Odwieczny Wróg
- Автор: Кунц Дин Рэй
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Odwieczny Wróg». Краткое содержание книги:
Czwórka sunęła ku Kale'owi prawie bez dźwięku. Szeleściły tylko zeschłe liście pod stopami; poza tym nic. Nie przeszkadzały im kamienie i ostre trawy, kolce, które musiały ranić stopy. Jeden z nich łakomie oblizywał wargi. Pozostali zaczęli natychmiast robić to samo.
Lodowaty skurcz śmiertelnego strachu przeszył wnętrzności Kale'a. A nuż stracił zmysły? Ale ten moment wahania był krótkotrwały. Rzadko doznając zwątpienia, nie potrafił w nim długo trwać.
Cisnął wór, chwycił HK 91 w obie ręce i otworzył ogień. Zatoczył łuk plującą lufą karabinu. Pociski dosięgnęły celu. Widział, jak wdzierają się w ciała czwórki mężczyzn, widział otwierające się rany. Ale krew nie popłynęła. Rany znikały w momencie, w którym wykwitly, goiły się w sekundę.
Mężczyźni wciąż się zbliżali.
Nie. Nie mężczyźni. Coś innego.
Halucynacje? Przed laty w liceum Kale brał dużo kwasu. Teraz przypomniał sobie, że nawroty po kwasie potrafią prześladować miesiące, ba, lata po tym, jak rzuciło się LSD. Nigdy poprzednio nie miał nawrotu po kwasie, ale słyszał o tym. Czy teraz to właśnie mu się przytrafiło? Halucynacje?
Może.
Z drugiej strony… Wszyscy czterej lśnili, jakby poranna mgła zbierała im się na nagiej skórze i był to szczegół, którego nigdy nie zauważył w halucynacjach. A w ogóle wszystko bardzo się różniło od tych doznań narkotycznych, jakie przeżył.
Nadal szeroko uśmiechnięty, najbliższy sobowtór uniósł ramię, wskazał na Kale'a. Niewiarygodne: ciało na ręce pękło i spłynęło z palca, i z całej dłoni. Ciało autentycznie spływało w dół, jak wosk rozpuszczający się i cofający przed płomieniem; przegub zgrubiał od tkanki, a potem ukazały się kości, same kości. Jeden bielejący palec wskazywał na Kale'a.
Wskazywał z gniewem, szyderstwem i oskarżeniem.
Kale'owi zawirowało w głowie.
Pozostałe sobowtóry przeszły jeszcze bardziej makabryczne zmiany. Jeden stracił ciało na części twarzy: prześwitywała kość policzkowa, rząd zębów, prawe oko pozbawione powieki i otaczającej tkanki słało wilgotny blask z bielejącego oczodołu. Trzeci mężczyzna zgubił kawał ciała na klatce piersiowej: odsłoniły się ostre żebra i oślizłe, mokre, pulsujące niewyraźnie wnętrzności. Jedna noga czwartego była zdrowa, druga składała się już tylko z kości i ścięgien.
Kiedy zbliżyli się jeszcze bardziej, jeden z nich powiedział:
– Dzieciobójca.
Kale wrzasnął, cisnął HK 91 i rzucił się do ucieczki. Stanął prawie natychmiast. Z tyłu, od chaty zbliżali się kolejni dwaj Johnsonowie. Wszystkie drogi odcięte. Pozostawało biec w górę wysokim skalnym wybrzuszeniem, powyżej chaty. Runął tam, sapiąc i charcząc. Pochlipując dopadł zarośli, przedarł się do wejścia do jaskini, obejrzał na moment, zobaczył, że szóstka nie przestawała następować, wpadł do jaskini, w ciemność, żałując, że porzucił latarki; ręką na ścianie skały wymacywał drogę, usiłując przypomnieć sobie szkic miejsca, pamiętał, że jest to jakby długi tunel kończący się serią ostrych zakosów, i nagle uświadomił sobie, że tu wcale nie musi być bezpiecznie: jaskinia może okazać się pułapką. Tak, był teraz pewien: oni chcieli go tu wciągnąć – i obejrzał się. Zobaczył przy wejściu dwóch gnijących mężczyzn, usłyszał własne wycie i biegł coraz szybciej w głęboką czerń, ale wiedział, że to dla nich żadna przeszkoda, otarł dłoń na ostrym występie skalnym, potknął się, zamachał rękami, pruł dalej, dopadł zakrętu, jednego, drugiego, potem drzwi, minął je, zatrzasnął za sobą; był pewien, że to ich nie zatrzyma – i wtedy zobaczył światło w następnej komnacie. Posuwał się ku niemu w sennym dzikim przerażeniu przez labirynt stosów pożywienia i ekwipunku.
Światło biło od latarni Colemana.
Kale wszedł do trzeciej komnaty.
W bladym jak szron blasku zobaczył coś, co skuło go lodem. To wyłaniało się z podziemnej rzeki, spod jaskini, z dziury, w której Jake Johnson umieścił pompę wodną. Wiło się. Kłębiło, pulsowało, falowało. Ciemne, cętkowane krwawo cielsko. Pozbawione kształtu.
Zaczęły formować się skrzydła. Rozmyły się.
Siarkowy odór, niezbyt mocny, ale mdlący.
Na całej siedmiostopowej kolumnie śluzu otworzyły się oczy. Skupiły spojrzenie na Kale'u.
Cofnął się przed nimi, wtulił w ścianę, złapał się kamienia, jakby on wyznaczał ostatnią krawędź realności nad przepaścią szaleństwa.
Niektóre oczy były ludzkie. Niektóre nie. Spozierały na niego – a potem zamknęły się i znikły.
W miejscu oczu otworzyły się usta. Pojawiły się zęby, kły. Rozdwojone języki zwisały z czarnych warg. Z innych ust wysunęły się czułki robaków. Zawibrowały w powietrzu, schowały się. Jak skrzydła i oczy, w końcu usta znikły w bezforemnym cielsku.
Na podłodze siedział mężczyzna. Kilka stóp od pulsującej istoty, która wychynęła z podziemi. Siedział na wpół widoczny w blasku latarni. Twarz krył mu cień.
Czując, że Kale go zauważył, mężczyzna lekko pochylił się do przodu, wystawił twarz na światło. Mierzył sześć stóp cztery cale albo więcej, miał długie kręcone włosy i brodę. Na głowie nosił pozwijaną opaskę. Złoty kolczyk zakołysał mu się w uchu. Uśmiechnął się najdziwniejszym uśmiechem, jaki Kale w życiu widział. Uniósł powital-nie dłoń. Na jej wewnętrznej stronie widniało wytatuowane czerwono-żółte oko.
Był to Gene Terr.
20
Helikopter wojskowy pojawił się trzy i pół godziny po rozmowie Sary z Danielem Terschem, dwie godziny wcześniej, niż obiecał. Widocznie został skierowany bezpośrednio z bazy w Kalifornii i widocznie koledzy Sary z programu CBW odgadli jej plan wojenny. Pojęli, że de facto nie potrzebuje większości ekwipunku, o który prosiła, i zebrali tylko to, czego potrzebowała do uderzenia na zmiennokształt. Inaczej nie uwinęliby się tak szybko.
Boże, daj, proszę, żeby to była prawda, myślała Sara. Oby to były odpowiednie materiały!
Wielki, zamalowany kolorami ochronnymi helikopter z dwoma zestawami śmigieł, wisząc kilkadziesiąt stóp nad Skyline Road, mełł poranne powietrze, tworzył turbulencję, ciął resztki mgły. Fale ostrych dźwięków rozbijały się o miasto.
Z boku przesunęły się drzwi, jakiś mężczyzna wychylił się z ładowni i spojrzał w dół. Nie próbował wołać, gdyż rytmiczny stuk wirników i ryk silników zjadłby słowa. Zamiast tego przekazał rękami serię niezrozumiałych sygnałów.
W końcu Sara pojęła, że załoga czeka na jakąś wskazówkę o miejscu zrzutu. Zasygnalizowała, żeby wszyscy razem z nią utworzyli koło na środku ulicy. Nie wzięli się za ręce, stali w odstępach kilkujardowych. Koło miało kilkanaście stóp średnicy.
Owinięty w płótno ładunek, nieco większy niż człowiek, został wypchnięty z helikoptera. Był podwiązany do liny spuszczanej na elektrycznym wyciągu. Początkowo ładunek zjeżdżał powoli, potem jeszcze wolniej, w końcu osiadł na jezdni w środku koła tak łagodnie, jakby załoga halikoptera dostarczała surowe jajka.
Bryce wyłamał się z koła, zanim pakunek spoczął na ziemi i znalazł się przy nim pierwszy. Odnalazł karabinek i zwolnił linę, zanim Sara i reszta dołączyli do niego.
Helikopter ściągnął z powrotem linę, spłynął w kierunku doliny i opuścił strefę zgrożenia, równocześnie zwiększając wysokość.
Sara przyklękła i zaczęła rozwiązywać nylonowy sznur, przewleczony przez metalowe oka opakowania. Pracowała gorączkowo i w ciągu paru sekund wydobyła zawartość.
Składały się na nią dwa niebieskie kanistry z białym nadrukiem słowno-literowym (Odetchnęła z ulgą, kiedy go zobaczyła. Jej wiadomość została właściwie zinterpretowana.) i trzy spryskiwacze, podobne do tych, których używa się do rozpylania środków chwasto- i owadobójczych, napędzane nie ręcznie, ale sprężonym powietrzem. Każdy cylinder był zaopatrzony w szelki jak u plecaków. Giętka rura gumowa z czterostopową metalową końcówką i dyszą wytrzymującą wysokie ciśnienie pozwalała utrzymać dystans dwunastu do czternastu stóp od celu.