Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Obudził ją ryk słoni. Chyba wszystkich, jakie były w Konoweryn. Dziesiątki zwierząt rozdzierało nocną ciszę donośnym trąbieniem, które mimo sporej odległości i zagajników dochodziło aż do pałacu. Niepokojące.
Pałac ożywał, Deana słyszała ruch na korytarzu, trzaskające drzwi, tupot butów. Westchnęła. Cokolwiek się działo, postawiło na nogi wszystkich dworaków. Ale ponieważ nie słyszała szczęku broni ani nie czuła dymu, to raczej nie chodziło o zbrojną napaść czy pożar.
Wstanie z łóżka i ubranie się zajęło jej dłuższą chwilę, bo uznała, że nie musi się spieszyć. Jeśli to nie wojna ani ogień, lepiej, by barbarzyńska wojowniczka pozostała oazą spokoju. Bieganie i piski trzeba zostawić pałacowym myszkom. Przeszła potem pustym już korytarzem i dotarła do centralnej części pałacu, wpadając w rozgorączkowany tłum kłębiący się przy każdym z okien.
– Co się dzieje?
Zaczepiona kobieta – jakaś starsza dama dworu z włosami, mimo późnej pory, upiętymi w wysoką, kunsztowną fryzurę – spojrzała na nią nieprzychylnie, jakby Deana rzuciła jej w twarz obelgę. Prychnęła i odwróciła się plecami.
No tak. Suanari to nie Mowa Ognia i nikt tu nie przyzna się, że rozumie choć słowo z języka plebsu. Ale Deana była niewyspana, poirytowana i ciągle wściekła na to, że jej wolność okazała się tak iluzoryczna, a na dodatek właśnie do niej dotarło, że chyba po raz pierwszy w życiu ktoś obcy na nią prychnął i odwrócił się plecami jak do jakiejś służącej.
Talher sam wyskoczył z pochwy, zatoczył dwa krótkie łuki i czarne jak skrzydło kruka włosy dwórki rozsypały się w luźnych strąkach. I nim kilka pukli spadło na marmurową posadzkę, szabla wróciła na miejsce.
Kobieta pisnęła, uniosła dłonie do głowy, spojrzała na dół, wydała z siebie ni to skrzek, ni to jęk i zemdlała.
Nagle miejsce przy oknie zrobiło się mniej zatłoczone. Właściwie puste. Deana podeszła powoli, ostrożnie omijając leżącą kobietę, i wyjrzała na zewnątrz.
Park przed pałacem, oświetlony setką lamp, wolno zapełniał się ludźmi: dworzanami, strażnikami w żółtych strojach, służbą, ale poza tym nic ciekawego się nie działo. Dopiero po chwili spostrzegła, że wszyscy patrzą w jedną stronę. Na masyw Świątyni Ognia.
I wtedy ktoś uniósł jedną z jedwabnych ścian zasłaniających przybytek, rozległ się zbiorowy jęk, a nozdrza Deany wypełnił zapach spalenizny. Pod kopułą pulsował blask, tętnił przydymioną czerwienią, jakby ktoś dmuchał potężnymi miechami w palenisko kuźni samego Agara. Każdemu dmuchnięciu towarzyszył ryk słoni.
Tłum przed pałacem zakłębił się, rozdzielił, wypluwając spomiędzy siebie oddział Słowików otaczający lektykę. Nie musiała zgadywać, kogo wiozą. Gdy Oko wzywa, Dziecię Ognia musi odpowiedzieć.
Świątynia połknęła mały orszak, a ściana z malowanego materiału opadła, odcinając wnętrze niczym drzwiczki gigantycznego pieca.
Deana czekała przy oknie prawie do północy, nie zauważając nawet, kiedy ktoś zabrał zza jej pleców zemdloną damę dworu ani kiedy większość mieszkańców pałacu wyszła na zewnątrz. Słonie zakończyły swój koncert po zaledwie godzinie, co pozwalało przypuszczać, że Oko się uspokoiło, lecz do tego czasu plac przed świątynią wypełnił tłum większy chyba nawet niż ten witający swojego ocalonego księcia.
Wreszcie lektyka pojawiła się na schodach, a na jej widok tysiące gardeł wzniosło gromki ryk. Ale Laweneres nie pokazał się swojemu miastu i Deana ze ściśniętym gardłem patrzyła, jak wojownicy szybko spychają ludzi w tył, a lektyka pospiesznie zmierza w stronę pałacu.
Po raz pierwszy, odkąd przybyła do Konoweryn, bała się.
Gdy wracała do swojej komnaty, wszyscy, którzy widzieli, w jaki sposób trzyma dłonie na rękojeściach szabel, usuwali jej się z drogi.
*
Pukanie do drzwi było ciche, nieśmiałe, jakby jakiś gryzoń próbował wydrapać sobie drogę do środka. Otworzyła z talherem w dłoni, choć domyślała się, kto puka.
Był blady, oczy zapadły mu się w głąb czaszki, a skóra niezdrowo połyskiwała potem. Oddychał płytko i chwiał się na nogach, ale gdy jeden z towarzyszących mu sług złapał go za ramię, odtrącił go niecierpliwym, gniewnym gestem.
Po raz pierwszy widziała w Laweneresie taki gniew. Dziki, podszyty obłędem.
Wprowadziła go do środka, zamykając sługom drzwi przed nosem, i siłą posadziła go przy stole. Nie mówił nic, sięgnął tylko ręką przed siebie, wymacał znajomy kształt kryształowej karafki i przykleił ją do ust.
Pił łapczywie, szybko, przechylając naczynie tak, aż wino pociekło mu na pierś.
Rozkaszlał się, pryskając złotym napojem na stół.
Dotknęła jego dłoni. Był rozpalony, tak jak wtedy, gdy wjechali do miasta i po raz pierwszy odwiedził Oko. Wszelkie głupie wymówki z powodu tego, że dawno jej nie odwiedzał, wydały jej się nagle żałosne i nieistotne. Bez słowa podprowadziła go do wanny, ściągnęła lepiące się od potu i wina ubranie i pomogła wejść do środka.
Nie poskarżył się, mimo że woda już dawno wystygła.
– Zawsze tak jest? – spytała, mocząc gąbkę i obmywając mu twarz.
– Nie. – Oblizał wargi, przełknął ślinę. – Nie tak jak teraz. Zawsze jest żar, płomień, uczucie… jakbyś stał u stóp olbrzyma, który spogląda… gdzieś przez siebie. Wie o tobie, ale nie jesteś ważny.
Przymknął oczy, mleczne źrenice przysłonięte ciemnymi powiekami. Pierwszy raz zwróciła uwagę, jakie ma długie, dziewczęce rzęsy.
– Dziś… On opuścił wzrok w dół. Prosto na mnie… W moje o… oczy. Jego spojrzenie… Mój brat… sześć lat temu Oko też oszalało, pojechał, ledwo wyszedł… Mówił o… strachu, wiesz, strachu Nieśmiertelnego. Zrobił później wiele rzeczy, ale nigdy więcej nie chciał o tym rozmawiać.
Laweneres zakaszlał nagle, długo, lepko, aż Deana usłyszała, jak coś odrywa mu się w środku. Wypluł wreszcie na dłoń gęstą flegmę w kolorze startej cegły.
– Mało książęce zachowanie, prawda? – Wytarł dłoń o krawędź wanny. – Sameres mówił, że jak Oko cię wzywa, to jesteś trochę tu, a trochę tam, w Królestwie Agara. Opowiadał o czerwonej równinie i wietrze pędzącym tumany czerwonego pyłu. Pan Ognia nie ma siedziby przyjaznej ludziom. Nie widziałem tego… – Wykrzywił się gorzko. – Za to czułem… wiatr… zmieszanie i lęk… Lęk boga.
Ostatnie słowa bardziej wyczytała z ruchu jego warg, niż usłyszała.
– Będzie dobrze.
– Może. Kilka lat temu… Agar też był niespokojny, a nic wielkiego się nie stało. Może masz rację.
Dotknęła jego czoła. Wewnętrzny płomień, który zdawał się trawić księcia, przygasł.
– Wyjdź z wody, jest chłodna.
Po raz pierwszy widziała go nago. Pamiętała tamtą noc, dłonie rzeźbiące w ciemności zarys szczupłego, umięśnionego ciała, ale czuć a widzieć to zupełnie różne sprawy. Laweneres wytarł się i żeby nie wkładać przepoconych rzeczy, owinął prześcieradłem.
– Mogę zostać?
– To duże łoże.
Zgasiła świece i wślizgnęła się za jego plecy.
– Nie chcę nim być – wyszeptał.
– Nie rozumiem.
– Nie będę dobrym księciem w czasie, w którym nawet Nieśmiertelni odczuwają strach.
– A w innym byłbyś?
Zmilczał pytanie.
– Boję się.
– Wiem.
– Noszę maski w dzień i w nocy, Dziecię Ognia, książę Białego Konoweryn, potomek Wybrańców, pierwszy w Świątyni Ognia. A każda z nich jest ciaśniejsza, mniej dopasowana, bardziej dławi oddech. Oddychałem pełną piersią tylko…
Położyła mu palec na ustach.
– Za dużo gadasz. – Pocałowała go w kark. – Ja też tęsknię do tej jaskini. I do ślepego tłumacza.