Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
- Автор: Буджолд Лоис Макмастер
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 3-7337-142-7
- Переводчик: Lukasz Praski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:
— Jestem głęboko przekonany, że Miles nie opuścił Obszaru Jacksona.
— Jak więc wyjaśni pan fakt znalezienia kriokomory w Hegen Hub?
— Nie wyjaśnię. Zapewne podsunięto nam fałszywy trop.
— Hm — rzekł enigmatycznie Illyan.
— I udało się — dodał okrutnie Mark.
Illyan zacisnął usta.
Dyplomacja, napomniał się w duchu Mark. Bez dyplomacji niczego nie uzyska.
— Panie kapitanie, mam świadomość, że dysponuje pan ograniczonymi środkami. Proszę więc skierować je tam, gdzie są potrzebne. Powinien pan wysłać wszystko, co ma pan pod ręką, do Obszaru Jacksona.
Sardoniczna mina Illyana mówiła wszystko. Ten człowiek kierował CesBezem niemal od trzydziestu lat. Sama dyplomacja na pewno by nie wystarczyła, żeby posłuchał rad Marka, jak ma wykonywać swoją pracę.
— Czego się pan dowiedział na temat kapitana Vorventy? — spróbował z innej beczki Mark.
— Krótkie i niezbyt groźne ogniwo. Jego młodszy brat był adiutantem mojego dowódcy operacji galaktycznych. Ci ludzie nie są nielojalni.
— I co… pan zrobił?
— W sprawie kapitana Edwina nic. Za późno. Informacja o Milesie zaczęła krążyć jako plotka wśród Vorów. Nie do zatuszowania. Młody Vorventa został przeniesiony i zdegradowany. Została po nim paskudna luka w moim dowództwie. Był naprawdę dobry. — Ton Illyana sugerował, że szef CesBezu wcale nie jest wdzięczny Markowi.
— Aha. — Mark zamilkł. — Vorventa podejrzewał, że zrobiłem coś księciu. Czy o tym też krążą plotki?
— Owszem.
Mark się skrzywił.
— Cóż, przynajmniej pan wie, że było inaczej. — Westchnął. Spojrzawszy w kamienną twarz Illyana, poczuł jednak przyprawiający o mdłości niepokój. — Zgadza się?
— Może tak. Może nie.
— Jak to nie? Ma pan przecież raporty medyczne!
— Mhm. Wszystko wskazuje na to, że do pęknięcia w sercu doszło w sposób naturalny. Ale pośrednia przyczyna mogła być sztuczna, jeśli na przykład użyto chirurgicznego ciągnika ręcznego. Późniejsze uszkodzenia serca mogłyby zamaskować ślady takiej interwencji.
Mark zadygotał w bezradnej wściekłości.
— Skomplikowana sztuczka — wykrztusił. — Wyjątkowo precyzyjna. Jak udałoby mi się sprawić, aby książę się nie ruszał i nie zauważył, co robię?
— To rzeczywiście znak zapytania w takim scenariuszu — zgodził się Illyan.
— I co zrobiłem z ciągnikiem ręcznym? Musiałbym też mieć jakiś skaner medyczny. W sumie dwa albo trzy kilo sprzętu.
— Porzucił pan w lesie. Albo w innym miejscu.
— Znalazł pan?
— Nie.
— A szukał?
— Tak.
Mark potarł mocno oczy, zacisnął i rozluźnił szczęki.
— A więc ma pan ludzi, żeby przeczesać kilka kilometrów kwadratowych lasu, szukając ciągnika ręcznego, którego tam nie ma, ale brakuje panu ludzi, żeby ich wysłać do Obszaru Jacksona na poszukiwanie Milesa, który na pewno tam jest. Rozumiem. — Nie. Musi panować nad emocjami, bo inaczej wszystko straci. Chciało mu się wyć. Miał ochotę uderzyć Illyana w twarz.
— Agent galaktyczny to wyszkolony specjalista wyposażony w rzadkie cechy osobowości — rzekł sztywno Illyan. — Poszukiwania znanych przedmiotów mogą prowadzić zwykli żołnierze, których jest znacznie więcej.
— Tak, przepraszam. — Wyrażał skruchę? Cele. Pamiętaj o swoich celach. Pomyślał o księżnej i głęboko odetchnął, aby się uspokoić. Potem jeszcze kilka razy nabrał powietrza.
— Nie byłem o tym przekonany — powiedział Illyan, obserwując jego twarz. — Po prostu miałem wątpliwości.
— Dziękuję i za to — odparł sucho Mark.
Siedział przez całą minutę, starając się zebrać rozbiegane myśli i skupić się na najlepszych argumentach.
— Proszę posłuchać — odezwał się wreszcie. — Marnuje pan swoje środki, a jednym z nich jestem ja. Niech mnie pan wyśle z powrotem do Obszaru Jacksona. Znam tamtejszą sytuację o wiele lepiej niż pańscy agenci. Przeszedłem szkolenie, wprawdzie usiłowano ze mnie zrobić zabójcę, ale jednak czegoś się nauczyłem. Wystarczyło, żebym kilka razy zgubił na Ziemi pańskich szpiegów! Żebym znalazł się tu, gdzie jestem. Znam Obszar Jacksona od podszewki, tam się przecież wychowałem. Nie będzie pan mi nawet musiał płacić! — Wstrzymał w oczekiwaniu oddech, przerażony własną odwagą. Wrócić? Przypomniał sobie strumień krwi. Dać Bharaputranom szansę, by się poprawili i tym razem wybrali właściwy cel?
Chłodna twarz Illyana nawet nie drgnęła.
— Pańskie dotychczasowe osiągnięcia w tajnych operacjach nie są zbyt imponujące, lordzie Marku.
— Nie jestem błyskotliwym dowódcą na polu walki. Nie jestem Milesem i chyba wszyscy już o tym wiedzą. Ilu spośród pańskich agentów dobrze sobie radzi w ogniu walki?
— Jeśli jest pan rzeczywiście tak niedoświadczony, jak się przekonaliśmy, to pański powrót na Jacksona oznaczałby tylko stratę. Przypuśćmy jednak, że jest pan sprytniejszy, niż się spodziewam. A te wszystkie harce to zwykła zasłona dymna. — Illyan potrafił też przemycić obelgi, ostre jak sztylet, które trafiały go prosto między żebra. — Przypuśćmy też, że dotrze pan do Milesa, zanim my to zrobimy. Co wtedy?
— Jak to — co wtedy?
— Jeżeli przekaże nam pan jego ciało, a ono będzie miało temperaturę pokojową, nada się tylko do pochowania, nie do reanimacji, jak nas pan przekona, że w takim stanie je pan odnalazł? A pan odziedziczy jego nazwisko, tytuł, majątek i jego przyszłość. Dla człowieka bez tożsamości kusząca perspektywa. Bardzo kusząca.
Mark ukrył twarz w dłoniach. Siedział załamany, rozczarowany i wściekły.
— Proszę posłuchać — powiedział przez palce. — Niech pan posłucha. Albo jestem człowiekiem, który według pańskiej teorii usiłował dokonać zamachu na Arala Vorkosigana i nie pozostawił żadnego śladu, albo nie. Nie może pan twierdzić, że nie można mnie wysłać, bo brak mi doświadczenia. Albo może pan twierdzić, że nie można mnie wysłać, bo nie jestem wiarygodny. Ale nie może pan wysuwać obu argumentów naraz. Niech się pan zdecyduje!
— Zaczekam na więcej dowodów. — Oczy Illyana przypominały dwa sople lodu.
— Przysięgam — szepnął Mark. — Nadmiar podejrzeń może nam bardziej zmącić w głowach niż nadmiar zaufania. — W jego przypadku tak właśnie było. Mark wyprostował się raptownie. — Niech mi więc pan poda fast — pentę.
Illyan uniósł brwi.
— Hę?
— Niech mi pan poda fast — pentę. Nigdy nie próbowaliście. Niech się pan uwolni od podejrzeń. — Według wszystkich relacji przesłuchania z użyciem tego serum prawdy bywały straszliwie upokarzającym doświadczeniem. Co z tego? Czym jest jeszcze jedno upokorzenie w jego życiu? Dobrze je znał.
— Marzyłem o tym, lordzie Marku — przyznał Illyan. — Ale pański, hm, pierwowzór w bardzo szczególny sposób reaguje na działanie fast — penty, a pan może cierpieć na tę samą przypadłość. To właściwie nie jest alergia, ale środek wywołuje u niego przerażającą hiperaktywność, Miles zaczyna bełkotać, ale niestety, nie zdradza ochoty mówienia prawdy. To na nic.
— To założenie, nie pewność. — Mark chwycił się tej nadziei. — Mój metabolizm znacznie odbiega od metabolizmu Milesa. Nie mógłby pan przynajmniej sprawdzić?
— Owszem — rzekł wolno Illyan. — Mógłbym. — Odsunął się od ściany i wyszedł z pokoiku, mówiąc: — Proszę kontynuować. Zaraz wrócę.
Mark wstał i zaczął nerwowo spacerować po klitce, dwa kroki w jedną, dwa w drugą stronę. Czuł jednocześnie lęk i entuzjazm. Na wspomnienie nieludzkiego chłodu oczu barona Bharaputry zalała go gorąca fala wściekłości. Jeśli chcesz coś znaleźć, szukaj tam, gdzie to straciłeś. On stracił wszystko w Obszarze Jacksona.