Odwieczny Wróg
- Автор: Кунц Дин Рэй
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Odwieczny Wróg». Краткое содержание книги:
Wyłączyła się.
– Pięć, sześć godzin. Teraz wydaje się to tak długo… – westchnęła Jenny.
– Wieczność – powiedziała Sara.
Widać było, że wszyscy są ciekawi jej planu, ale wiedzieli: nie wolno o niego pytać. Jednak nawet w ich milczeniu Sara odczuła optymizm.
Tylko nie róbcie sobie zbyt dużych nadziei, pomyślała z niepokojem.
Możliwe, że jej plan się nie powiedzie. W istocie mało mieli szans. A jeśli plan zawiedzie, zmiennokształt dowie się, co zamierzali, i zgładzi ich w wyjątkowo brutalny sposób.
Wstawał brzask.
Mgła traciła swój blady poblask. Teraz oślepiała najczystszą bielą płynącą z rozbitych promieni porannego słońca.
19
Fletcher Kale obudził się w sam czas, żeby zobaczyć pierwszą jasność poranka.
Las nadal krył się w mroku. Światło dnia mlecznobiałymi grotami spadało tu i ówdzie przez dziury w zielonej kopule gęsto splątanych koron mamucich drzew. Brzask był rozmyty mgłą, przytłumiony, widoczność słaba.
Kale noc spędził w dżipie Jake'a Johnsona. Teraz wysiadł z wozu, stał obok, słuchał lasu, sprężony, wyczulony na odgłos pogoni.
Ostatniej nocy, kilka minut po jedenastej, kiedy Kale jechał w górę Mount Larson Road, zdążając do sekretnej kryjówki Jake'a Johnsona, i skręcił w pozbawioną twardej nawierzchni przecinkę przeciwpożarową na dzikim stoku Śnieżnej Góry – wpakował się w kłopoty. W odległości dwudziestu stóp reflektory wozu oświetliły znak umieszczony po obu stronach drogi; duże czerwone litery na białym tłe wołały: STREFA KWARANTANNY. Jadąc za szybko, minął zakręt i znalazł się tuż przed policyjną blokadą. Wóz patrolowy policji okręgowej stał w poprzek jezdni. Dwóch zastępców zaczęło wysiadać z samochodu.
Przypomniało mu się, że słyszał coś w radiu o strefie kwarantanny, w rejonie Snowfield, ale uznał wtedy, że dotyczy to jedynie drugiej strony góry. Wcisnął hamulec, żałując, że raz przynajmniej nie słuchał dokładniej wiadomości.
Rozesłano za nim list gończy. Ci mężczyźni rozpoznają go i w ciągu godziny wróci za kraty.
Zaskoczenie ich było jego jedyną nadzieją. Nie spodziewają się kłopotów. Trzymać straż na rogatce strefy kwarantanny to łatwe, usypiające zajęcie.
Karabin HK 91 leżał obok na siedzeniu, przykryty kocem. Złapał broń, wyskoczył z dżipa i otworzył ogień do gliniarzy. Półautomat zaszczekał i zastępcy zatańczyli krótki, spazmatyczny taniec śmierci. Widmowe figury we mgle.
Przetoczył trupy do rowu, zjechał wozem patrolowym z drogi na bok. Wsiadł do dżipa i minął rogatkę. Zawrócił pieszo, wstawił wóz na stare miejsce, tak żeby wyglądało, iż zabójca gliniarzy nie kontynuował drogi w góry.
Jechał trzy mile wyboistą przecinką, aż trafił na jeszcze bardziej nierówną, zarośniętą drogę. O milę dalej, na końcu drogi zaparkował dżipa w tunelu zarośli i wysiadł.
Oprócz HK 91 dźwigał wór innej broni ze skrytki Johnsona i 63 440 $, rozłożone w siedmiu zapinanych na zamki błyskawiczne kieszeniach myśliwskiej kurtki. Poza tym miał tylko latarkę. I tylko to było mu naprawdę potrzebne, gdyż wapienne jaskinie będą dobrze zaopatrzone.
Ostatnie ćwierć mili miał przebyć pieszo i zamierzał dokończyć podróży od razu, ale szybko się okazało, że nawet z latarką trudno było zorientować się w lesie nocą i we mgle. Mógł się zgubić. Raz zszedłszy ze szlaku w tych dzikich ostępach, mógł krążyć o kilka jardów od miejsca przeznaczenia, żeby nigdy się nie dowiedzieć, jak blisko znajdowało się wybawienie. Po kilku zaledwie krokach Kale zawrócił do dżipa i czekał na światło dnia.
Nawet jeśli odnajdą do rana trupy policjantów i gliny wykombinują, że zabójca poszedł w góry, nie rozpoczną obławy przed świtem. Nim dotrą tu jutro, on wygodnie ukryje się w jaskiniach.
Spał na przednim siedzeniu dżipa. Nie był to hotel, ale przecież wygodniej niż w więzieniu.
Teraz, stojąc obok dżipa w skąpych promieniach wczesnego ranka, nasłuchiwał odgłosów obławy. Nie usłyszał nic. Tego właśnie się spodziewał. Nie było mu przeznaczone zgnić w więzieniu. Czekała go jasna przyszłość. Był tego pewien.
Ziewnął, przeciągnął się i wysikał przy pniu wielkiej sosny.
Trzydzieści minut później, kiedy pokazało się więcej światła, ruszył ścieżką, której nie mógł znaleźć w nocy. I zobaczył coś, czego nie zauważył oczywiście w ciemności: zarośla były dokładnie zdeptane. Niedawno przeszli tędy ludzie.
Ruszył dalej ostrożnie, ściskając HK 91 w prawej ręce, gotów zdmuchnąć każdego, kto spróbowałby go zaatakować.
Nie minęło pół godziny, a wyszedł spomiędzy drzew na polanę przy chacie – i zobaczył, dlaczego ścieżka była zadeptana. Osiem motocykli stało przy ścianie; wielkie harleye, wszystkie z jarzącymi się f napisami: CHROMOWY DEMON.
Banda wyrzutków Gene'a Terra. Nie wszyscy. Wyglądało na to, że połowa.
Kale ukląkł i oparł broń o wybrzuszenie wapienia i z uwagą spoglądał na otuloną mgłą chatę. W pobliżu nie było nikogo. Spokojnie sięgnął do torby, wyjął świeży magazynek do HK 91, wymienił częściowo wystrzelony.
Jak Terr i jego zdeprawowani koleżkowie dostali się tutaj? Wyprawa w góry jednośladem była bardzo trudnym, dziko niebezpiecznym, wykańczającym nerwowo motokrosem. Oczywiście, te zwariowane dranie kochały niebezpieczeństwo.
Ale co, do diabła, tu robili? Jak znaleźli chatę? Po co tu zjechali?
Nasłuchując jakiegoś głosu, jakiejś wskazówki, gdzie mogą być intruzi i co zamierzają, Kale uświadomił sobie, że nie słyszy żadnych odgłosów zwierząt ani owadów. Żadnych ptaków. Absolutnie nic. Dziwne.
Nagle usłyszał za sobą szelest. Łagodny dźwięk. Ale w dziewiczej ciszy zabrzmiał jak wystrzał armatni.
Kale do tej chwili klęczał. Z kocią zręcznością upadł na bok, przetoczył się na plecy, uniósł karabin.
Był gotów do zabijania, ale nie był przygotowany na to, co zobaczył. Około dwudziestu jardów dalej, spomiędzy drzew i mgły wyłaniał się Jake Johnson. Nagi. Kompletny gołodupiec.
Znowu szelest. Na lewo od Johnsona. Dalej, wśród drzew.
Kale obrócił błyskawicznie głowę, przesunął karabin w tym kierunku.
Następny mężczyzna wyszedł spomiędzy drzew poprzez mgłę. Wysoka trawa gładziła mu gołe nogi. Był również nagi. Uśmiechał się szeroko.
Kale spoglądał to na jednego, to na drugiego, zdumiony i ogłupiały. Byli tak doskonale podobni jak bliźniacy jednojajowi.
Ale Jake był jedynakiem – czy nie? Kale w życiu nie słyszał o jakimś bliźniaku.
Trzecia postać wychyliła się z cieni spod rozłożystych konarów świerka. To był również Jake Johnson.
Kale'owi zabrakło powietrza w płucach.
Może była minimalna możliwość, że Kale miał brata bliźniaka, ale za cholerę nie pochodził z trojaczków.
Coś było strasznie nie w porządku. Nagle nie tylko nieprawdopodobne trojaczki przeraziły Kale'a. Nagle wszystko zrobiło się groźne: las, mgła, kamienne kontury górskiego zbocza…
Trójka sobowtórów szła z wolna w górę zbocza, na którym leżał rozciągnięty Kale. Zbliżali się z różnych kierunków. Ich oczy były dziwne, ich usta okrutne.
Kale zerwał się na równe nogi. Serce waliło mu mocno.
– Stać! Ani kroku!
Ale nie zatrzymali się, choć dzierżył karabin szturmowy.
– Kim jesteście? Skąd? Co to ma znaczyć?
Nie odpowiedzieli. Szli nadal. Jak zombie.
Złapał za worek pełen broni, cofnął się szybko i niezdarnie przed koszmarnym trio.
Nie. To przestało być trio. Kwartet. Niżej na stoku czwarty Jake Johnson wyłonił się spomiędzy drzew, golusieńki jak reszta.
Strach Kale'a graniczył teraz z paniką.