Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Триллеры » Odwieczny Wróg
Odwieczny Wróg - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Odwieczny Wróg

Электронная книга - «Odwieczny Wróg». Краткое содержание книги:

Wydaje się rzeczą niemożliwą, by wszyscy mieszkańcy spokojnego kalifornijskiego miasteczka zniknęli niemal w jednej sekundzie podczas wykonywania codziennych zajęć. A jednak kiedy pewnego wrześniowego wieczoru Jenny Paige i jej młodsza siostra przyjeżdżają do Snowfield, w tej dopiero co tętniącej życiem miejscowości nie ma nikogo. Właściwie należałoby powiedzieć: nie ma żywego człowieka, bo oprócz nielicznych ludzkich zwłok, na których trudno dopatrzyć się śladów gwałtownej śmierci, jest tu ktoś jeszcze – niewidzialny, mądry i okrutny, rozkoszujący się własną potęgą. Odwieczny wróg ludzkości, pragnący dla niej tylko śmierci i zatracenia…
1 ... 87 88 89 90 91 92 93 94 95 ... 100
Перейти на страницу:

Ulica podskoczyła i zadrżała jeszcze raz, mocniej niż poprzednio, jakby przechodziły pod nią fale wstrząsów. Ale to nie było trzęsienie ziemi. Zbliżało się o n o – nie fragment, nie jeszcze jeden fantom, ale główna największa część: może to wielkie cielsko parło ku powierzchni z niewyobrażalną, niszczycielską mocą, powstając jak oszukany bóg, ogarnięty wściekłym gniewem i niosący pomstę ludziom, którzy ośmielili się go zaatakować. Przybrał kształt ogromnej masy włókien mięśniowych i pchał, pchał, aż tłuczniowe leże ulicy wybrzuszyło się i pękło.

Tal padł na ziemię. Mocno walnął podbródkiem o ulicę, zakręciło mu się w głowie. Usiłował się podnieść, żeby być w pogotowiu ze spryskiwaczem, kiedy stwór się zjawi. Ledwo dźwignął się na czworaka. Ulica kołysała się zbyt mocno. Położył się znów, żeby to przeczekać.

Czekamy na śmierć, pomyślał.

Bryce leżał płasko na brzuchu, przyciśnięty do jezdni.

Lisa leżała obok. Może płakała albo krzyczała. Nie słyszał. Hałas był zbyt wielki.

Wzdłuż Skyline Road atonalna symfonia zniszczenia brzmiała crescendem, od którego pękały uszy: piski, zgrzyty, odgłosy pękania i darcia. Cały świat się rozpadał. Powietrze wypełniał kurz bijący z rosnących pęknięć w nawierzchni.

Koryto drogi poruszyło się z niezmierną siłą. Kawały podbudowy wyfrunęły w powietrze: przeważnie żwir, ale i kawałki wielkości pięści, a były jeszcze większe. Kilkudziesięciofuntowe bloki cementu podskakiwały pięć, dziesięć stóp w powietrze, jakby proteuszowy stwór tłukł nieprzerwanie z dołu o nawierzchnię.

Bryce przyciągnął do siebie Lisę i usiłował zasłonić ją własnym ciałem. Czuł, jak szarpią nią gwałtowne dreszcze.

Ziemia uniosła się. Opadła z hukiem. Znów uniosła i opadła. Drobny gruz sypnął w dół, odbił się z brzękiem od cylindra sprys-kiwacza przytroczonego do pleców Bryce'a, uderzył go w nogi, sieknął boleśnie po głowie.

Gdzie Jenny?

Rozejrzał się w nagłym przypływie trwogi.

W środku Skyline Road wyrósł garb. Widocznie Jenny leżała po drugiej stronie.

Ona żyje, pomyślał. Ona żyje. Do cholery, ona musi żyć!

Ogromna betonowa płyta wystrzeliła z lewej strony i frunęła na osiem, dziesięć stóp w powietrze. Był pewien, że ich zmiażdży i objął Lisę jak mógł najmocniej, choć nic by to nie pomogło, gdyby płyta na nich spadła. Trafiła Timothy'ego Flyte'a. Uderzając przytrzasnęła mu nogi, złamała kości. Zawył z bólu tak głośno, że Bryce usłyszał go ponad rykiem rozpadającej się nawierzchni.

Wstrząsy nie ustawały. Ulica podniosła się jeszcze wyżej. Ostre zęby pokrytego tłuczniem betonu wgryzły się w powietrze poranka.

Za kilka sekund ono przebije się i dopadnie ich, zanim będą mieli możliwość wstać i podjąć kontratak.

Betonowy pocisk wielkości piłki do baseballu wypluty w powietrze opadł na ziemię, roztrzaskując się kilka cali od głowy Jenny. Odłamek otarł się o jej policzek, wytoczył strużkę krwi.

Ciśnienie z dołu, które wytworzyło uskok, nagle ustało. Ulica przestała się trząść. Przestała falować.

Odgłosy zniszczenia cichły. Jenny słyszała swój własny chrapliwy, przyspieszony oddech.

Kilka stóp dalej Tal Whitman zaczął podnosić się na nogi.

Po drugiej stronie wzniesienia ktoś wył w okropnym bólu. Jenny nie widziała kto.

Próbowała wstać, ale ulica zadrżała jeszcze raz i Jenny znów upadła na płask, twarzą do ziemi.

Tal również upadł. Klął na głos.

Nagle ulica zaczęła się zapadać z jękiem niby torturowana. Wzdłuż linii pęknięć odrywały się płyty, toczyły w dół, w pustkę. Bardzo głęboką pustkę. Brzmiało to tak, jakby spadały w przepaść, nie do kanału. Nagle cały wcześniej wzniesiony garb zapadł się z rykiem piorunu i Jenny znalazła się na krawędzi przepaści.

Leżała na brzuchu z uniesioną głową, czekając, aż coś wyłoni się z głębi. Drżała z lęku na myśl, jaką postać zmiennokształt przybierze tym razem.

Ale o n o nie nadeszło. Nie wychyliło się z dziury.

Rozwarcie czeluści miało dziesięć stóp szerokości, pięćdziesiąt długości. Bryce i Lisa, leżący z drugiej strony, próbowali się podnieść. Jenny prawie krzyknęła ze szczęścia na ich widok. Żyli!

Wtedy zobaczyła Timothy'ego. Nogi miał przygniecione ogromnym kęsem betonu. Co gorsza – został złapany w pułapkę na niepewnym odcinku koryta drogi, sterczącym ponad dziurą. W każdym momencie ten odcinek mógł się urwać, spaść do czeluści i zabrać uczonego ze sobą.

Jenny zbliżyła się kilka stóp i zerknęła w dół. Przynajmniej trzydzieści stóp, miejscami prawdopodobnie głębiej. Nie była w stanie ocenić tego dokładnie, ponieważ zbyt wiele cieni zalegało na pięćdziesięciu stopach rozwarcia. Widocznie odwieczny wróg wyłaniał się nie tylko z odpływów burzowych; powstawał z głębokich wapiennych pieczar, spod twardego gruntu, na którym zbudowano ulicę.

Ale jakie niewiarygodne rozmiary, jaką fenomenalną siłę musi ono posiadać, skoro może podnieść nie tylko ulicę, lecz i naturalną formację skalną? I gdzie przepadło?

Czeluść robiła wrażenie pustej, ale Jenny wiedziała, że ono musi gdzieś być w głębokościach, wypełniać szczelnie podziemia, kryjąc się przed biosanem, czekając, nasłuchując.

Podniosła wzrok i zobaczyła, że Bryce czołga się do Flyte'a.

Usłyszała zgrzyt ostrego pęknięcia. Betonowa półka Flyte'a poruszyła się. Lada chwila beton oderwie się i przekoziołkuje w czeluść.

Bryce dostrzegł niebezpieczeństwo. Wczołgał się na pochyloną płytę i próbował dosięgnąć profesora.

Jenny nie wierzyła, że mu się uda.

Nawierzchnia pod nią jęknęła, zadrżała i Jenny uświadomiła sobie, że sama też leży na zdradliwym gruncie. Zaczęła się podnosić. Beton pod nią pękł z hukiem.

21

Lucyfer

Cienie na ścianach jaskini zmieniały się bezustannie – podobnie jak to, co je rzucało. W dziwnym jak światło księżyca blasku benzynowej lampy stwór wyglądał jak kolumna gęstego dymu; wił się bezkształtny, mroczny jak krew.

Chociaż Kale chciał wierzyć, że to tylko dym, nie łudził się. Ektoplazma. Ot co. Materia nie z tego świata, z której podobno składają się demony, zjawy i duchy.

Kale nigdy nie wierzył w duchy. Pojęcie życia po śmierci to szczudło dla słabeuszy, nie dla Fletchera Kale'a. Ale teraz…

Gene Terr siedział na ziemi, wpatrywał się w widziadło. Złoty kolczyk błyszczał.

Kale stał plecami do zimnej wapiennej ściany. Czuł się jakby wsysany przez skałę.

Ohydny siarkowy smród nadal wisiał w wilgotnym powietrzu.

Na lewo od Kale'a jakiś człowiek wyszedł z pierwszego pokoju podziemnej kryjówki. Nie, nie człowiek. Jeden z sobowtórów Jake'a Johnsona. Ten, który nazwał go dzieciobójcą.

Kale wydał cichy, pełen rozpaczy bełkot.

To była demoniczna wersja Johnsona, ta z czaszką w połowie odartą ze skóry. Jedno mokre, pozbawione powieki oko wyzierało z kościstego oczodołu, wpatrując się złowrogo w Kale'a. Potem demon odwrócił się ku śluzowatej potworności. Podszedł do kolumny kotłującego się śluzu, rozłożył ramiona, objął żelatynowate ciało i po prostu roztopił się w nim.

Kale patrzył i nie pojmował.

Wszedł następny Jake Johnson. Temu brakowało ciała z boku. Za obnażoną klatką piersiową dygotało okrwawione serce, szerzyły się płuca; a jednak w jakiś sposób organy te nie wylewały się ze szpar między żebrami. Ale wystarczyło powąchać tej siarki, zapachu Szatana, aby uwierzyć, że było to widziadło, postać zrodzona w czeluściach piekieł – i dlatego wszystko było możliwe.

Kale teraz uwierzył.

Musiał uwierzyć, żeby nie oszaleć.

1 ... 87 88 89 90 91 92 93 94 95 ... 100
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)