Odwieczny Wróg
- Автор: Кунц Дин Рэй
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Odwieczny Wróg». Краткое содержание книги:
Sara podniosła jeden z napełnianych pod ciśnieniem cylindrów. Ważył swoje: zawierał ten sam płyn co dwa dodatkowe, niebieskie kanistry.
Helikopter znikł po zachodniej stronie nieba.
– Saro, czy to wszystko, o co pani prosiła? – spytała Lisa.
– To wszystko, czego potrzebujemy – powiedziała wykrętnie Sara.
Rozejrzała się w koło nerwowo, jakby w obawie, że zmiennokształt rzuci się na nich. Ale nie było po nim śladu.
– Bryce, Tal, gdybyście mogli wziąć te dwa cylindry…
Szeryf i jego zastępca złapali za oba zestawy, wsunęli ramiona w szelki, zapięli pasy na piersiach, poprawili najlepiej jak się dało ładunek na ramionach.
Nie trzeba było słów, aby obaj mężczyźni jasno zrozumieli, że cylindry zawierają broń, która może zniszczyć wroga. Sara wiedziała, że zżera ich ciekawość i była pełna podziwu, że nie zadają pytań.
Sama zamierzała używać trzeciego spryskiwacza, ale okazał się znacznie cięższy, niż się spodziewała. Wysiliwszy się, mogła go unieść, ale nie była w stanie nim manewrować. A podczas następnych kilku godzin przeżycie będzie zależało od szybkości i zręczności.
Ktoś inny musi używać trzeciego urządzenia. Nie Lisa: nie była większa od Sary. Nie Flyte: miał reumatyzm w dłoniach, na co skarżył się w nocy, i wyglądał na wątłego. Pozostawała Jenny. Była tylko dwa czy trzy cale wyższa od Sary, tylko piętnaście czy dwadzieścia funtów cięższa, ale chyba w znakomitej kondycji fizycznej. Prawie na pewno zdoła manewrować spryskiwaczem.
Flyte protestował, ale gdy spróbował podnieść urządzenie, ustąpił.
– Chyba jestem starszy, niż myślałem – powiedział z rozgoryczeniem.
Jenny przyznała, że jest najodpowiedniejszą osobą, i Sara pomogła jej założyć szelki. Byli gotowi do bitwy.
Zmiennokształt nadal nie dawał znaku życia.
Sara otarła pot z czoła.
– W porządku. W momencie w którym ono się pokaże, pryskajcie tym płynem. Nie marnujcie ani chwili. Pryskajcie do oporu, cofając się jednocześnie, ile się da. Starajcie się wyciągnąć jak najwięcej tego z ukrycia i pryskajcie, pryskajcie, pryskajcie.
– To jakiś rodzaj kwasu, czy co? – spytał Bryce.
– To nie kwas – powiedziała Sara. – Choć skutkuje bardzo podobnie, jeśli w ogóle poskutkuje.
– Więc jeśli to nie kwas – spytał Tal – to co?
– Wyjątkowy, bardzo wyspecjalizowany organizm.
– Zarazki? – Oczy Jenny były rozszerzone ze zdumienia.
– Tak. Są zanurzone w pożywce stymulującej błyskawiczne rozmnażanie.
– Zmiennokształt zachoruje od tego? – spytała Lisa, marszcząc brwi.
– Modlę się o to gorąco – szepnęła Sara.
Nic się nie poruszyło. Nic. Ale coś było w pobliżu i prawdopodobnie nasłuchiwało. Uszami kota. Uszami lisa. Bardzo wrażliwymi niezwykłymi uszami własnego projektu.
– Jeśli ono zachoruje, to będziemy mogli mówić o wielkim szczęściu – ciągnęła Sara. – Bo chyba tylko choroba może je zabić.
Ale teraz to ich życie znalazło się znów w niebezpieczeństwie, gdyż ono już wiedziało, że wyprowadzili je w pole.
– Ale natura odwiecznego wroga różni się tak gruntownie od natury ludzi i zwierząt… – Flyte potrząsnął głową. – Choroby niebezpieczne dla innych gatunków, na niego w ogóle nie podziałają.
– Zgadza się – powiedziała Sara. – Ale ten mikrob nie wywołuje zwykłej choroby. Tak faktycznie to on w ogóle nie wywołuje choroby.
Otoczone górami Snowfield wyglądało jak pocztówkowy rysunek.
Rozglądając się niespokojnie, czujna na byle ruch Sara opowiedziała im o Anandzie Chakrabartym i jego odkryciu.
W 1972 roku, w imieniu doktora Chakrabarty'ego, jego pracodawca – General Electric Corporation – złożył wniosek o pierwszy w świecie patent na bakterię stworzoną przez człowieka. Używając skomplikowanej techniki fuzji tkanek, Chakrabarty stworzył mikroorganizm, który żywił się nierafinowaną ropą, trawił ją i w wyniku tego zmieniał jego węglowodorowe składniki.
Bakteria Chakrabarty'ego służyła przynajmniej jednemu oczywistemu celowi: mogła oczyszczać morza z wylewów ropy. Bakteria dosłownie zjadała plamy ropy, likwidując zagrożenie dla otoczenia.
Po licznych gwałtownych sporach sądowych, wszczętych z wielu stron, General Electric wygrał prawo do opatentowania odkrycia Chakrabarty'ego. W czerwcu 1980 roku Sąd Najwyższy wydał precedensową decyzję, iż odkrycie Chakrabarty'ego “nie jest dziełem natury, lecz jego własnym; w związku z czym stanowi przedmiot prawa patentowego".
– Oczywiście – powiedziała Jenny – czytałam o tej sprawie. To była wielka sensacja – człowiek konkurujący z Bogiem, i te rzeczy.
– Na początku GE nie zamierzał wypuszczać tej bakterii na rynek – mówiła Sara. – Był to wątły organizm, niezdolny do przeżycia poza ściśle kontrolowanymi warunkami laboratoryjnymi. GE zgłosił wniosek patentowy, aby zbadać sytuację prawną, stworzyć pewien status, precedens, zanim inne eksperymenty inżynierii genetycznej przyniosą bardziej użyteczne i wartościowe odkrycia. Ale po decyzji sądu inni naukowcy spędzili kilka lat na pracy nad tym organizmem i mają teraz wytrzymalszy szczep, żyjący poza laboratorium dwanaście do osiemnastu godzin. Znalazł się na rynku pod nazwą handlową biosan-4 i został z powodzeniem użyty do oczyszczania wylewów ropy na całym świecie.
– I to właśnie jest w tych cylindrach? – spytał Bryce.
– Tak, biosan-4 w płynnym roztworze.
Miasto przypominało cmentarz. Słońce świeciło z lazurowego nieba, ale powietrze było lodowate. Mimo niesamowitej ciszy Sara miała niezachwiane przekonanie, że o n o się zbliża. Słyszało wszystko i jest bardzo, bardzo blisko.
Inni też to czuli. Rozglądali się niespokojnie.
– Pamiętacie, co odkryliśmy przy badaniu tkanki zmiennokształtu?
– Masz na myśli wysoką zawartość węglowodorów? – spytała Jenny.
– Tak. Ale nie tylko węglowodory. Wszystkie związki węgla. Wszędzie bardzo duże ilości węgla.
– Mówiła nam pani, że to coś jak petrolatum – powiedział Tal.
– Nie mówiłam, że jest takie samo. Podobne. Mamy tu do czynienia z żywą tkanką, różną od ludzkiej, ale złożoną i ożywioną… Więc, chodzi mi o to, że tkanka tego stwora przypomina organicznego, metabolicznie aktywnego kuzyna petrolatum. Mam nadzieję, że bakteria Chakrabarty'ego…
Coś się zbliża…
– Liczysz na to, że bakteria weżre się w zmiennokształt tak samo jak wżerała w plamy ropy. Coś… coś…
– Tak – nerwowo odpowiedziała Sara. – Mam nadzieję, że bakteria zaatakuje węgiel i zniszczy tkankę. Lub przynajmniej zakłóci na tyle delikatną chemiczną równowagę, żeby…
Zbliża się…zbliża się…
– …uhm, zdestabilizować cały organizm – skończyła Sara. Czuła, jak niebezpieczeństwo rośnie z każdą chwilą.
– Czy to nasza jedyna szansa? Naprawdę?
– Chyba tak.
Gdzie ono jest? Skąd nadchodzi? – zastanawiała się Sara, wodząc wzrokiem po opustoszałych budynkach, pustej ulicy, nieruchomych drzewach.
– Wydaje mi się strasznie wątła – rzekł powątpiewająco Flyte.
– Bo i jest wątła – powiedziała Sara. – To cień szansy, ale tylko to nam pozostało.
Hałas. Szarpiący nerwy, jeżący włos na głowie syk.
Zamarli. Czekali.
Ale miasto na powrót otuliło się peleryną ciszy.
Poranne słońce ostro odbijało się w niektórych oknach i lśniło na wygiętych kloszach latarni. Czarne dachówki domów wyglądały, jakby wypolerowano je przez noc. Ostatki, mgły osiadły na gładkich płaszczyznach wilgotnym połyskiem.