Światy braci Strugackich - Czas uczniów
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич, Скаландис Ант
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Rebis
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
— Walka, ty pijany kretynie, nie denerwuj mnie! Weingarten zarechotał zadowolony.
— No, teraz słyszę normalną mowę. Bo wcześniej jakbym rozmawiał nie z człowiekiem, lecz z niewyrośniętym cherubinem. Nie wiadomo: słyszy mnie czy tylko słodkie dzwonienie rozlega się we łbie. Kacową… to znaczy duchową tęsknicą wiedziony do ojczyzny jam zadzwonił i nie wyrośnięty cherubin mi się pokłonił! Zrobimy tak. Nic mi teraz nie odpowiadaj. Zadzwonię za kilka dni. Myśl. Dobrze pomyśl, Malanów! Takiej szansy więcej nie będzie! — I nagle dodał całkiem cicho, zupełnie inaczej: — Słowo honoru, Mitka. Naprawdę chcę ci pomóc. I… bardzo się stęskniłem.
Malanów przełknął spazm w gardle. Potrząsnął głową.
— Rozumiem, Walka — powiedział równie cicho i trochę zachrypniętym głosem. — Dziękuję.
— Dziękuję kieliszka nie napełni! — niespodziewanie rozjuszył się znowu Weingarten. — Nie potrzebuję twojego dziękuję, tylko tego, żebyś tu był i zrobił coś sensownego!
— Pomyślę.
— No to dobrze — znowu cicho rzekł Weingarten. Milczał chwilę, ciężko dysząc. Zapytał: — Widujesz kogoś?
— Kogo? — odruchowo zapytał Malanów, chociaż od razu zrozumiał, o kim mowa.
— Kogoś… z nas.
— Tylko Głuchowa. Wczoraj się nieźle napiliśmy. A tak w ogóle to tylko w szachy gramy…
— Co ty, do partii starych się zapisałeś, Malanów? Oj, nie pozwolę ci na to. Nie pozwalam! A… tego…
— Fila?
— Tak. Wieczerowskiego.
— Nie, nic o nim nie wiem.
— Jeśli nagle się pojawi, to trzymaj się z daleka — nieoczekiwanie powiedział Weingarten. — To jest… trzeci typ. Nie ty i nie ja, lecz… fanatyk. Kapłan czystej nauki, dręczyciel psów i królików. Jak on wtedy nas z tobą owinął… jak zwierzątka doświadczalne! Nigdy mu tego nie wybaczę. A jak odgrywał takiego nie do ruszenia! Wszyscy siedzimy równi, ocipiali, a on jak gdyby nigdy nic obdarza nas radami. „Mimo wszystko potrafię panować nad sobą, biedne moje baranki, zajączki-pączki!” — ironizował niemal ze złością. — Znalazł się Tarkwiniusz Pyszny… Z ciebie też zrobi albo królika, albo dręczyciela, a królikami staną się twoi bliscy, już to przerabialiśmy.
— Walka… u ciebie też coś… się działo?
— Ni cholery! — wściekł się Weingarten. — Ja jestem norma-aalnym konformistą! Mnie ta wasza boska prawda potrzebna jak Iljiczowi kibel w mauzoleum. Ja pracuję z przyjemnością, rozkoszuję się materialnymi wynikami mojej pracy i nikt mnie nie rusza. Wszystkie prawdy, Malanów, nabierają sensu tylko wtedy, gdy zaczynają poprawiać byt, rozumiesz? No, to wszystko, stary. Pamiętaj, co powiedziałem. I myśl, myśl, myśl!
— Przekaż swoim pozdrowienia!
— Obowiązkowo. Ściskam! I rozłączył się.
Przez kilka sekund Malanów siedział nieruchomo, ciągle trzymając słuchawkę przy uchu. Potem zdecydowanie odłożył ją na widełki owiniętego taśmą izolacyjną, trzykrotnie już rozbijanego aparatu i wstał.
— Wylałam twoją ogórkową do garnka — rzekła Irka, gdy wszedł do kuchni. — Zaraz odgrzeję. Kto tam się na ciebie zwalił?
— Głuchów — powiedział Malanów. — Zapraszał na klina. — A sygnał był jak z międzymiastowej — zdziwił się Bobka.
— Mnie też się tak wydawało. Nie, to swoi. Ireczko, zaraz wyjdę na jakieś trzy godziny… ale nie do Głuchowa, nie bój się.
Rozdział 4
12
…wiście, nabity jak diabli, Malanów ledwie się wcisnął. Zamierzał nawet przepuścić ten i czekać na następny — jeśli długo autobusu nie ma, istnieje szansa, że za chwilę przyjadą dwa albo nawet trzy pod rząd, tak głosi ludowa mądrość; ale Malanów i tak już był spóźniony Poza tym chciał jak najwcześniej wrócić do domu. Bardzo chciał. Przeczucie nadchodzącego nieszczęścia zgniatało skronie, lodowym językiem lizało serce, które, odskakując, opuszczało takty. Przekonać się i do domu. O czym się przekonać? Nie wiedział. O czymkolwiek.
Walka więcej nie zadzwoni. Może nawet już żałuje, że dzwonił.
A może i nie, może rzeczywiście się stęsknił. I ta jego pamiętna swoboda, doprowadzona teraz do kwadratu, do sześcianu. Czy jest niewymuszona? Pewnie wręcz przeciwnie, wynika z niepewności, jak rozmawiać.
Ale dlaczego ani razu nie napisał — ani listu lub choćby przynajmniej widokówki? Bo ja nie wiedziałem i nadał nie wiem, na jaki adres w razie czego pisać listy. A mój adres się nie zmienił! Weingarten zniknął na osiem lat i nagle — proszę bardzo! Może jednak coś się stało, tylko on się nie przyzna…
Jak to się wszystko zabawnie potwierdza! Tak. Bardzo zabawnie. Jeśli teoria wykazuje nawet najmniejsze przewidywalne możliwości, nie jest wyłącznie majaczeniem. Czyli…
— Proszę skasować mi bilet.
— Nie mogę, przykro mi. Nie podniosę ręki.
Zuch, Walka. Zrobił jednak… Pewnie dostanie Nobla. Dobrze by było. Prędzej do domu.
W ciężkim powietrzu nabitego po dach autobusu, wolno i z wysiłkiem jadącego po kałużach, obrzydliwie śmierdziało siwuchą z cebulą; z tyłu na Malanowa ktoś naparł i boleśnie wbił pod łopatkę jakiś ostry kant. Malanów zaczął się wiercić, wić jak robak, aby przepuścić kant obok siebie.
— Czego szturchasz, baranie? — ktoś zapytał niewyraźnie, ale głośno. — Jak zara pchnę, to kości nie pozbierasz.
Malanów nic nie odpowiedział i nie odwrócił głowy.
— Czego się gapisz? — zapytał ten ktoś i mocniej nacisnął. — Może pogadamy? No to wyłaźmy z tego pierdolnika, możemy se wyjaśnić?
Malanów milczał.
— Ale baran!
Malanów milczał. Podskakując na koleinach zmasakrowanego asfaltu, przeciążona blaszana trumienka wlokła się przez wilgotną mgłę. Ubici i sklejeni w jednolitą niczym żabi skrzek masę, pasażerowie ponuro, zgodnie podskakiwali razem z nim — jedni w półprzysiadzie, inni niemal uwieszeni na poręczach — różni nieszczęśliwi ludzie.
— Milczysz? Pewnie jesteś za Gajdarem, boś się tak nadmuchał? Nic to, na jesień wszystkich was po obozach rozpier…
13
…wyskoczył z autobusu przystanek za wcześnie i przyszło mu z pół kilometra brnąć po błocie na piechotę. Wilgotny wiatr przenikał aż do kości. Z prawej ciągnęło się koszmarne pustkowie rozjeżdżone przez traktory i buldożery, całe w gliniastych pagórach i kałużach, z ogryzkami betonowych płyt i splotów zardzewiałego drutu wyrastającego z ziemi obficiej niż piołun; za pustkowiem niewyraźnie piętrzyły się w zgniłej mgle bloki mieszkalne. Z lewej ciągnął się nie mający końca betonowy płot. Mogła się za nim mieścić cała rakietowa baza, a może po prostu przechowalnia warzyw; ale w pewnej chwili płot przerwała podniszczona, przekrzywiona buda z żelazną zatrzaśniętą bramą z boku i Malanów z wypłowiałego szyldu na budzie dowiedział się, że znajduje się tu ni mniej, ni więcej, tylko „Spółka akcyjna Lakon”. Z drugiej strony powierzchni spółki akcyjnej widniały w mokrym zmierzchu gołe drzewa; najpewniej był tam cmentarz. A z przodu i z prawej kanciastymi ciemnymi blokami wznosiła się mroczna, stopniowana jak budowle Tenochtitlanu fabryka.
Malanów doszedł do przystanku, na którym powinien wysiąść o szóstej siedem, gdyby lepiej się zorientował. Na przystanku nie było nikogo i w ogóle nie było widać żywej duszy. Do fabryki miał sto metrów; między przystankiem i fabryką ciągnęły się przysadziste garaże, również w jakimś militarnym stylu, jakby na poły wtopione w naszpikowaną szlaką i odłamkami glinę. Na ślepej ścianie pierwszego garażu widniał niemal konieczny na każdym dzisiejszym śmietniku napis kredą „Jelcyn Judasz” z towarzyszącą faszystowską swastyką. Syczał wilgotny wiatr. Teren akurat do kręcenia filmu grozy… albo o holocauście…