Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Zamilkł posłusznie. A potem wybrali się tam, na pustynię, przypominając sobie powoli, jak to jest oddychać tak, jakby każdy oddech miał być ostatnim, upewniać się, że się żyje, bo tylko życie może jednocześnie smakować potem, piżmem, pożądaniem i radością. Dziką czystą radością z tego, że na chwilę zdjęli wszystkie maski.
Gdy obudziła się tuż przed świtem, jego już nie było. Ale to właściwie nie miało znaczenia.
*
Rankiem odwiedził ją Suchi. Przyjęła go bez zdziwienia, i tak miał zwyczaj wpadać o różnych porach, a szczerze mówiąc, czekała na tę wizytę. Pałac po ostatniej nocy przypominał mrowisko obsikane przez kozę.
– Nic mu nie jest. O czym zapewne już wiesz, bo słudzy w pałacu mają języki dłuższe niż czarny kameleon. – Truciciel powitał ją kwaśnym uśmieszkiem. – A ty masz kłopoty.
– Ja? – Deana usadowiła się wygodniej i wskazała mężczyźnie miejsce przy stole. – Wina? Czegoś do jedzenia? Ta pieczeń jest jeszcze ciepła.
– Hmm. – Suchi napełnił kielich, uniósł pod światło, powąchał. – Na twoim miejscu sprawdzałbym lepiej, co jem i piję. Zadarłaś z niewłaściwą kobietą.
– Tą przy oknie? – Do licha, przez chwilę miała pewność, że przyszedł w sprawie ostatniej nocy, i już była gotowa kazać mu iść się wypróżnić, po czym podetrzeć kolczastym krzakiem, a tu taka błahostka. – To tylko…
– To była Hemwesja Versunel, siostra galioha. – Pociągnął łyk i zakręcił płynem w krysztale. – Hm… niezłe i raczej niezatrute. Owiya nadal cię lubi. O czym ja to… a, jej brat jest trzecim co do ważności urzędnikiem dworu. Już zdążył złożyć skargę i rozpętać małą burzę. Podobno próbowałaś zamordować jego ukochaną siostrę, która ledwo się obroniła, tracąc tylko kilka włosów.
– Byli świadkowie tego, co zaszło.
– A odnajdziesz ich i zmusisz, by powiedzieli prawdę? Twoją prawdę. No właśnie. Co tam się stało?
Deana zastanowiła się. Co takiego właściwie się stało? Wczorajszy incydent wydawał jej się już zupełnie nieważny.
– Fuknęła na mnie.
Truciciel nie skomentował. Wydawał się całkowicie skupiony na świetlnych błyskach łapanych w ścianki kielicha.
– Ja też na ciebie fukam. A Samiy, jak zauważyłem, robi nawet obraźliwe miny – mruknął wreszcie.
– Ale wam wolno. Jeśli jednak ludzie zaczynają zachowywać się lekceważąco… – Szukała właściwych słów. W nocy wszystko było takie proste, instynktowne. – Najpierw pozwalają sobie podchodzić zbyt blisko, potem parskają zirytowani, potrącają cię, wreszcie jakiś pijany głupiec, pragnący się popisać, próbuje zerwać ci ekchaar. Niektórzy zapominają, kim jestem. Utrata kilku kosmyków mniej boli niż ucięcie głowy.
– No nie wiem. Gdybyś widziała, co ona robiła z włosami.
– Robiła?
– Dziś rano otrzymała rozkaz opuszczenia pałacu i powrotu na prowincję. A tam nie będzie miała wielu okazji do popisywania się fryzurami.
Coś, jakby lekka irytacja, szarpnęło jej sercem. Czy ten głupiec Laweneres wyobrażał sobie, że po wczorajszej nocy ma prawo otaczać ją kolejnym kokonem?
– To też dla mojej ochrony? – rzekła ostrzej, niż chciała. – Jak rozkazy dla Rodu Słowika?
Suchi nie zmieszał się, nie opuścił wzroku.
– Słowiki mają za zadanie strzec bezpieczeństwa każdego ważnego mieszkańca pałacu. To nic wielkiego. A ta kobieta została oddalona, bo ośmieliła się stawiać księciu żądania. Lecz jej brat pozostał. Uważaj, z kim rozmawiasz i od kogo przyjmujesz prezenty.
Westchnęła na tyle głośno, żeby to usłyszał.
– Porozmawiać to ja mogę na targowisku. W pałacu mało kto się do mnie odzywa. Nawet służące i niewolnice ledwo raczą odpowiadać na moje pytania.
– Ale nie okazują ci lekceważenia? – zapytał lekkim tonem.
Nie dała się nabrać.
– Nie. Ale czy to ważne? To też jakaś część tutejszej gry?
Skrzywił się, jakby przypadkiem połknął jedną ze swoich trucizn.
– Za często z tobą przebywam, Deano d’Kllean. Zaczynasz czytać w moich myślach. Tak. To ważne. Stare przysłowie mówi, że służba i niewolnicy przestają się kłaniać władcy, który wkrótce usiądzie na skorpionie. Bo służba wie, jak zmieniają się prądy w naszym bajorku. Jeśli pozwala sobie na lekceważenie, to znaczy, że czyjaś pozycja mocno słabnie.
– Nie wiedziałam, że mam jakąś pozycję. Prawdę mówiąc, sądziłam, że nie mam żadnej. Że wszyscy traktują mnie jako zabaweczkę waszego księcia.
Posłał jej chłodny, naprawdę chłodny uśmiech i po raz pierwszy, odkąd się poznali, poczuła ukłucie niepokoju.
– Nie obrażaj mnie. Ciekawe, czy tak naprawdę chodzi ci o to, że Laweneres nie odwiedzał cię przez ostatnie dni? – Nie czekając na jej reakcję, odkroił sobie potężny kawał pieczeni, wpakował do ust, popił winem. – Czy też o to, że dziś w nocy został przyjęty… inaczej.
Zamrugała, nie wiedząc, co powiedzieć.
– Chyba nie sądziłaś, że te jego wizyty utrzymają się w sekrecie? – Przełknął i kontynuował – oraz że nie zostanie zauważone, że jakiś czas temu się skończyły. Plotka, iż wypadłaś z łask, już dziesięć razy obiegła pałac.
Deana poczuła, jakby dźgnął ją trzymanym w ręku nożem.
– Wypadłam z łask? Że niby byłam… byliśmy kochankami? Więc ta głupia kobieta pozwoliła sobie na… brak szacunku, bo myślała, że fuka na odtrąconą nałożnicę?
– Cokolwiek myślała, teraz przestanie. A cały pałac ma nowy powód do plotek. Więc fuknięcia się skończą. Ale ostrzegam, Varala przysłała wieść, że wkrótce wraca do pałacu. Wraz z dziewczętami, z których jedna zostanie zapewne matką następnego Płomyka. A może dwie lub trzy, jeśli uznamy, że potrzeba nam więcej potencjalnych następców.
Nie zauważyła kiedy, ale znikł gdzieś Suchi, którego znała. Mężczyzna, który siedział przed nią, był zimny, spokojny, obojętny. Jak leżący na kamieniu wąż.
– A wtedy – mówił cicho – skończą się wasze spotkania. Lubię cię, więc ostrzegam. Walczymy o to, by Białe Konoweryn nie spłynęło krwią, by nie musiało zmienić nazwy na Czerwone. Nie wiesz dlaczego? Chodzisz po mieście, patrzysz i nie widzisz? Jesteś tak głupia, czy tak zaślepiona? On jest ostatnim z rodu, który bez problemu mógł wchodzić w Oko. Więc jego obowiązkiem jest jak najszybsze przedłużenie tej linii. Gdy Pierwsza Nałożnica zjawi się ze swoimi…
– Rozpłodowymi klaczami?
– Mniej pogardy, proszę. Wszystkie te dziewczęta mają w żyłach Krew Agara. Ty nie. On ma swoje obowiązki i zapewniam cię, że je wypełni. Bo jeśli umrze bezpotomnie, to wszystkie okoliczne księstwa zwalą się nam na głowę, bo każdy z ich władców rości sobie pretensje do tytułu Dziecięcia Ognia. A pierwszy będzie Obrar z Kambehii, który już przekazał do Świątyni wieść, że wczorajsze wydarzenie było wezwaniem, jakie Agar wysłał do niego. I że jest gotów poddać się osądowi. Świątynia, Biblioteka i my sprawdziliśmy jego linię rodową aż trzydzieści pokoleń wstecz, i wiesz co? Istnieje duża szansa, że Oko go przyjmie. A wtedy o tym, który z nich ma większe prawo do zasiadania na tutejszym tronie, rozstrzygnie, jak zwykle, krew rozlana w świątyni. A nam coraz trudniej znajdować wymówki, by go powstrzymać. – Truciciel mlasnął i skrzywił się dziwnie. – Zwłaszcza że Trzciny i Bawoły zaczynają sarkać na zbytnią… miękkość Laweneresa w sprawach niewolników i mogą przyjąć Obrara łaskawie. Potrzebujemy więc jak najszybciej tego, by książę wypełnił świętym nasieniem kilka… naczyń, dowodu, że miejscowa dynastia nie skończy się na ślepcu.
To dziwne, ale dwa kawałki lodu, które ktoś włożył trucicielowi w oczodoły, zdawały się wypalać dziurę w jej ekchaarze.