Wojna [Conventions of War - pl]
- Автор: Уильямс Уолтер Джон
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-7480-018-6
- Переводчик: Grazyna Grygiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wojna [Conventions of War - pl]». Краткое содержание книги:
— To Do-faq zdemoralizował Kangasa! — powiedział Tork. — To on, wcześniej zdemoralizowany przez Martineza, ćwiczył te innowacje! Dowódca Floty padł ofiarą niebezpiecznej mody!
— Flota Macierzysta miała przewagę liczebną — zauważył Pezzini. — Kangas tę przewagę zlekceważył. Gdy jego statki są w ten sposób rozdzielone, każdy walczy na własną rękę.
Chen zachowywał milczenie. Tę bitwę stoczono przed wieloma godzinami — powtarzał sobie w duchu.
Wrogie siły pędzące naprzeciw siebie szybko zmniejszały dystans. Pociski wyszukiwały się w przestrzeni między walczącymi eskadrami, tworząc puchnące obłoki gorącej plazmy i zakłóceń radiowych. Siły Naksydów zniknęły z displeju, skryte przed czujnikami pierścienia Antopone za wybuchem jakiegoś pocisku. Dalsze pociski pomknęły w lukę między pędzącymi eskadrami i plazmowa zasłona poszerzyła się i zgęstniała.
W końcu Flota Macierzysta wleciała w zasłonę i znikła, jakby wymazana niewidzialną dłonią.
— Cholera — zaklął Pezzini raczej bez emocji.
Nikt inny się nie odezwał. Nawet Tork nie znajdował słów.
A potem ekran plazmowy zaczął stygnąć stopniowo na displeju holograficznym pojawiały się mrugnięcia przypominające gromadkę świetlików — to Flota Macierzysta, jeden statek po drugim, z żagwiami odwróconymi teraz od planety. Statki hamowały.
Jeden, dwa, trzy, liczył w duchu lord Chen. Pięć. Osiem! Dziesięć!
Dziesięć ocalałych statków Floty Macierzystej zwierało teraz rozproszony szyk i zbliżało się do wormholu, który ich przerzuci w stronę Zarafan.
Naksydów ani śladu.
— Unicestwiliśmy ich! — krzyknął lord Chen. — To zwycięstwo!
— Do cholery z Kangasem! — powiedział Tork. — Do cholery! Stracił dwa statki!
Dopiero trochę później raport dowódcy eskadry, Do-faqa, dotarł do „Galaktycznego”. Flota Macierzysta unicestwiła osiem wrogich statków i straciła dwa swoje.
A jedną z ofiar był statek flagowy. Lord Eino Kangas zginął, dając Flocie Macierzystej jej jedno, jedyne zwycięstwo.
Rankiem wysłano zaproszenia do wszystkich starszych podoficerów. Kapitańskiego zaproszenia na drinka — na godzinę przed kolacją — nie można było odrzucić, nie naruszając zwyczajów służby. Toteż nikt go nie odrzucił. Ostatnia potwierdzająca odpowiedź nadeszła kilka minut po rozesłaniu zaproszeń.
Dramatyczna próba — myślał Martinez. Kulminacyjna scena.
Podoficerowie weszli do jadalni mniej więcej jednocześnie: pyzaty Gawbyan z malowniczymi sumiastymi wąsami, ostrzyżony jak spod miski Strode, krzepka Francis, chudy, nerwowy Cho. Niektórych zdziwił widok statkowego sekretarza, Marsdena, z kompnotesem w ręku.
Goście ustawili się według starszeństwa, najwyżsi stopniem stanęli obok Martineza u szczytu stołu. Gulik był po prawej kapitana, naprzeciw kucharza Yau; następną parę tworzyli Gawbyan i Strode, jeden wąsacz naprzeciw drugiego; potem stały Zhang i Nyamugali. Na końcu stołu stała zdegradowana Francis.
Martinez chwilę wszystkich obserwował. Francis miała zamyśloną i zatroskaną minę, wzrok kierowała wszędzie, tylko nie na niego. Yau wyglądał tak, jakby z najwyższą niechęcią oderwał się od swej kuchni. Strode patrzył zdeterminowany, jak gdyby czekało go jasno postawione, ale niezupełnie miłe zadanie, Gulik zaś, tak nerwowy w czasie inspekcji, teraz był w niemal radosnym nastroju.
Martinez uniósł kieliszek. Bladozielone wino kołysało się w ołowiowym krysztale kapitana Fletchera, rzucając na zgromadzone towarzystwo perełki oliwinowego światła.
— Za Praxis — powiedział.
— Za Praxis — powtórzyli chórem i wypili.
Martinez przełknął wino i usiadł. Inni poszli za jego przykładem, z Marsdenem włącznie, który usiadł sam na stronie i przełączył kompnotes na zapis. Uniósł pisak i przygotował się do robienia poprawek w notatnikowej transkrypcji rozmowy.
— Możecie cały czas sobie dolewać — zapraszał Martinez, wskazując głową rozstawione na stole karafki. — Posiedzimy tu przez pewien czas i nie chcę, by wyschło wam w gardłach.
Na drugim końcu stołu ozwały się wdzięczne pomruki i dłonie sięgnęły po wino.
— Przyczyną, dla której to spotkanie może chwilę potrwać — wyjaśnił kapitan — jest fakt, że tak samo jak na ostatnim zebraniu, chodzi mi o prowadzenie dokumentacji.
Jego goście chwilę milczeli, a potem chóralnie westchnęli.
— Jeśli chcecie, wińcie za to kapitana Fletchera. Kierował „Prześwietnym” w bardzo osobisty i charakterystyczny sposób. W czasie inspekcji zadawał pytania i oczekiwał, że znacie odpowiedzi, ale nigdy nie pytał o żadną dokumentację. Nigdy nie sprawdzał formularza 77-12 i nigdy nie kazał go sprawdzić żadnemu oficerowi.
Martinez popatrzył na swój kieliszek i pchnął go lekko kciukiem i palcem wskazującym, ustawiając go na jakiejś wyimaginowanej linii biegnącej przez pokój.
— Jednak brak dokumentacji stwarza pewien problem. Dla umysłów określonego typu ten brak oznacza zyski. — Poczuł, jak Yau z lewej sztywnieje, a Gulik lekko się wzdryga.
— Kapitan Fletcher — ciągnął Martinez, starannie dobierając słowa — w końcu wiedział tylko to, o czym mu powiedzieliście. Jeśli to, co mu powiedziano, było do przyjęcia, jak mógł się przekonać, czy nie ściemniacie? Tym bardziej że normy obowiązujące we Flocie wymagają, by sprzęt spełniał z nadwyżką wszystkie rozsądne kryteria jakości. Politycy od stuleci narzekają, że to marnowanie pieniędzy, ale Zarząd Floty zawsze wymagał dużego marginesu niezawodności, i uważam, że miał rację.
— Oznaczało to jednak — kontynuował — że przy niewielkich dodatkowych zabiegach konserwacyjnych kierownicy działów mogli pozostawiać poszczególne części i nie wymieniać ich przez czas o wiele dłuższy niż nakazująspecyfikacje.
Po raz pierwszy podniósł wzrok i zobaczył, że Strode patrzy na niego z namysłem, jakby przewartościowywał na nowo wszystkie swoje dotychczasowe opinie o Martinezie. Francis patrzyła prosto przez siebie, siwiejące włosy częściowo zakrywały jej twarz. Cho wyglądał na rozgniewanego. Gulik zbladł. Martinez widział, jak żyła szyjna podoficera pulsuje w rytm tętna. Gdy zobaczył, że kapitan mu się przygląda, sięgnął po kieliszek i mocno pociągnął wina.
— Jeśli ktoś utrzyma na chodzie stare części i wie, do kogo się zwrócić, może sprzedać części zapasowe i dostanie za to mnóstwo pieniędzy. Takie rzeczy jak dmuchawy, chłodnice i pompy mogą przynieść niezły zysk. Wszyscy chętnie kupią sprzęt Floty. Jest niezawodny, wytrzymały, konstruowany z zapasem. I jest nowy, jeszcze nie rozpakowany.
Spojrzał na nachmurzoną twarz Francis.
— Sprawdziłem pompę turbinową, która zawiodła przy Arkhan-Dohg. Wziąłem właściwy numer seryjny, nie ten, który usiłowała mi wepchnąć sprzętowiec Francis, i zobaczyłem, że pompa powinna być wymieniona trzy lata temu. Ktoś ją wykorzystywał długo po terminie, kiedy powinna być sprzedana na złom.
Martinez odwrócił się do Gulika. Po twarzy zbrojeniowca spływał pot. Wyglądał równie źle, jak tamtego ranka podczas ostatniej inspekcji Fletchera, gdy kapitan szedł sztywno ku niemu z dyndającym u pasa nożem.
— Sprawdziłem również numer seryjny działa antyprotonowego, które zawiodło podczas tej samej bitwy, i odkryłem, że powinno być wycofane trzynaście miesięcy wcześniej. Mam nadzieję, że nowe działo nie zostało sprzedane komuś, kto chciał je wykorzystać jako broń.
— To nie ja — zaskrzeczał Gulik i wytarł pot z górnej wargi. — Zupełnie nic o tym nie wiedziałem.
— Ktokolwiek to zrobił — podjął Martinez — nie miał zamiaru narażać statku. Nie prowadziliśmy wojny. „Prześwietny” dokował w Harzapid od trzech lat i nawet nie zmienił miejsca postoju. Ciężki sprzęt wędrował cały czas ze statku i na statek, przez zamknięte pomieszczenie magazynowe, gdzie można było go zamienić bez zwracania czyjejkolwiek uwagi. By uruchomić ten system, potrzeba było dostępu do magazynu. Również trzeba było korzystać z usług pierwszorzędnego mechanika z kompletnie wyposażonym warsztatem, by wyremontować stary sprzęt przed jego zainstalowaniem.