popołudnie i dopiero teraz obudził ich hałas. Lyra usiadła zaspana i zobaczyła, że Mary rozmawia z pięcioma czy sześcioma mulefa, którzy otaczali ją, wyraźnie podnieceni; nie potrafiła jednak odgadnąć, czy się cieszą, czy złoszczą.
Mary zobaczyła ją i przerwała rozmowę.
– Lyro – powiedziała – coś się stało... Znaleźli coś, czego nie umieją wytłumaczyć... Nie wiem, co to jest... Muszę sama obejrzeć. To jakąś godzinę drogi stąd. Wrócę jak najszybciej. Korzystajcie ze wszystkiego w moim domu... Nie zatrzymam ich, tak im pilno...
– W porządku – powiedziała Lyra, jeszcze otumaniona od długiego snu.
Mary zajrzała pod drzewo. Will przecierał oczy.
– Naprawdę niedługo wrócę – obiecała. – Atal zostanie z wami.
Przywódca się niecierpliwił. Mary szybko zarzuciła mu wodze i strzemiona na grzbiet, przeprosiła za swoją niezdarność i dosiadła go od razu. Grupa zawróciła i odjechała w zapadający zmierzch.
Wyruszyli w innym niż dotąd kierunku, wzdłuż wybrzeża na północ. Mary nigdy przedtem nie jechała po ciemku i bała się szybkości jeszcze bardziej niż za dnia. Wjeżdżając pod górę, widziała księżyc lśniący na morzu daleko po lewej i jego srebrnosepiowy blask napełniał ją chłodnym, sceptycznym podziwem. Podziw był w niej, sceptycyzm w świecie, a chłód w obojgu.
Od czasu do czasu podnosiła wzrok i dotykała lunety w kieszeni na piersi, ale nie mogła jej użyć, dopóki się nie zatrzymali. Mulefa pędzili w pośpiechu i najwyraźniej wcale nie chcieli się zatrzymywać. Po godzinie ostrej jazdy skręcili w głąb lądu, porzucili kamienną drogę i powoli wjechali na szlak z ubitej ziemi, biegnący pomiędzy wysoką do kolan trawą, obok zagajnika kołowych drzew i na szczyt grani. W blasku księżyca mieniły się rozległe nagie wzgórza, gdzieniegdzie poprzecinane niewielkimi rozpadlinami, skąd wypływały strumienie wśród rosnących tam drzew.
Właśnie w stronę takiej rozpadliny prowadzili ją mulefa. Zsiadła, kiedy zjechali z drogi, i maszerowała wytrwale obok nich na szczyt wzgórza i w dół, do rozpadliny.
Słyszała ciurkanie wody, nocny wiatr w trawach i cichy szmer kół na ubitej ziemi. Słyszała, jak mulefa przed nią mamroczą coś do siebie. Potem się zatrzymali.
Na zboczu wzgórza, kilka metrów dalej, znajdował się jeden z otworów wykonanych zaczarowanym nożem, przypominał wejście do jaskini, ponieważ księżyc świecił trochę w głąb, zupełnie jakby otwór prowadził do wnętrza wzgórza; ale tak nie było. Z otworu wychodziła procesja duchów.
Mary poczuła, że ziemia usuwa jej się spod nóg. Wzdrygnęła się gwałtownie i złapała najbliższą gałąź, żeby się upewnić, że fizyczny świat nadal istnieje wokół niej.
Podeszła bliżej. Starzy mężczyźni i kobiety, dzieci, niemowlęta niesione na rękach, ludzie i inne istoty, coraz gęściej wysypywali się z ciemności w świat materialnej księżycowej poświaty – i znikali.
To było najdziwniejsze. Stawiali kilka kroków w świecie trawy, powietrza i srebrzystego światła, rozglądali się z twarzami zmienionymi radością – Mary nigdy nie widziała takiej radości – i wyciągali ramiona, jakby chcieli objąć cały wszechświat; a potem po prostu rozpływali się jak mgła lub dym, łącząc się z ziemią, rosą i nocnym wiatrem.
Kilku z nich zbliżyło się do Mary, jakby chcieli jej coś powiedzieć, i wyciągnęło ręce, a ona poczuła ich dotyk jak drobne ukłucia zimna. Jeden z duchów – stara kobieta – kiwnęła na nią, przywołując do siebie.
Potem przemówiła i Mary usłyszała jej głos:
– Opowiedz im historie. Właśnie tego nie wiedzieliśmy. Przez tyle czasu nie wiedzieliśmy! Ale one potrzebują prawdy. Tym się karmią. Musisz im opowiadać prawdziwe historie i wszystko będzie dobrze, wszystko. Tylko opowiadaj im historie.
A potem znikła. To była jedna z tych chwil, kiedy nagle przypominamy sobie sen, który z niejasnych powodów zepchnęliśmy w niepamięć, i powracają jak powódź wszystkie uczucia doznawane we śnie. Właśnie ten sen Mary próbowała opisać Atal, ten nocny obraz; lecz kiedy chciała ponownie go odnaleźć, rozwiewał się w powietrzu i znikał zupełnie jak te postacie. Sen uleciał.
Pozostała tylko słodycz tego uczucia i nakaz, żeby „opowiadać im historie”.
Mary spojrzała w ciemność. Im dalej sięgała wzrokiem w bezkresną ciszę, tym więcej widziała nadchodzących duchów, tysiące za tysiącami, niczym uchodźcy powracający do ojczyzny.
– Opowiadaj im historie – powtórzyła sobie.
33. Marcepan