Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Триллеры » Odwieczny Wróg
Odwieczny Wróg - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Odwieczny Wróg

Электронная книга - «Odwieczny Wróg». Краткое содержание книги:

Wydaje się rzeczą niemożliwą, by wszyscy mieszkańcy spokojnego kalifornijskiego miasteczka zniknęli niemal w jednej sekundzie podczas wykonywania codziennych zajęć. A jednak kiedy pewnego wrześniowego wieczoru Jenny Paige i jej młodsza siostra przyjeżdżają do Snowfield, w tej dopiero co tętniącej życiem miejscowości nie ma nikogo. Właściwie należałoby powiedzieć: nie ma żywego człowieka, bo oprócz nielicznych ludzkich zwłok, na których trudno dopatrzyć się śladów gwałtownej śmierci, jest tu ktoś jeszcze – niewidzialny, mądry i okrutny, rozkoszujący się własną potęgą. Odwieczny wróg ludzkości, pragnący dla niej tylko śmierci i zatracenia…
1 ... 88 89 90 91 92 93 94 95 96 ... 100
Перейти на страницу:

Sobowtóry wkraczały jeden po drugim, spoglądały na Kale'a, a potem wchłaniał je płynny, falujący śluz.

Latarnia Colemana wydawała cichy, nieprzerwany syk.

Galaretowate ciało przybysza nie-z-tego-świata zaczęło rozwijać czarne, straszne skrzydła.

Syk latarni odbijał się od kamiennych ścian.

Na wpół sformowane skrzydła zwinęły się w kolumnę śluzu, z której wykwitły. Zaczęły się formować owadzie członki.

W końcu Gene Terr odezwał się. Gdyby nie żywe spojrzenie, można by powiedzieć, że był w transie.

– Wpadamy tu, ja i kilku kumpli dwa, trzy razy w roku. Chwytasz? Tu jest… idealny teren na ubaw “zjeb i skończ". Nikt nic nie słyszy. Nikt nic nie widzi? Kapujesz?

Jeeter oderwał wzrok od potwora i spojrzał na Kale'a.

– Co to jest, do cholery, ubaw “zjeb i skończ"? – spytał Kale.

– Och, co parę miesięcy, czasem częściej, jakaś dupencja się pokazuje i chce dobić do Chroma, chce się załapać na czyjąś żonkę, wiesz, wisi jej na czyją, albo jest gotowa dać każdemu, kto chce zmienić szparę. Chwytasz? – Jeeter siedział ze skrzyżowanymi nogami w pozycji lotosu. Ręce trzymał nieruchomo na kolanach. Wyglądał jak zły Budda. – Czasem któryś rozgląda się za generalną podmianką albo dupencja naprawdę jest niezła i robimy jej miejsce. Ale nieczęsto. Przeważnie każemy jej wysuwać.

Owadzie nogi spłynęły z powrotem w oślizłą kolumnę błota. Zaczęło się formować wiele rąk, palce otwierały się jak płatki dziwnych kwiatów.

– Od czasu do czasu się pokazuje klasa dupencja, ale nam jej nie trza, a mamy chęć się zabawić. Albo widzimy dzieciaka, co nawiał z chaty, wiesz, słodka szesnastka, jakaś stopowiczka się nadarzy i bierzemy ją, chce czy nie. Dajemy jej trawy albo dżoju, żeby się rozkręciła, i wieziemy tu, daleko, i się bierzemy za dupczenie, aż jej się mózg puszcza uszami. Kilka dni pod rząd posuwamy ją do upadu, aż nikomu nie staje i kończymy ją na naprawdę ciekawe sposoby.

Demoniczna istota znów się zmieniła. Bogactwo rąk odpłynęło. Wzdłuż ciemnej kolumny pojawiła się masa ust, pełnych kłów ostrych jak brzytwa.

Gene Terr spojrzał na ostatnie wcielenie, ale nie wyglądał na przestraszonego. Prawdę mówiąc Gene Terr uśmiechał się.

– Kończycie je? – spytał Kale. – Zabijacie?

– No – powiedział Jeeter. – Na naprawdę ciekawe sposoby. I zakopujemy. Kto kiedy znajdzie trupy w takiej pustce? To nam daje kopa. Napęd. Aż do niedzieli. W niedzielę po południu się było na trawce obok chaty, piliśmy i obrabialiśmy na spółę dupencję i ni z gruchy, ni z pietruchy Jake Johnson wyłazi z lasu z gołym tyłkiem, jakby też chciał posunąć sukę. Sobie myślę, dobra, skończymy go po dziewczynie, się pozbędziemy świadka, wiesz, ale zanim zdążyliśmy go dopaść, następny Jake wyłazi z lasu, potem trzeci…

– To samo było ze mną – powiedział Kale.

– …i następny, i następny. Strzelamy do nich, walimy prosto w klatę, w mordę, ale nie padają, nie stają nawet, tylko następują. No to Mały Willie, jeden z moich najlepszych ludzi, wychodzi na najbliższego z kosą, ale się nie robi nic dobrego. Ten Johnson łapie Williego, Willie się nie może wyrwać i nagle… no… nagle Johnson przestaje być w ogóle Johnson. Zamiast niego jest coś, cholerne coś, bez żadnego kształtu. Coś wsuwa Williego… wsuwa go jak… no, do cholery, jakoś rozpuszcza Williego, człowieku. I rośnie, i się zmienia w najdzikszego, wielkiego, cholernego wilka…

– Jezu – wtrącił Kale.

– …największego wilka, jakiegoś widział, a potem drugi Jake zmienia się w inne coś, jakby w wielkiego jaszczura z najokropniejszymi szczękami, ale jeden z nich to nie jaszczur ani wilk, ale coś, czego po prostu się opisać nie da – i wszyscy idą na nas. Nie możemy się dostać do motorów, bo te cosie wparowały między nas a maszyny, więc zabijają kilku moich ludzi, a potem zaczynają zaganiać nas w górę wzgórza.

– Do jaskiń – wtrącił znów Kale. – Jak i mnie.

– Nie wiedzieliśmy w ogóle o tych jaskiniach – powiedział Terr. – Więc wpadamy tu po pachy w ciemność i to coś ciągnie dalej zabijanie, człowieku, zabija nas po ciemku…

Pełne kłów usta znikły.

– …i słyszę te wszystkie wrzaski, chwytasz, i nie wiem, gdzie jestem, więc się wczołguję w kąt, żeby się skryć, liczę, że mnie nie wyniucha, choć kojarzyłem, że jak zechce, to i tak wyniucha.

Tkanka pokryta krwawymi smugami pulsowała, falowała.

– …i po jakimś czasie koniec wrzasku. Każdy trup. Jest naprawdę cicho… i wtedy słyszę, że się coś blisko mnie rusza.

Kale słuchał Terra, ale wpatrywał się w kolumnę śluzu. Pojawił się na niej inny rodzaj ust: ssawki, jakie widuje się u egzotycznych ryb. Wciągały łakomie powietrze, jakby szukając ciała.

Kale zadrżał. Terr uśmiechnął się.

Kolejne ssawki pojawiły się na całym stworze.

– No i siedzę tu po ciemku – mówił dalej uśmiechnięty Terr – i słyszę ruch, ale nic się na mnie nie rzuca. Zamiast tego się robi jasno. Najpierw trochę, potem bardziej. To jeden z Jake'ów zapalił colemana. Mówi, żebym z nim szedł. Ja nie chcę. Łapie mnie za ramię, a rękę ma zimną, człowieku. Silną. Nie puszcza, zmusza, żebym szedł, kurde, za nim, a tu to coś wyłazi z ziemi. W życiu czegoś takiego nie widziałem, nigdy, nigdzie. Mało się nie zerżnąłem w gacie. Każe mi siąść, zostawia mi latarnię, podchodzi do tego cieknącego syfa i się łączy z nim, zostawia mnie z tym. A ono od razu zaczyna się zmieniać ile wlezie.

Kale patrzył: usta jak ssawki znikły. Groźnie zakończone rogi uformowały się wzdłuż kłębiących się boków potwora; mnóstwo zagiętych i prostych rogów, o różnych powierzchniach i kolorach wyłaniało się z żelatynowatej masy.

– I tak minęło półtora dnia – mówił Terr – siedzę tu sobie, patrzę na to, chyba że sobie przysnę albo przejdę po coś do żarcia. Od czasu do czasu ono do mnie zagaduje, wiesz. Wie chyba wszystko, co można o mnie wiedzieć, takie sprawy, o których tylko moi najbliżsi bracia z Chromu wiedzieli. Wie o wszystkich pochowanych trupach i wie o skurwielach Mex, cośmy ich skończyli, jakżeśmy od nich przejęli interes z narkotykami, i wie o gliniarzu, któregośmy porąbali dwa lata temu, chociaż, rozumiesz, inni gliniarze nawet nie podejrzewają, że mamy z tym coś wspólnego. To coś, to dziwne, piękne coś, zna wszystkie moje największe sekrety, człowieku. A jak czegoś nie wie, to się pyta i umie posłuchać. Pochwala mnie, człowieku. Nigdy nie myślałem, że naprawdę to poznam. Zawsze tego pragnąłem, ale żem się nigdy nie spodziewał. Czciłem to od lat, człowieku, i cała banda robiła te czarne msze raz na tydzień, ale nigdy nie sądziłem, że naprawdę mi się pokaże. Składaliśmy mu ofiary, nawet ludzkie ofiary, śpiewaliśmy jakie trzeba zaklęcia, ale nigdy do niczego nie doszliśmy. No i jest cud. – Jeeter zaśmiał się. – Szedłem jego drogą całe życie, człowieku. Się modliłem całe życie, modliłem do Bestii. Teraz jest. Cud jebany.

Kale nie chciał zrozumieć.

– Zgubiłem się. Nie chwytam. Terr spojrzał na niego.

– Nie, nie, chwytasz. Wiesz o czym mówię, człowieku. T y wiesz. Kale nie odezwał się.

– Myślałeś, że to musi być demon, coś z piekła. I jest z piekła, człowieku. Ale to nie demon. To O n. O n. Lucyfer.

Wśród wielu ostro zakończonych rogów otworzyły się małe, czerwone oczy. Mnóstwo przeszywających, czerwonych oczu płonęło szkarłatem, nienawiścią i wiedzą zła.

Terr skinął na Kale'a, żeby podszedł bliżej.

– Dał mi pociągnąć dalej, bo wie, że jestem jego wiernym uczniem.

Kale nie ruszył się. Serce wyskakiwało mu z piersi. To nie strach napędzał mu adrenalinę. Nie tylko strach. Wstrząsało nim inne uczucie, opanowywało całego. Uczucie, którego nie potrafił do końca określić…

1 ... 88 89 90 91 92 93 94 95 96 ... 100
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)