Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]

Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:

„Lustrzany taniec” stanowi szczególną część sagi barrayarskiej. Powraca w niej Mark, klon-bliźniak Milesa Vorkosigana/Naismitha, który podając się za dowódcę Najemnej Floty Dendarii, przeprowadza szaleńczą akcję desantową w Obszarze Jacksona — części wszechświata, gdzie inżynieria genetyczna rozwija się bez żadnych ograniczeń. Niestety, ponosi klęskę i z pomocą musi mu pospieszyć prawdziwy admirał Naismith. Podczas odwrotu Miles zostaje zabity, ale jego śmierć daje początek lawinie wydarzeń i zaskakujących zwrotów akcji. Przed Markiem stoją nowe nieoczekiwane zadania, którym musi sprostać. Czy przyjaciele Milesa mu pomogą? Jak przyjmie go Barrayar? Czy ma szansę odciąć się od mrocznej przeszłości i przeistoczyć z genetycznej repliki Milesa w człowieka?
1 ... 80 81 82 83 84 85 86 87 88 ... 137
Перейти на страницу:

— Pyta pani o łączność o charakterze parapsychicznym? — Co za okropny pomysł.

Skinęła głową, rumieniąc się lekko. Skonsternowana Bothari — Jesek posłała mu dziwnie błagalne spojrzenie, Nie waż się mieszać jej w myślach, ty…!

Oto prawdziwy rozmiar jej rozpaczy.

— Przykro mi. Nie mam zdolności parapsychicznych. Co najwyżej mam kilka cech psychopatycznych. — Bothari — Jesek się rozluźniła. Mark spochmurniał, lecz po chwili twarz mu pojaśniała. — Ale nie zaszkodziłoby dać do zrozumienia Illyanowi, że tak pani myśli.

— Illyan to zdeklarowany racjonalista. — Księżna uśmiechnęła się ze smutkiem.

— Moja pasja wynika z rozczarowania. Nikt nie pozwala mi niczego zrobić.

— A co chciałbyś zrobić?

Chcę uciec na Kolonię Beta. Księżna pewnie by mu w tym pomogła.

…Nie, już nigdy więcej nie będę uciekał.

Głęboko nabrał powietrza, zbierając w sobie resztki odwagi.

— Chcę wrócić do Obszaru Jacksona i poszukać go. Poradziłbym sobie równie dobrze jak inni agenci Illyana, na pewno! Podsunąłem mu ten pomysł. Nie zgodził się. Gdyby mógł, zamknąłby mnie w dobrze strzeżonej celi.

— W takich dniach biedny Simon byłby gotów zaprzedać własną duszę, żeby na chwilę świat odzyskał spokój — przyznała księżna. — Jego uwaga nie jest teraz rozproszona, tylko rozszczepiona na wiele spraw. Trochę mu współczuję.

— Ja nie. Nie zapytałbym nawet Simona Illyana o godzinę. On też by mi jej nie podał. — Mark się zamyślił. — Gregor przekazałby mi kilka niejasnych wskazówek, gdzie mam szukać chronometru. Pani… — ciągnął metaforę, nie panując już nad nią — dałaby mi zegar.

— Gdybym miała, synu, dałabym ci fabrykę zegarów. — Księżna westchnęła.

Mark przeżuł kęs, połknął i uniósł głowę.

— Naprawdę?

— Na… — zaczęła, lecz zaraz przezornie zamilkła. — Co naprawdę?

— Czy lord Mark jest wolnym człowiekiem? Nie popełniłem żadnej zbrodni w Cesarstwie Barrayaru, prawda? Prawo nie zabrania głupoty. Nie jestem aresztowany.

— Nie…

— Sam mogę polecieć do Obszaru Jacksona! Chrzanić Illyana i jego cenny stan osobowy. Gdybym… — och, zapomniał o drobiazgu, i jego entuzjazm nieznacznie opadł. — Gdybym miał za co. — Entuzjazm zniknął bez śladu. Wiedział przecież, że jego cały majątek wynosi siedemnaście marek imperialnych, które zostały z dwudziestu pięciu, jakie dostał w tym tygodniu od księżnej na drobne wydatki. Pieniądze tkwiły w kieszeni spodni.

Księżna odsunęła talerz i się wyprostowała. Na jej twarzy odmalowało się zmęczenie.

— Nie sądzę, żeby to był bezpieczny pomysł. Skoro już wspomnieliśmy o głupocie…

— Po tym, co zrobiłeś, Bharaputra wydał zapewne polecenie egzekucji — pospieszyła z pomocą Bothari — Jesek.

— Nie mnie chce zabić, tylko admirała Naismitha — poprawił ją Mark. — Poza tym nie wróciłbym na Bharaputrę. — Był wprawdzie skłonny przyznać rację księżnej, lecz nadal czuł na czole parzące dotknięcie palca barona Bharaputry. Utkwił w niej pełne napięcia spojrzenie. — Pani…

— Serio prosisz mnie o sfinansowanie wyprawy, w której zaryzykujesz życie? — zapytała.

— Wcale go nie zaryzykuję, chcę je ocalić! Nie potrafię tak dalej… — Nieokreślony gest miał wskazywać Dom Vorkosiganów, planetę i jego sytuację. — Tutaj nie mogę odzyskać równowagi, wszystko jest nie tak.

— Równowaga przyjdzie z czasem. Jest po prostu za wcześnie — powiedziała z przekonaniem. — Wciąż jesteś tu nowicjuszem.

— Muszę wrócić. Muszę spróbować naprawić to, co zepsułem. Jeśli potrafię.

— A co zrobisz, jeżeli się okaże, że nie potrafisz? — spytała chłodno Bothari — Jesek. — Po obiecującym początku wycofasz się?

Czy ta kobieta czytała w jego myślach? Mark zgarbił się pod ciężarem jej pogardy i własnego zwątpienia.

— Nie… — zaczął — nie… — nie wiem. Nie potrafił dokończyć tego zdania głośno.

Księżna splotła długie palce.

— Nie wątpię w twój zapał — rzekła, nie spuszczając z niego oczu.

Do diabła, jej zaufanie mogło skruszyć jego zapal skuteczniej niż podejrzliwość Illyana. Mark skulił się na krześle.

— Ale… jesteś moją drugą szansą. Nową nadzieją, zupełnie nieoczekiwaną. Nigdy nie sądziłam, że będę miała drugie dziecko tu, na Barrayarze. Obszar Jacksona zabrał mi Milesa, a teraz ty chcesz tam lecieć? Ty też?

— Pani — powiedział zrozpaczony. — Matko… nie mogę być pani nagrodą pocieszenia.

Księżna skrzyżowała ramiona, opierając podbródek na stulonej dłoni. Jej oczy były szare jak morze zimą.

— Pani lepiej od innych powinna zrozumieć — ciągnął błagalnie Mark — jak ważna może być druga szansa.

Odsunęła krzesło i wstała.

— Muszę się nad tym zastanowić. — Wyszła z maleńkiej jadalni. Mark z niepokojeni zauważył, że na talerzu zostawiła prawie połowę dania.

Bothari — Jesek również się podniosła.

— Świetna robota — warknęła.

Przepraszam, przepraszam…

Mark został przy stole sam. I odruchowo, na wpół świadomie, zaczął jeść, aż dostał mdłości. Potem rurą windową wjechał na swoje piętro, wtoczył się do sypialni i położył. Miał nadzieję, że zaśnie, ale skończyło się na nadziei.

Upłynęła chyba cała wieczność, zanim dokuczliwy ból głowy i żołądka zaczęły mu powoli przechodzić. Nagle rozległo się pukanie do drzwi pokoju. Mark uniósł głowę ze zduszonym jękiem:

— Kto tam?

— Elena.

Włączył światło i usiadł, opierając się o ozdobione reliefem wezgłowie, wepchnąwszy wcześniej pod kręgosłup poduszkę, by nie gniotły go wyrzeźbione w orzechowym drewnie liście akantu. Nie miał ochoty na rozmowę z Bothari — Jesek. Ani z żadną inną istotą ludzką. Poprawił koszulę, by leżała na nim jak najluźniej.

— Wejdź — mruknął.

Wsunęła się ostrożnie, przystając tuż za drzwiami. Na jej przybladłej twarzy malowała się powaga.

— Cześć. Dobrze się czujesz?

— Nie — przyznał.

— Przyszłam przeprosić — powiedziała.

— Ty? Przeprosić mnie? Za co?

— Księżna mi powiedziała… o tym, co się z tobą działo. Przepraszam, nic nie rozumiałam.

A więc znów dokonano na nim wiwisekcji, tym razem in absentia. Odgadł to z lęku, jaki malował się w twarzy Eleny; patrzyła na niego, jak gdyby jego rozdęty brzuch został otwarty lancetem chirurga i przygotowany do drobiazgowej operacji.

— Niech to diabli… co tym razem mówiła? — Starał się siedzieć prosto.

— Miles unikał rozmów na ten temat. Ale nie rozumiałam, jak było naprawdę. Księżna opowiedziała mi ze szczegółami. O tym, co ci robił Galen. O gwałcie z paralizatorem i… zaburzeniach diety. — Starając się nie patrzeć na jego ciało, utkwiła oczy w jego twarzy. Domyślił się, że wie aż za dużo. Musiały rozmawiać z księżną co najmniej przez dwie godziny. — A wszystko zaplanowano z taką premedytacją. To było najokrutniejsze.

— Nie jestem pewien, czy tamten incydent z paralizatorem rzeczywiście przeprowadzono z pełną premedytacją — rzekł niepewnie Mark. — Galen zachowywał się wtedy, jakby zupełnie oszalał. Nikt nie potrafi tak dobrze zagrać. Może zaczęło się z premedytacją, a później wymknęło spod kontroli. — Nagle wybuchnął bezradną wściekłością. — Do diabła! — Elena podskoczyła. — Nie miała prawa rozmawiać z tobą o mnie! Ani z nikim innym! Kim ja niby jestem, największą atrakcją w mieście?

— Nie, nie. — Elena Bothari — Jesek rozłożyła ręce w obronnym geście. — Musisz zrozumieć. Powiedziałam jej o Maree, tamtej blondynceklonie, z którą cię znaleziono. O tym, co moim zdaniem z nią robiłeś. Oskarżyłam cię przed księżną.

1 ... 80 81 82 83 84 85 86 87 88 ... 137
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)