Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]

Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:

Imperium szykuje się do wojny z Yezd, ale pojawia się nowe zagrożenie — bunt księcia Draxa i jego wojsk. Zdrada najemników doprowadza Videssos na skraj katastrofy i tylko talent dowódczy Marcusa Scaurusa i zręczna dyplomacja jego sprzymierzeńca zamieniają klęskę w zwycięstwo. Jednak Imperium Videssos w dalszym ciągu czeka walka z Yezd, Do odległej krainy potężnych koczowników wyrusza poselstwo, które ma pozyskać ich pomoc. Jego droga najeżona jest niebezpieczeństwami, o sojusz z koczownikami stara się również Yezd…
1 ... 80 81 82 83 84 85 86 87 88 ... 130
Перейти на страницу:

Szerokie, płaskie obszary stepu także go przytłaczały. Odwrócił się do jadącego obok Batbaiana.

— Co to za przyjemność być dowódcą, kiedy cały kraj wygląda tak samo, i nie ma nawet gdzie urządzić zasadzki?

— Wąwóz, jakaś niewielka górka… musisz zadowolić się tym co masz. Ale jeśli wiesz gdzie szukać, bez trudu znajdziesz odpowiednie miejsce. — Syn khagana przyjrzał mu się z rozbawieniem. — Dobrze, że to nie ty dowodzisz. Zaraz by cię zabili i złamałbyś serce mojej siostrze.

— Jasne, a to by dopiero był wstyd, co?

Viridoviks zagwizdał kilka taktów videssańskiej piosenki miłosnej. Jego żołnierska czujność osłabła nieco gdy pomyślał o Seirem. Po tylu błahych przygodach prawdziwa miłość była niczym nagłe olśnienie. Jak to często bywa z tymi, do których szczęście przychodzi późno, zakochał się po same uszy, jakby chcąc nadrobić stracone lata.

— Och, ona jest perełką, kwiatuszkiem, kaczątkiem… Batbaian, który pamiętał swoją siostrę jako wrzeszczącego bachora, parsknął grubiańskim śmiechem. Viridoviks zignorował go zupełnie.

— Przynajmniej nie musisz się o nią martwić — powiedział młody Khamorth. — Kiedy tak wiele klanów przysłało swoich ludzi do walki z Varateshem, obóz jest bezpieczniejszy niż kiedykolwiek.

— Wiele, owszem, ale nie dość wiele. — To był Rambehisht, który dowodził patrolem.

Jak zawsze oszczędny w słowach, twardy nomada trafił w samo sedno. Armia Targitausa rosła z dnia na dzień, ale sporo klanów postanowiło nie opowiadać się po żadnej ze stron, a kilka dołączyło do Varatesha; czy to ze strachu przed Targitausem, czy też obawiając się — choć był to strach innego rodzaju — wodza banitów i Avshara.

Wysunięty do przodu zwiadowca galopem powrócił do swoich towarzyszy, wymachując czapką i wrzeszcząc: — Jeźdźcy!

Ostrze Viridoviksa ze zgrzytem wysunęło się z pochwy; nomadzi zsunęli z ramion łuki i nałożyli strzały na cięciwy. W tej części stepu inni jeźdźcy mogli być tylko żołnierzami Varatesha.

Kilka minut po tym, jak nadjechał zwiadowca, patrol dostrzegł kurz na północno-zachodnim horyzoncie. Rambehisht przymrużył oczy, oceniając wielkość tumanu.

— Piętnastu — powiedział. — Najwyżej dwudziestu. To zależy ile koni jest wolnych. — Ich siły były więc wyrównane.

Dowódca wrogiego oddziału musiał dokonać podobnych obliczeń, bo nagle, zanim jeszcze można było dojrzeć jego ludzi, zawrócił ich gwałtownie i wycofał się najszybciej jak potrafił. Bat-baian wrzasnął radośnie i klepnął Viridoviksa w ramię.

— To działa! — wydzierał się.

— A czemu by nie, chłopie? — powiedział Celt wyniośle, puchnąc z dumy, kiedy przyjmował gratulacje od nomadów. Nawet Rambehisht posłał mu zimny uśmiech, który sprawił Viridoviksowi prawdziwą przyjemność. Szacunek człowieka, którego kiedyś pobił, znaczył naprawdę wiele.

Za ich plecami, siedem czy osiem krów, które towarzyszyły patrolowi, skorzystało z przerwy, by skubnąć nieco świeżej trawy. Każde ze zwierząt ciągnęło za sobą wielki krzak czy wiązkę chrustu i wzniecało tyle kurzu, co dwa tuziny jeźdźców.

— Te brudne śmierdziele myślą pewnie teraz, że ściga ich cała armia — zachichotał Viridoviks.

— Tak, i to samo powiedzą swojemu dowódcy — zauważył Rambehisht, który był mądrym wojownikiem i wiedział, ile pożytku może przynieść wprowadzenie przeciwnika w błąd.

— Musimy wysyłać więcej patroli — powiedział Batbaian. — Będą uciekać przed tyloma cieniami, że w końcu nie zorientują się, kiedy naprawdę na nich ruszymy. — Spojrzał na Viridovik-sa niczym na mitycznego bohatera.

Zadowoleni z siebie zwiadowcy zatrzymali się obozem obok niewielkiego strumienia. By uczcić ten skromny sukces, Rambehisht zabił jedno z cieląt.

— Będziemy mieli dzisiaj niezłą ucztę — powiedział. Viridoviks podrapał się po głowie.

— Lubię mięso tak samo jak wy wszyscy, ale jak ty je przygotujesz? Nie ma tu drewna na ognisko, ani kotła do gotowania.

— Samo się usmaży — odparł nomada.

— Ta, jasne, samo się usmaży — zadrwił Viridoviks pewien, że był to tylko kiepski żart. — A jutro rano kości obrosną piórkami i bydlę odleci do ciepłych krajów.

Kiedy Rambehisht otworzył brzuch krowy, dwójka nomadów wyciągnęła wnętrzności i wrzuciła je do strumienia, w którym zaraz zaroiło się od srebrnych grzbietów — ryby wszelkich gatunków i rozmiarów zabrały się do niespodziewanej uczty. Para wielkich, brązowych żółwi rzuciła się ze skał, by upomnieć się o swoją część. Inny gapił się prosto na Viridoviksa. Mrugnął powoli oczami, raz, drugi.

Rambehisht dotrzymał słowa. Rękami skrwawionymi aż po łokcie odrywał płaty mięsa od kości zwierzęcia, z których ułożył sporą kupkę. Potem, ku zaskoczeniu Celta, podpalił je — ze szpikiem w środku i przylegającym do nich tłuszczem na zewnątrz, paliły się całkiem dobrze. Pomysłowy Khamorth wrzucił następnie do torby, uczynionej naprędce z surowej skóry cielęcia, tyle mięsa, by najadł się nim cały patrol, zaczerpnął wody ze strumienia, dodał ją do mięsa i powiesił ten prowizoryczny kocioł nad ogniem, używając do tego włóczni. Wkrótce smakowity aromat gotowanej cielęciny wypełnił powietrze, mieszając się z mniej przyjemnym zapachem palonych kości.

Prawie wszyscy nomadzi powkładali paski surowego mięsa pod swoje siodła, by zakonserwowały się podczas jazdy. Celt zdecydował, że tym razem nie pójdzie w ich ślady.

— Wolałbym raczej trochę soli albo musztardy, choć dzięki za radę. Koński pot ma chyba trochę inny smak.

Jednak to co ugotował Rambehisht, było doskonałe.

— Czapki z głów, panowie, przed tym facetem — powiedział Viridoviks i rzeczywiście to zrobił. Kiedy nadszedł wieczór, odłożył na bok swoją skórzaną czapę. Wydał z siebie wspaniałe beknięcie. Jak każdy nomada, Rambehisht wziął to za komplement i pochylił głowę w podziękowaniu.

Klepiąc się po brzuchu, Gal wstał i spacerkiem powędrował wzdłuż strumienia, spory kawałek powyżej miejsca, w którym porzucili wcześniej wnętrzności zwierzęcia — mały środek ostrożności, którego nauczyli go Rzymianie. Woda była zimna i słodka. Otarł wąsy rękawem i zobaczył tego samego, tłustego żółwia siedzącego na głazie. Zamachał rękami, wrzeszcząc: — Jaaahaaa! — Przerażone zwierzę przebierało nogami jak oszalałe, próbując płynąć zanim jeszcze znalazło się w wodzie. Po chwili udało mu się wreszcie zeskoczyć i zanurkować w strumieniu.

— Ach, jaki jestem groźny — roześmiał się Viridoviks. Przypomniał sobie żart Arigha, z żabami w Prista, i spróbował odnaleźć żółwia, ale na próżno. — Biedne zwierzątko! Gdybyś tylko umiał zarechotać, nieźle byś się zabawił.

Varatesh ze zdumieniem słuchał bełkotu zwiadowcy.

— To horda, mówię ci. Kurzą tak, że muszą ich być setki, i wszyscy jadą w tę stronę. Ciesz się, że nie podjechaliśmy bliżej, bo nie miałby ci kto o tym powiedzieć.

Wódz banitów przygryzł wargę, zastanawiając się jak Targitaus zebrał taką armię. Siedem patroli dostrzegło duże siły zbliżające się do jego obozu. Nawet kiedy podzielić to przez dwa, jak zrobiłby to każdy rozsądny dowódca, jego wrogowie byli silniejsi niż kiedykolwiek. Jeśli nadal będą parli do przodu, zepchną go aż do Shaum — albo za nią. Zastanawiał się, co byłoby gorsze — Targitaus, czy Arshaumi. Mały wypad to jedna rzecz, właściwie brawurowa rozrywka, ale próbować osiedlić się w Shaumkhiil?

1 ... 80 81 82 83 84 85 86 87 88 ... 130
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)