Ucieczka z Festung Breslau
- Автор: Земянский Анджей
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Dolnośląskie
- ISBN: 978-83-245-8895-4
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Ucieczka z Festung Breslau». Краткое содержание книги:
Chłopi zakrzątnęli się błyskawicznie.
-A ty jakoś dziwnie mówisz po polsku, kochanieńki. - Piwo wyraźnie ich ośmieliło. - Ty pewnie ze Śląska jesteś krajan, a?
-Mmmm. - Schielke wolał nie wnikać w historyczne zawiłości.
-Oj stary, stary, ślepyś chyba. - Towarzyszący im młodzieniec zdjął właśnie półbuty i z ulgą masował obolałe stopy. - Przecież to regularni Niemcy.
-Jakżesz to?
-No co ty? Nie widzisz? Polaków mu się zachciewa w Breslau.
-To już Wrocław.
Tamten zerknął na niego z uśmiechem i przeszedł na dość poprawną niemczyznę.
-No i sam widzisz. Twój Breslau to teraz mój Wrocław, a moje Wilno to teraz cudzy Vilnius, ciekawe, kto Niderlandy dostał? - Śmiejąc się, wyciągnął rękę. - Darek jestem.
-Dieter - Schielke też parsknął śmiechem. Trylogię Sienkiewicza trochę znał.
Darek przysiadł się do Heiniego.
-A ty to pewnie z Hitlerjugend, co?
-Nie jestem z żadnego Hitlerjugend! - zaperzył się chłopak. - Jestem kapralem regularnej armii!
-Aha. To pewnie do Ruskich strzelałeś, co?
-Tak, strzelałem! - warknął Heini trochę na wyrost, bo nie strzelał, choć bardzo tego chciał.
-A widzisz? Ja też.
Chłopca zatkało. Patrzył na tamtego jak na istotę z innego świata.
-J... j... jak to?
-Normalnie, z karabinu.
-Ty?
-No ja. Kiedy zrobili porządek z wileńskim AK, to się trochę odpłaciliśmy.
-A do Niemców strzelałeś?
-Pewnie. I jeszcze do Ukraińców, Litwinów. Kto tam wie? Może jeszcze jakaś inna nacja się nawinęła pod celownik. O imię żadnego nie pytałem.
Heini zamarł w bezbrzeżnym zdumieniu. Darek zaczął robić skręta z gazety.
-No i widzisz, jak to się kończy - powiedział, liżąc brzeg papieru. - A teraz siedzimy obaj jak zwykli ludzie na kupie gruzu, palimy i dumamy smętnie, jakby tu dupę własną skrzętnie ukryć przed całym światem.
Schielke nie wytrzymał i parsknął śmiechem. O dziwo, Heini też zaczął się śmiać.
-To z nas wariaci, tak? - spytał Darka.
-Nie inaczej, sąsiedzie. Nie inaczej. Na to właśnie wyszło.
-I nazywasz mnie sąsiadem?
-Przecież żyjemy obok siebie od tysiąca lat. Więc jak inaczej nazwać? A to, że się sąsiedzi znowu za łby wzięli i całą wieś roznieśli, zwykła rzecz. Nie z takich upadków się podnosiliśmy.
Heini pokiwał głową.
-To może zmądrzejemy?
Darek zaciągnął się gryzącym dymem.
-Może - wydmuchnął śmierdzącą chmurę. - Może to miasto nas kiedyś połączy?
Miasto zaczynało wrzeć nowym życiem, oddając martwe tereny jeden po drugim. Fale przesiedleńców nadciągały ze wszystkich stron. Pociągami, wozami, nawet na piechotę, ciągnąc na wózkach swój skromny dobytek. Było to jakby odwrócenie koszmaru styczniowej ewakuacji zakończonej niezliczoną liczbą ofiar. Teraz było lato, w oczach wycieńczonych wojną ludzi widać było nadzieję. Administracja rosła w siłę, po układzie poczdamskim nie mając już żadnej niemieckiej konkurencji. Gorączkowo organizowano uczelnie do jesiennego startu, PUR szalał, usiłując ogarnąć i rozdzielić mieszkania, zaczęły się najbardziej pilne remonty prowadzone przez polsko-niemieckie ekipy. Tworzona przez nie dokumentacja była dwujęzyczna, tak jak i wszystkie rozporządzenia. Milicja usiłowała wprowadzić porządek, choć w niektórych dzielnicach na wschodzie i ruinach południa długo pozostawało to w sferze marzeń raczej niż realizacji. Całe kwartały pozostawały w rękach mętów, bandytów, dezerterów z różnych armii i szabrowników. Dziki Zachód, w którym tak jak w Ameryce lepiej było mieć półautomatyczny argument z pełnym magazynkiem w kieszeni, niż zdawać się na opiekę szeryfa. Stare place lub ich pozostałości szybko przejmowały swoją tradycyjną rolę, Nowy Targ, Nankiera, plac Solny rozkwitały handlem, a niepotrzebne lotnisko w centrum miasta stało się „Wyższą Szkołą Handlową”, jak kpiąco nazywali go repatrianci z Lwowa. Wrocław stał się błyskawicznie największym szaberplacem Europy. Przybywających inżynierów wprost z dworców kolejowych kierowano natychmiast do pracy. Pojawiła się woda w kranach, na razie nielicznych, ruszyły pierwsze linie tramwajowe, również nieliczne, ponieważ nie można było usunąć z szyn wraków ciężkich czołgów. W ruinach mieszkań pojawiły się kozy i świnie hodowane przez rolników przeniesionych do miasta, w niektórych piwnicach trzymano nawet krowy.
W Heinim coś się przełamało od czasu pamiętnej wędrówki na południe. Zaczął się uczyć polskiego i angielskiego. Tak jak miasto, powoli i z trudem, ale jednak odżywał. Drugi przełom nastąpił, kiedy poznał nareszcie polskich rówieśników. Oni imponowali mu swoją odwagą i brakiem poszanowania jakichkolwiek odgórnych norm i nakazów, on z kolei znajomością miasta i sprytem. Schielke uznał, że chłopak jest wyleczony z traumy, kiedy zobaczył ich razem handlujących srebrnymi sztućcami z jakiejś zburzonej restauracji i to nie na jakimś tam szaberplacu, ale z doświadczonym szabrownikiem z Warszawy, którego interesował tylko hurt, a nie detal. Prawo i bezprawie żyły sobie pogodzone w tym mieście tak samo dobrze, jak pogodzeni polscy i niemieccy chłopcy.
Holmes zgodnie z przewidywaniami okazał się bezcenny dla nowych sil prawa i porządku w mieście. Udało mu się wymigać od współpracy z UB, dla milicji był skarbem, ale tylko jako doradca. Wojsko chciało mieć udział w odzyskiwaniu ukrytego mienia i tam właśnie Dlużewski znalazł dla siebie miejsce. Całkowicie zgodne z jego zainteresowaniami. Komisje i organizacje zajmujące się odzyskiwaniem skarbów i muzealiów mnożyły się jak grzyby po deszczu. Nie było go całymi dniami. Watson i Schielke nie mieli wiele do roboty. Najczęściej przesiadywali na tarasie skupieni nad wielkim atlasem świata i książkami podróżniczymi, rozważając, który rejon globu jest najbardziej interesujący z ich punktu widzenia.
Nagle Schielke odłożył książkę opiewającą wspaniałości Amazonii.
-Wiesz, co mnie najbardziej uderzyło w trakcie przesłuchań w domu handlowym Dyckhoffa?
-Hm? - Watson oderwał się od lektury „Rozważań nad przyszłością polityczną RPA”.
-Jakiś przełom tam przeżyłem, albo coś sobie uświadomiłem, co nie do końca potrafię wyrazić słowami.
Watson spojrzał na niego z wyraźnym zainteresowaniem.
-No? No?
-Wiesz, oni nie zadawali mi właściwie żadnych pytań co do kwestii, czy wiem, czy domyślam się, gdzie mogą być skarby.
-Może wiedzieli, że nic im nie powiesz?
-Nie. Po prostu jakby ich ten problem kompletnie nie interesował. Przypominali raczej... - Schielke zawahał się i zamilkł na dłuższą chwilę.
-Kogo?
-Kogoś, kto jest wkurzony na psa ogrodnika.
-Zaraz, pies ogrodnika to symbol kogoś, kto sam nie zje, ale innemu nie da. Rodzaj bezinteresownego psucia komuś interesów. Bezinteresownego - podkreślił Watson.
-I właśnie tak się zachowywali, jakby ich to dotknęło. Nie tyle chodziło o to, że ktoś sprzątnął im skarby sprzed nosa, ale że zrobił to bezinteresownie. Sam nic z tego nie mając.
-Aha - Watson powoli masował sobie skronie. - A to znaczy, że oni są przekonani, że tajemnicza organizacja nie ma pojęcia o lokalizacji tajnych skrytek.
-Właśnie.
-Zastanawiające.
Powiew łagodnego wiatru przyniósł nagle ulgę w skwarze popołudnia. Przydałaby się jeszcze zimna lemoniada. Niestety, do dyspozycji była tylko woda słodzona konfiturami, które jakimś cudem uniknęły przerobienia na bimber.
-Właściwie to są równie wkurzeni jak Kolja Kirchoff. Na to samo.
-Jeśli dobrze cię rozumiem, nie na sam fakt utraty skarbów, ale na istnienie niezależnej organizacji, której nie mogą kontrolować.