Odwieczny Wróg
- Автор: Кунц Дин Рэй
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Odwieczny Wróg». Краткое содержание книги:
Nic się nie poruszyło. Nic się nie działo. Dźwięk się nie powtórzył.
Niepokój przesłonił twarz Bryce'a Hammonda.
– Ten biosan… mam nadzieję, że jest nieszkodliwy dla ludzi.
– Całkowicie nieszkodliwy – zapewniła go Sara. Znów hałas. Krótkotrwały. Cisza.
– Coś się zbliża – powiedziała cicho Lisa. Boże, dopomóż, pomyślała Sara.
– Coś się zbliża – powiedziała cicho Lisa i Bryce poczuł to również. Wrażenie nadciągającej grozy. Zgęstnienie i chłód powietrza. W spokój miasta wkradł się element drapieżności. Rzeczywistość? Wyobraźnia? Nie był pewien. Wiedział tylko, że to czuje.
Hałas rozległ się znowu. Nie na moment. Trwał. Bryce się skrzywił. Dźwięk rozdzierał uszy. Bzyczenie. Pisk. Odgłos wiertarki, ale Bryce wiedział, że to nic tak nieszkodliwego i powszedniego jak wiertarka.
Owady. Chłód, metaliczność dźwięku – to skojarzyło mu się z owadami. Pszczoły. Tak, było to zwielokrotnione bzyczenie i wizg szerszeni.
– Trójka nie uzbrojona w spryskiwacze, do środka!
– No, otoczymy was i choć trochę osłonimy – powiedział Tal.
Cholernie małe “trochę", jeśli biosan nie zadziała, pomyślał Bryce.
Dziwny hałas wzrósł.
Monstrum pojawiło się na niebie w dole ulicy, w pobliżu cukierni. Prześliznęło się nad dachami budynków, na kilka sekund zawisło nad Skyline Road. Osa. Fantom rozmiarów niemieckiego owczarka. Nic podobnego nie żyło w ciągu dziesiątków milionów lat, które przeżył zmiennokształt. To na pewno stworzyła jego zła, koszmarna wyobraźnia. Sześciostopowe skrzydła tłukły wściekle powietrze, mieniąc się kolorami tęczy. Złożone czarne oczy tkwiły ukośnie w wąskiej, spłaszczonej, wstrętnej głowie. Cztery nogi, zakończone szczypcami, dygotały. Podwinięty, segmentowy, mle-cznobiały odwłok zakończony był czterostopowym żądłem, ostrym jak igła.
Bryce poczuł, jak wnętrzności zamieniają mu się w lodowatą wodę.
Osa runęła do ataku.
Osa mknęła ku nim. Jenny krzyknęła rozdzierająco, ale uniosła dyszę spryskiwacza i nacisnęła dźwignię zwalniającą zawartość. Mlecz-nobiała, rozszerzająca się stożkowato mgła rozsnuła się na długość sześciu stóp.
Osa znajdowała się o dwadzieścia stóp dalej. Nadciągała szybko.
Jenny wcisnęła dźwignię do oporu. Mgła zamieniła się w strumień sięgający piętnastu, szesnastu stóp.
Bryce wypuścił strumień ze swojego spryskiwacza. Dwie smugi biosanu skrzyżowały się, wyrównały tor, nakierowane na wspólny cel. Płynęły w powietrzu.
Osa weszła w zasięg płynu. Strumień pod wysokim ciśnieniem uderzył, zaćmił tęczowe kolory skrzydeł, skąpał segmenty odwłoku.
Owad zatrzymał się gwałtownie, zawahał, opadł, jakby nie mogąc utrzymać wysokości. Wisiał w powietrzu. Został powstrzymany, ale nadal patrzył na nich wypełnionymi nienawiścią oczami.
Jenny poczuła przypływ ulgi i nadziei.
– Działa! – zawołała Lisa.
W tejże chwili osa wznowiła atak.
Tal już myślał, że niebezpieczeństwo minęło, kiedy osa wznowiła atak. Leciała wolniej poprzez mgłę biosanu-4, ale nadal leciała.
– Padnij! – krzyknął Bryce.
Przykucnęli i osa śmignęła nad nimi. Mleczny płyn kapał na nich z groteskowych nóg i czubka żądła.
Tal podniósł się, żeby strzyknąć na owada długą strugą.
Zawróciła, ale zanim zdołał ją postrzelić, opadła, zatrzepotała dziko i grzmotnęła o jezdnię. Przewróciła się, bzyczała gniewnie. Usiłowała się podnieść. Nie mogła. Zaczęła się przemieniać.
Osa przemieniała się.
Timothy Flyte zbliżał się do osy razem z innymi i patrzył, jak rozpływa się w bezkształtną masę protoplazmy. Zaczęły wykształcać się tylne nogi psa. I pysk. Z kształu mordy sądząc, chyba doberman. Otwierało się oko. Ale zmiennokształt nie był już w stanie dokończyć transformacji: psie rysy znikały. Amorficzna tkanka drżała, pulsując jak nigdy przedtem.
– Zdycha – powiedziała Lisa.
Timothy wpatrywał się, oszołomiony, w konwulsje dziwnego ciała. Oto ta odtąd nieśmiertelna istota zakosztowała smaku i grozy śmierci.
Na nieforemnej masie otwierały się owrzodzone rany, ciekł z nich rzadki, żółtawy płyn. Stworzenie rzucało się spazmatycznie. Wciąż nowe rany otwierały się z ohydną rozrzutnością. Zwyrodnienia wszelkich kształtów i rozmiarów, otwory o podłużnych, gwiaździstych i krągłych brzegach wyskakiwały na pulsującej powierzchni. A w końcu, tak jak mały plasterek tkanki na płytce Petriego, i ten fantom zdegenerował się w martwą kałużę cuchnącej, wodnistej mazi.
– Na Boga, udało się pani! – zakrzyknął Timothy, obracając się do Sary.
Macki. Trzy macki. Za nią.
Wyrosły ze spływu przy krawężniku, piętnaście stóp dalej. Każda grubości przegubu Timothy'ego. Szukające przyssawki już prześliznęły się po jezdni, o jard od Sary.
Timothy wrzasnął ostrzegawczo, ale spóźnił się.
Flyte wrzasnął i Jenny obróciła się. Ono znalazło się wśród nich.
Trzy macki uniosły się z ziemi z szokującą prędkością, falując złowrogo rzuciły się, opadły Sarę. W sekundzie jedna owinęła się wokół jej nóg, druga wokół talii, a trzecia wokół szczupłej szyi.
Chryste, jest za szybkie, za szybkie dla nas! – pomyślała obracając się Jenny i jednocześnie klnąc, nacisnęła dźwignię, plując biosanem-4 na Sarę i macki.
Bryce i Tal weszli do akcji ze swoimi spryskiwaczami, ale na wszystko było za późno.
Oczy Sary rozwarły się szerzej, rozchyliła usta w bezgłośnym krzyku. Została uniesiona w powietrze i…
Nie! – błagała Jenny.
…frunęła w tył i w przód jak lalka…
Nie!
…a głowa spadła jej z ramion, spadła na ulicę z twardym, mdlącym trzaskiem.
Powstrzymując wymioty, Jenny cofnęła się o krok.
Macki uniosły się na dwanaście stóp w powietrze. Dygotały, wiły się, spływały pianą, pękały w ranach. Bakterie niszczyły strukturę wiążącej amorficznej tkanki. Zgodnie z nadziejami Sary, biosan-4 oddziaływał na zmiennokształt prawie tak, jak kwas siarkowy na tkankę ludzką.
Tal przemknął obok Jenny prosto do trzech macek. Wrzasnęła, żeby się zatrzymał.
Co on wyrabia, na Boga?!
Tal biegł przez falujące cienie, rzucane przez macki, modląc się, aby go która nie dopadła. Kiedy dotarł do ścieku, z którego wychynął stwór, dojrzał, że trzy odroślą oddzielają się od głównej masy, dygocącej w kanale. Zmiennokształt pozbywał się zarażonej tkanki, aby bakterie nie mogły dotrzeć do głównej partii ciała. Tal wsadził dyszę spryskiwacza w kratkę ściekową i spuścił biosan-4 do kanału.
Macki oderwały się od reszty stwora. Podskakiwały i wiły się po ulicy. W głębi kanału śluz cofał się przed tryskającym strumieniem, pozostawił pieniący się kawał cielska, który rzucał się spazmatycznie i umierał.
Nawet diabła można zranić. Nawet Szatan jest podatny na cios.
Uniesiony radością, Tal wstrzyknął więcej płynu do kanału.
Amorficzna tkanka znikała, wczołgiwała się głębiej w podziemne przejścia, bez wątpienia porzucając kolejne partie samej siebie.
Tal obrócił się od kanału i zobaczył, że porzucone macki straciły kształt: teraz wyglądały jedynie jak długie, zasupłane liny ropiejącej tkanki. Podskakiwały bezładnie w wyraźnej męce i szybko zdegenero-wały w cuchnącą, martwą breję.
Spojrzał na kolejny otwór ściekowy przy cichym budynku, potem na niebo. Skąd przyjdzie następny atak?
Nagle jezdnia zakołysała się z hukiem. Flyte, stojący przed nim, padł na ziemię; okulary mu się roztrzaskały. Tal zatoczył się na bok, prawie nadepnął uczonego.