Bursztynowa Luneta
- Автор: Пулман Филип
- Серия: Mroczne Materie #3
- Язык: польский
- Переводчик: Danuta Gorska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bursztynowa Luneta». Краткое содержание книги:
Аннотация
Bursztynowa LunetaLecz kiedy Metatron wzniósł wysoko zakrwawiony kamień, coś okrytego złocistym futrem skoczyło w górę niczym płomień wbiegający na czubek drzewa i małpa zatopiła zęby w dłoni anioła. Kamień wypadł i potoczył się w stronę przepaści. Metatron wymachiwał ręką w lewo i w prawo, żeby pozbyć się dajmona, ale złocista małpa trzymała się zębami, pazurami i ogonem; a potem pani Coulter przycisnęła do siebie wielkie białe trzepoczące skrzydło i zdławiła jego ruch.
Metatron był ujarzmiony, ale nie poniósł żadnej szkody ani nie zbliżył się do skraju przepaści.
Tymczasem Lord Asriel zaczynał słabnąć. Kurczowo trzymał się resztek świadomości, lecz z każdym ruchem tracił coraz więcej sił. Czuł krawędzie kości trące o siebie wewnątrz czaszki; słyszał ich zgrzytanie. Zmysły go zawodziły, wiedział tylko jedno: trzymać mocno i ciągnąć w dół.
Pani Coulter wyczuła pod dłonią twarz anioła i wbiła mu palce głęboko w oczy.
Metatron wrzasnął. Jego głos zbudził echo po drugiej stronie wielkiej pieczary, odbijał się od skał i rozpływał, aż odległe duchy zatrzymały się w swojej nieskończonej procesji i podniosły wzrok.
Dajmona Stelmaria, irbisica, której świadomość dogasała wraz z Lordem Asrielem, zdobyła się na ostatni wysiłek i skoczyła aniołowi do gardła.
Metatron upadł na kolana. Pani Coulter, upadłszy razem z nim, zobaczyła wpatrzone w nią przekrwione oczy Lorda Asriela. Z trudem podciągnęła się na rękach, odepchnęła bijące skrzydło, chwyciła anioła za włosy i odgięła mu głowę do tyłu, żeby odsłonić jego gardło przed kłami irbisicy.
Teraz Lord Asriel ciągnął go, potykając się na kamieniach, a złocista małpa skakała za nimi, gryzła, szarpała i drapała, i dotarli już niemal do samej krawędzi. Jednak Metatron zebrał się w sobie i ostatkiem sił rozpostarł szeroko skrzydła, które utworzyły wielką białą kopułę – wznosiła się i opadała, opadała, opadała, a potem Metatron strącił z siebie panią Coulter i wyprostował się. Uderzał skrzydłami coraz mocniej, wznosił się – wzlatywał w powietrze z Lordem Asrielem wciąż uczepionym mocno, ale szybko tracącym siły. Złocista małpa wplotła palce w anielskie włosy i nie puszczała...
Lecz przekroczyli już krawędź przepaści. Wisieli w powietrzu. Jeżeli wzlecą wyżej, Lord Asriel musi spaść a wtedy Metatron ucieknie.
– Mariso! Mariso! – Krzyk wydarł się z gardła Lorda Asriela.
Matka Lyry, z irbisicą u boku, wstała, znalazła oparcie dla stóp i skoczyła – rzuciła się w stronę anioła, swojego dajmona i umierającego kochanka, pochwyciła te bijące skrzydła i pociągnęła wszystkich razem w dół, w otchłań.
Kliwuchy usłyszały rozpaczliwy krzyk Lyry i wszystkie gwałtownie poderwały płaskie głowy.
Will zrobił wypad do przodu i ciachnął nożem najbliższego stwora. Poczuł lekki wstrząs w ramieniu, kiedy Tialys zeskoczył i wylądował na policzku największego, chwycił go za włosy i kopnął silnie w szczękę, zanim kliwuch go zrzucił. Stworzenie zawyło i runęło w błoto wstrząsane drgawkami. Drugie patrzyło tępo na kikut własnego ramienia, potem ze zgrozą na kostkę u nogi, którą schwyciła jego odcięta łapa. Sekundę później nóż dosięgnął piersi kliwucha; Will poczuł, jak rękojeść drgnęła dwa lub trzy razy wraz z uderzeniami umierającego serca, i wyciągnął nóż, zanim mu go wyszarpnął padający stwór.
Słyszał, jak kliwuchy wrzeszczą z nienawiścią, uciekając, wiedział, że Lyra stoi bezpieczna obok niego; ale myślał tylko o jednym, kiedy rzucił się w błoto.
– Tialysie! Tialysie! – zawołał i unikając kłapiących szczęk, odciągnął na bok głowę największego kliwucha.
Tialys nie żył, leżał z ostrogami wbitymi głęboko w szyję stwora. Kliwuch wciąż rzucał się i kopał, więc Will odciął mu głowę i odtoczył na bok, zanim zdjął martwego Gallivespianina ze skórzastej szyi.
– Will! – odezwała się Lyra za jego plecami. – Will, popatrz...
Zaglądała do kryształowej lektyki. Szyby nie popękały, chociaż były usmarowane błotem i krwią z poprzedniego posiłku kliwuchów. Lektyka spoczywała wśród kamieni, przechylona pod dziwnym kątem, a w środku...
– Och, Will, on jeszcze żyje! Ale... biedactwo...
Will zobaczył, że przycisnęła dłonie do kryształowych szyb, próbowała dosięgnąć anioła i pocieszyć; ponieważ był taki stary i przerażony, płakał jak dziecko i kulił się w najdalszym kącie.
– On jest taki stary... Nigdy nie widziałam, żeby ktoś tak cierpiał... Och, Will, czy możemy go wypuścić?
Will jednym ruchem przeciął kryształ i sięgnął do środka, żeby pomóc aniołowi wyjść z lektyki. Zdziecinniały i bezsilny, zgrzybiały stwór tylko pochlipywał i mamrotał ze strachu, cofając się przed tym, co potraktował jako kolejne zagrożenie.
– Już dobrze – powiedział Will. – Przynajmniej pomożemy ci się ukryć. Chodź, nie zrobimy ci krzywdy.
Drżąca ręka ujęła jego dłoń i słabo ścisnęła. Starzec bez przerwy wydawał nieartykułowany jękliwy skowyt, zgrzytał zębami i machinalnie skubał się wolną ręką; lecz kiedy Lyra również nachyliła się do niego, spróbował się uśmiechnąć i ukłonić, i zamrugał do niej z niewinnym zdziwieniem starymi oczami, ukrytymi głęboko wśród zmarszczek.
Razem pomogli starcowi wyjść z kryształowej celi, bez trudu, ponieważ był lekki jak piórko i poszedłby za nimi wszędzie; najwyraźniej nie posiadał własnej woli i reagował na zwykłą uprzejmość jak kwiat zwracający się ku słońcu. Lecz na otwartej przestrzeni nic nie chroniło go przed wiatrem i ku swemu przerażeniu zobaczyli, że jego sylwetka zaczyna się rozpływać. Już po chwili rozwiał się całkowicie i zniknął; jeszcze tylko jego oczy zamrugały w zadziwieniu i usłyszeli głębokie, znużone westchnienie ulgi.
Potem zniknął: tajemnica odchodząca w tajemnicę.
Wszystko trwało niecałą minutę i Will natychmiast odwrócił się do zmarłego kawalera. Podniósł drobne ciałko, ułożył na dłoni i poczuł, że łzy płyną mu z oczu strumieniem.
Lyra mówiła coś naglącym tonem:
– Will... musimy stąd odejść... Musimy... Salmakia słyszy, że konie wracają...
Z nieba barwy indygo spikował błękitny jastrząb Lyra krzyknęła i skuliła się, ale Salmakia krzyknęła z całej siły:
– Nie, Lyro, nie! Stój prosto i wyciągnij pięść!
Więc Lyra stanęła prosto, podpierając jedno ramię drugim. Niebieski jastrząb zatoczył krąg, znowu spikował i pochwycił jej pięść w ostre szpony.
Na grzbiecie jastrzębia siedziała siwowłosa dama, która spojrzała czystymi oczami najpierw na Lyrę, potem na Salmakię uczepioną jej kołnierza.
– Madame... – zaczęła Salmakia słabym głosem. – Zrobiliśmy...
– Zrobiliście, co do was należało. Teraz jesteśmy tutaj – powiedziała Madame Oxentiel i szarpnęła wodze.
Jastrząb wrzasnął trzykrotnie tak głośno, że Lyrze zadzwoniło w uszach. W odpowiedzi z nieba sfrunął następny, potem jeszcze dwa i więcej, potem setki jaskrawych ważek z wojownikami na grzbietach, wszystkie śmigające tak szybko, że zderzenia wydawały się nieuniknione; lecz błyskawiczny refleks wierzchowców oraz niewiarygodna zręczność jeźdźców sprawiły, że wokół dzieci powstał żywy gobelin o zmiennych ostrych barwach.