Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]
Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]

Электронная книга - «Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]». Краткое содержание книги:

Planeta Tiamat należy do konfederacji skolonizowanych przez ludzkość światów, zwanej Hegemonią. Faktyczną władzę dzierży technokracja z planety Kharemough. Tiamat jest cywilizacyjnie zacofana, pokryta w większości oceanem, z osadnictwem rozlokowanym na licznych archipelagach. Na Tiamat występuje jednak wielkie bogactwo — woda życia, wyciąg z krwi merów — morskich zwierząt. Jej zażywanie pozwala przedłużać życie.
Ze względów astronomicznych Tiamat ma tylko dwie pory roku, trwające po około 150 lat — Lato i Zimę. Podczas Lata rządzą Letniacy, lud zabobonny, odrzucający technikę, a Zimą Zimacy, lud współpracujący z Hegemonią i bezlitośnie eksploatujący swoją planetę. W czasie lata Tiamat, z powodu bliskości czarnej dziury, jest niedostępna dla statków kosmicznych i transport wody życia urywa się.
Nadchodzi czas zmiany warty. Ustępująca Królowa Zimy nie zamierza ustąpić i nie chce się pogodzić ze swoją rytualną śmiercią na zakończenie Zimy. Sprawia, że kilka kobiet Letniaków urodzi jej klony… Spisek ma doprowadzić do przedłużenia jej panowania.

Zdobyła nagrody Hugo i Locusa w 1981.
Nominowana do nagrody Nebula w 1981.
1 ... 86 87 88 89 90 91 92 93 94 ... 138
Перейти на страницу:

Jerusha przetarła oczy, szybkim ruchem dłoni ukryła ziewnięcie. Szum pół setki rozmów rozbrzmiewał wokół niej, wznosił się do powały i opadał stamtąd w nużących atakach. Była na nogach od dwudziestu godzin, a poprzedniej nocy spała źle. Nawet jej honorowe miejsce przy głównym stole wśród półbogów Rady Hegemonii okazało się jeszcze jedną próbą cierpliwości. Według statkowego czasu Premiera i Rady był teraz środek dnia, a nie połowa nocy; ten sam czas przybrali wszyscy, którzy przybyli na ich powitanie.

Wymieniła uścisk dłoni z samym Premierem Ashwini. Ubrana w mundur komendanta policji, przytłoczona jaśniejącymi galonami i mosiężnymi oznakami, mogłaby konkurować blaskiem ze słońcem. Tak przynajmniej myślała, nim nie ujrzała jego stroju urzędowego, wysadzanego klejnotami i tak wymyślnie skrojonego, by ukazywać każdą linię jego ciągle młodego ciała… Ile naprawdę ma lat? Czterysta? Pięćset? Nawet Arienrhod musi skręcać się z zazdrości na widok wszystkiego, co sobą reprezentuje. (Cieszyła się skrycie, iż Królowej nie wolno było uczestniczyć w tym przyjęciu). Dożywotni Premier odziedziczył po swym ojcu stanowisko symbolu Hegemonii, jakim był od wieków, odkąd marzenia Kharemough o panowaniu nad innymi planetami zostały zniweczone przez nieskończoną obojętność czasoprzestrzeni galaktyki. Przywitał się z nią z uprzejmą dwornością, za którą wykryła osobiste zdumienie, iż okazała się kobietą. Obok Premiera siedział teraz Główny Sędzia Hovanesse, lecz nie obchodziło jej niemal wcale, co teraz o niej wygaduje.

Obok krzątał się robot służący, zręcznie sprzątając szóstą czy siódmą nie tkniętą potrawę i stawiając przed nią następną. Wypiła łyk herbaty, patrząc na oleiste plamy na jej parującej, rudawo-brunatnej powierzchni. Zaparzała się, póki łyżeczka nie zdradzała gotowości do rozpuszczenia; Jerusha miała nadzieję, że będzie na tyle mocna, by nie zasnęła.

— Pani Komendant, czy przeszkodziliśmy pani w uczciwym, nocnym śnie?

Obejrzała się, zawstydzona, do siedzącego po jej prawej ręce pierwszego sekretarza Temmona Ashwini Sirusa, nieślubnego syna Premiera. Był przystojnym mężczyzną o jaśniejszej skórze i grubszych kościach niż przeciętny Kharemoughi, dopiero wkraczającym w wiek średni. To ją zdziwiło, ponieważ Premier wyglądał na młodszego od niego. Znacznie bardziej zdumiewające było jednak ujrzenie mieszańca wśród członków Rady, gromadzącej szczyt pychy Kharemoughi. Wiedziała, że w swym ojczystym świecie zdobył sobie wielką sławę jako wódz i polityk i że zmusił Premiera do zerwania z tradycją i “wybrania” go na wolne miejsce w Radzie. Na początku uczty prowadziła z nim błahą rozmowę, podobnie jak z siedzącym po jej lewej ręce, noszącym królewskie szaty Przewodniczącym, którego ciężka woda kolońska pobudzała ją do kichania. Rozmowy wygasły jakoś i była rada, że skierowali gdzieś indziej swą uwagę.

— Nie, oczywiście, że nie, panie sekretarzu Sirus — mruknęła, przypomniawszy sobie wreszcie o dobrych manierach. Przesunęła palcem pod sztywnym od galonów wysokim kołnierzem.

— Ledwo pani tknęła potrawy. I to po całym trudzie, jaki włożył szef kuchni, by nas zadowolić. Ta skórka kanauby jest doskonała. — Płynnie mówił klostanem, jak większość Techów z Kharemough łatwo uczył się języków. Jak inaczej może wypełnić tyle czasu?

Uśmiechnęła się mdło. Bogowie, wydostańcie mnie stąd…

— Nie przywykłam w pracy do obiadów z dwunastu dań. — Po tylu latach ojczysty język brzmiał w jej ustach bardziej obco niż tiamatański. — Nie sądzę, bym sprostała temu wyzwaniu. — Teraz już żadnemu.

— Proszę spróbować melona, pani komendant. — Kiwnął głową, gdy posłusznie uniosła ząbkowaną łyżkę. — Cieszenie się dobrą kuchnią jest dla mnie jedynym sposobem wytrzymania przytłaczającej nudy spraw państwowych. I picie dobrych trunków…

A więc to rozwiązało ci język. Zjadła jeszcze odrobinę melona, wbrew swej woli poczuła nagle, iż jej smakuje. A niech tam — spędź choć godzinę w świecie z marzeń; będzie ci musiała starczyć do końca życia. Udawaj, że wszystko potoczyło się tak, jak pragnęłaś, że ostateczny odlot nie zakończy wszystkiego. Przez okna sali spojrzała na straszliwą, czerwono-złotą jamę lądowiska, na którym po ognistej chwale przybycia, statki Rady spoczywały niby przygasłe żużle, jak tysiące innych zniszczonych statków kosmicznych. Zasilane kraty pola i pomieszczenia na jego poboczu skrzyły się światłami, przypominały stygnącą powierzchnię potoku lawy. Przez chwilę poczuła dumę i radość na widok najbardziej niewiarygodnych osiągnięć ludzkości, na swą obecność wśród najwybitniejszych jej przedstawicieli, na perspektywy jeszcze wspanialszej przyszłości… na syrenie obietnice, które wywabiły ją z ojczystej planety. I co z tego ma? Spojrzała znowu na drzewiaste kształty stołów, na twarze wyglądające jak żywe liście porywane wiatrem, na oblicze Sirusa; pomyślała nagle, boleśnie, BZ… to ty powinieneś tu siedzieć, a nie ja.

— Proszę mi powiedzieć, pani komendant, jak to się stało, że…

— Przepraszam, pani komendant. — Sierżant ze straży wcisnął się bezczelnie między nich. — Proszę mi wybaczyć — zwrócił się przepraszająco do pierwszego sekretarza.

— O co chodzi, TessraBarde? — Jerusha nie wyczuła w jego głosie żadnej szczególnej nagłości sprawy.

— Przykro mi, że muszę pani przeszkodzić, ale sądzę, że chętnie się pani dowie — dopiero co powrócił inspektor Gundhalinu.

Łyżka Jerushy zadźwięczała na płatkach talerza w kształcie liścia.

— On zginął.

— Nie, proszę pani, widziałem go na własne oczy. Przywiozła go jakaś tubylcza dziewczyna. Teraz jest w szpitalu na badaniu lekarskim…

— Gdzie on jest? — Jerusha rzuciła pytanie najbliższej pielęgniarce natychmiast po wejściu do pokoju lekarzy, w skrzydle szpitalnym. Nakazała TessraBarde wytłumaczyć się za siebie pierwszemu sekretarzowi, niezbyt jednak dbała, czy podane przez niego powody okażą się wystarczająco jasne.

— Inspektor Gundhalinu…

— Tam, pani komendant. — Zagadnięta wskazała brodą, ręce miała pełne sprzętów.

Jerusha niezwłocznie weszła w następne drzwi, nadal niezbyt wierząc, iż pokój nie okaże się pusty.

— Gundhalinu! — Nie był pusty i włożyła w swój głos więcej uczucia, niż zamierzała.

Odwrócił się do niej ze stołu do badań, zawisł na jego skraju, powstrzymywany do pasa aparaturą, podczas gdy ubrany na niebiesko Tech medyczny przesuwał mu po piersi diagnozer. Mogła policzyć każde żebro wystające mu z boku. Spojrzała na jego twarz, zauważyła z niedowierzaniem jej wymizerowanie, zarost i braki zębów. Zobaczyła, jak szuka koszuli, gdy stanęła przed nim. Odegnał technika gestem, machnął rękoma i wreszcie zasłonił nimi pierś jak zawstydzony chłopczyk.

— Pani komendant…

Tak, na wszystkich bogów, to ty, BZ… Powstrzymała chęć zapomnienia o godności jego i swojej przez objęcie go jak matka.

— Gundhalinu, co za widok przynosisz obolałym oczom — powiedziała uśmiechając się, aż pomyślała, że dłużej tego nie wytrzyma.

— Bogowie! Wybaczcie mi, komendancie, nie chciałem tak się pani pokazać… to znaczy, bez munduru…

— BZ, dałabym wszystko, byleby to ciało okazało się prawdziwe. Jeśli jest, cała ta uroczystość na górze ma jednak sens.

Uśmiechnął się niezdarnie.

— Równie prawdziwe, co ich przybycie. — Pochylił się, zasłonił usta dłonią i zaczął kasłać.

— Dobrze się czujecie? Medyku, co mu jest? — Jerusha zwróciła się do technika, spostrzegła przy tym po raz pierwszy, że w kącie pokoju siedzi spokojnie czwarta osoba.

1 ... 86 87 88 89 90 91 92 93 94 ... 138
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)