Wojna [Conventions of War - pl]
- Автор: Уильямс Уолтер Джон
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-7480-018-6
- Переводчик: Grazyna Grygiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wojna [Conventions of War - pl]». Краткое содержание книги:
— Jakiś czas temu — wyjaśnił — zanim dołączyłem do eskadry, zobaczył pan, jak porucznik Kosinic wychodzi z luku dostępu na jednym z dolnych pokładów. Czy pamięta pan przypadkiem, który to był pokład?
Mersenne zamrugał, kompletnie zaskoczony.
— Nie myślałem o tym od miesięcy — oświadczył. — Niech mi pan pozwoli się zastanowić, milordzie.
Mersenne zamyślił się, szczypiąc dolną wargę kciukiem i palcem wskazującym.
— To był pokład osiem — powiedział w końcu. — Luk cztery, naprzeciw magazynów sprzętowców.
— Bardzo dobrze. To wszystko.
Kiedy nadal zaintrygowany Mersenne podniósł się i zasalutował, Martinez dodał:
— Byłbym zobowiązany, gdyby nie wspominał pan nikomu, że się tym interesowałem.
— Tak jest, milordzie.
Jutro, pomyślał Martinez, zarządzę inspekcję pokładu osiem, i jeśli coś tam znajdę, będzie przy tym mnóstwoświadków.
Po śniadaniu Martinez zorganizował inspekcję, w czasie której otwarto luk cztery na pokładzie osiem. Spod płyt pokładowych rozległo się jednostajne dudnienie dmuchaw wentylacyjnych. Kapitan wziął kompnotes Marsdena, przecisnął się między dmuchawami i rurą chłodniczą, owiniętą w jaskrawożółty materiał izolacyjny i porównał numery seryjne na dmuchawach z numerami w formularzu 77-12, dostarczonymi przez sprzętowca pierwszej klasy, Rao.
Numery się zgadzały.
Martinez przykucnął w ciasnym zakątku i znowu sprawdził numery. Jednak się zgadzały.
— Kiedy ostatni raz wymieniano te dmuchawy?
— Tuż przed wybuchem wojny, milordzie. Mają być wymienione dopiero za cztery miesiące.
Więc to te same dmuchawy, które widział Kosinic, kiedy zszedł tym lukiem. Czego Kosinic szukał, jeśli nie numerów seryjnych?
Martinez znowu zanurkował w luk i powiódł dłońmi po rurach, przepustach, obwodach elektrycznych. Po prostu na wypadek, gdyby coś tu pozostawiono, tajemniczą wiadomość lub złowieszcze ostrzeżenie. Nie znalazł nic prócz kurzu, który przyprawił go o kaszel.
Może Mersenne pomylił się co do miejsca, gdzie widział Kosinica.
Martinez kazał otworzyć kilka pobliskich luków bagażowych. Schodził do wszystkich i ponownie upewniał się tylko, że wszystko jest w porządku.
Był sfrustrowany, kiedy chwalił Rao za wzorowe prowadzenie dokumentacji i odchodził.
Po kilku godzinach, gdy jadł późną kolację — kanapki z szynką, zrobione z pozostałości wydanego dla Michi posiłku — w jego mózgu wybuchło wspomnienie.
„Z Francis, zawsze chodziło o pieniądze”.
Tak się wyraził Alikhan na temat byłego głównego sprzętowca. Teraz jego słowa wróciły do Martineza.
Hazard — pomyślał.
Przeniósł talerz z jadalni na biurko, wywołał displej, a potem korzystając ze swego klucza kapitańskiego, wywołał dane kantyny i sprawdził pliki banku kantynowego.
W czasie rejsu załodze nie wydawano pieniędzy. Prowadzono elektroniczne konta w banku kantynowym, który, technicznie rzecz ujmując, był oddziałem Banku Imperialnego — tego samego, który emitował pieniądze. Załoga płaciła elektronicznie za wszystkie artykuły nabywane w kantynie, a straty w grach załatwiano bezpośrednimi przelewami z konta na konto.
Załoga otrzymywała wypłaty co dwadzieścia dni. Martinez spojrzał na konto sprzętowca Francis i zobaczył, że wynosi ono dwadzieścia dziewięć tysięcy zenitów, co wystarczało na zakup posiadłości ziemskiej na prawie wszystkich planetach imperium.
A to były pieniądze, które Francis trzymała tylko na tym jednym koncie. Mogła mieć więcej pieniędzy w innych bankach, inwestycjach, dobrach.
Martinez wywołał Alikhana. Ordynansa zdziwił widok Martineza w gabinecie, gdyż spodziewał się go w jadalni.
— Czy życzy pan sobie, bym zabrał talerz, milordzie? Martinez ze zdziwieniem spojrzał na zabrany z jadalni talerz.
— Tak — powiedział. — Nie. To w tej chwili nieważne.
— Tak jest, milordzie.
— Jakiś czas temu wziąłeś zaliczkę na poczet pensji by spłacić karciany dług.
Alikhan ostrożnie potaknął.
— Tak jest, milordzie.
— Chciałbym wiedzieć, z kim grałeś. Ordynans zawahał się.
— Milordzie, nie chciałbym…
— Czy oni oszukują?
Alikhan przez długą chwile rozważał swoją odpowiedź.
— Nie sądzę, milordzie. Myślę, że są bardzo doświadczonymi graczami i przynajmniej od czasu do czasu współpracują w grze.
— Ale grają z rekrutami?
Martinezowi wydało się, że służący, gniewnie zacisnął usta, zanim odpowiedział.
— Tak, milordzie. W mesie, co wieczór.
Hazard był oczywiście naruszeniem regulaminu Floty, ale ten punkt regulaminu nie był egzekwowany zbyt rygorystycznie. Rzadko podejmowano działania, jeśli podoficerowie grali w swojej świetlicy, lub porucznicy w mesie oficerskiej, albo gdy rekruci rzucali kośćmi gdzieś w maszynowni. Były to przestępstwa niewielkie i prawie niemożliwe do wyplenienia. Gry i przekręty hazardowe były we Flocie niemal powszechne.
Jednak hazard mógł stać się niebezpieczny, kiedy przekraczał granice kastowe. Kiedy podoficerowie grali z rekrutami, pojawiało się nadużycie władzy. Ktoś stojący wyżej w hierarchii mógł wymuszać bezwzględne terminy płatności i karać rekrutów dodatkowymi obowiązkami, a nawet ich bić. Rekrut dłużny swemu szefowi mógł nie tylko stracić wszystkie swoje bieżące pieniądze, ale również przyszłe wypłaty — bezpośrednio je przegrywając albo jako odsetki. Rekruci mogli być zmuszani do innych form spłaty długów: podarunki, świadczenia seksualne, wykonywanie obowiązków podoficerów, a nawet kradzież na rzecz swoich dowódców.
Siły Chen opuściły Harzapid przed miesiącami i upłyną jeszcze miesiące, zanim „Prześwietny” znajdzie się w doku Floty. Rekrut w garści gangu hazardzistów mógł stracić wypłatę za całą podróż, a niewykluczone, że również całą premię.
— Kto bierze w tym udział? — spytał Martinez.
— Cóż, milordzie, raczej nie chciałbym pakować kogoś w kłopoty.
— Nie pakujesz ich w kłopoty. Oni już są w kłopotach. Ale możesz wykluczyć tych, którzy nie biorą w tym udziału, wskazując tych, którzy udział biorą.
Zanim logika tego wywodu przebrnęła przez mózg Alikhana, upłynęło kilka sekund, ale w końcu przytaknął.
— Dobrze, milordzie — powiedział. — Francis, Gawbyan i Gulik organizują gry. Thuc też brał w tym udział, ale już nie żyje.
— Doskonale. — Martinez odwrócił się do biurka, a potem znowu spojrzał na Alikhana. — Nie chcę, byś komukolwiek wspominał o tej rozmowie.
— Oczywiście.
— Jesteś wolny.
Teraz Martinez wywołał konta Francis, Gawbyana, Gulika i Thuca. Zobaczył, że ich stan wzrastał raptownie każdego dnia wypłaty o sumy znacznie przekraczające wysokość ich pensji. Chyba niemal dwie trzecie ich dochodów przychodziło w formie bezpośrednich przelewów od innych członków załogi. Martinez prześledził te przelewy i znalazł przynajmniej dziewięciu rekrutów, którzy regularnie przekazywali całe swoje pensje starszym podoficerom. Robili to od miesięcy. Inni płacili mniej regularnie, ale jednak płacili.
Martinez zawrzał gniewem. Jeśli tak bardzo lubicie grywać z rekrutami, może sami powinniście stać się rekrutami — pomyślał.
Złamie ich. A potem skonfiskuje pieniądze i przekaże je na fundusz rozrywkowy statku albo może na flotowy fundusz pomocy załogantom w potrzebie.
Sprawdził sumy i zobaczył, że praktycznie rzecz biorąc, Gulik traci pieniądze tak szybko, jak je zarabia. Najwidoczniej zbrojeniowiec był naprawdę oddanym hazardzistą i w końcu przegrywał wszystkie swoje dochody. W tej chwili na jego kontach prawie nic nie było.