Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Światy braci Strugackich - Czas uczniów
Światy braci Strugackich - Czas uczniów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Światy braci Strugackich - Czas uczniów

Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:

Antologia opowiadań rosyjskich
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
1 ... 79 80 81 82 83 84 85 86 87 ... 137
Перейти на страницу:

No, to tyle. Warto było tyle się wlec, żeby się przekonać… O czym?

Malanów oparł się zwilgotniałym na plecach płaszczem o go-frowaną blaszaną ścianę przystanku. A gdzie przystanek w przeciwnym kierunku, żeby dojechać do metra? Aha, tam. Jak najprędzej do kochanej stacji Park Zwycięstwa. Przynajmniej jakaś cywilizacja. Światła się świecą. Ludzie… Dopiero co, dosłownie dopiero co, ludzi było za dużo — w metrze, na przystanku, w autobusie… A teraz nie ma ich zupełnie. Wymarli. Martwa ziemia pod martwym niebem. Dwie pustynie odbijają się jak w lustrze… Tyle że z nieba, na szczęście, nie sterczą druty i nie sypią się żelazobetonowe odłamki. Takie coś to umiemy tylko my. Królowie stworzenia. Nie ma Wieczerowskiego.

Nie ma Wieczerowskiego.

Jak zimno.

Nie ma.

No i dobrze. Teraz można wracać do domu. Jak dobrze będzie w domu, ze świadomością, że to wszystko sam sobie wymyśliłem i że to po prostu nieporozumienie albo żart.

A może Fil szedł tutaj, ale nie doszedł? Może coś się z nim stało w ostatniej chwili? Przecież bał się kogoś… czegoś… Może pospacerować po tym wygonie?

Może… leży tu gdzieś… obok? I nawet nie może zawołać?

Nie, to już idiotyzm. Szukać nie wiadomo gdzie, nie wiadomo po co, bez cienia pewności, że to w ogóle ma sens… Po tym koszmarnym błocie! Malanów, nie wariuj.

Samo ŁOMO. Czyli nie na przystanku. Na terenie fabryki? Ale jak tam wejdę? A on? I gdzie tam szukać?

Może najzwyczajniej przy samym ŁOMO? Nie na przystanku, lecz obok budynków…

Malanów odepchnął się ramieniem od blachy i poszedł w kierunku budynków, wzdrygając się od łaskoczącego po żebrach ziąbu i starannie patrząc, gdzie postawić nogę. Wybór był nieduży: kałuża — błoto, kałuża — błoto; błoto było gęste, lepkie, przeciągle cmokało i niechętnie oddawało stopę, co krok usiłując zassać obuwie.

Mętny ciemny kontur znajdował się w samym środku szarego kisielu tworzącego niebo, a do ściany zostało ze dwadzieścia metrów, kiedy zza jednej z betonowych podpór, na których opierały się szeregi okien pierwszego piętra — i nie dało się nawet w duchu nazwać tych betonowych słupów wykwintnym architektonicznym słowem „kolumna” — wyszedł człowiek.

Nie przypominał w niczym Wieczerowskiego. Wielodniowa ruda szczecina na zapadniętych policzkach; długa łysina, dzieląca dwie kępy rudosiwego mchu nad uszami; szerokie, pomarszczone, łuszczące się czoło; zachlapany dawno temu zaschniętą już brązową farbą, przeżuty płaszcz bez połowy guzików, pod nim gruby sweter z wysokim podartym kołnierzem… Spodnie ozdobione glinianymi zaciekami. Mroczny, zastraszony, przez cały czas wypatrujący miejsca, z którego przyjdzie cios. Spojrzenie przypartego do muru. Menel. Zbieracz butelek po śmietnikach. Strach patrzeć.

— Wiedziałem, że przyjdziesz — powiedział człowiek. Przeziębiony, zachrypnięty głos.

Kilka sekund stali nieruchomo, potem objęli się. Fil pachniał również jak menel. Zastałym nieporządnym brudem i nie pranym ubraniem, noclegami na strychach…

— Boże, Fil! — wykrztusił Malanów. — Co się z tobą dzieje? Gdzie żyjesz?

— Nieważne — uciął Wieczerowski i zabrzmiało to jak kiedyś: ani cienia wątpliwości, tylko ta rudosiwa pewność, że skoro powiedział „nieważne”, to znaczy, że jest to nieważne.

— Nie masz gdzie mieszkać, Fil? Przecież u nas…

— Poczekaj, Dima, nie miotaj się. Nie potrzebuję niczego. — Przez chwilę gryzł wysuszoną na wietrze, obsypaną czarno- krwawymi kleksami wargę. — Napisałem ten idiotyczny liścik i przywołałem cię tutaj, dlatego że nic lepszego nie mogłem wymyślić. Nie jesteśmy szpiegami, nie mamy doświadczenia.

Malanów milczał.

— Ale koniecznie muszę porozmawiać z tobą sam na sam, bez miejskiego hałasu… I żeby nikt o tym nie wiedział. Mam nadzieję, że nic nie wypaplałeś Irinie?

— Nie — cicho odpowiedział Malanów. — Wcale nie miałem pewności, że dobrze zrozumiałem.

— A jakbyś miał, wypaplałbyś?

Malanów zebrał myśli. Wieczerowski zmienił się. Zapewne najbardziej z nich wszystkich. Być może bardziej niż wszyscy oni razem wzięci. I nagle w pamięci pojawiły się słowa Walki.

Takie przypadki się nie zdarzają.

Groza znowu liznęła serce.

Fil, przyjacielu…

— Gdybym miał — cicho rzekł Malanów — powiedziałbym. Wieczerowski skrzywił się pogardliwie.

— Dawno jesteś w Piterze?

— Nieważne.

— A co jest ważne? Pauza. Potem:

— Mam nadzieję, że się nie śpieszysz?

— Żartujesz? Specjalnie tu przyjechałem! I w ogóle, Fil… Co się z tobą dzieje? Jesteś zdrowy? Dlaczego nie przyszedłeś do nas? Na przykład jak liścik wrzucałeś do skrzynki… i w ogóle… jak przyjechałeś, od razu trzeba było…!

— Nie trzeba było — rzucił Wieczerowski.

Malanów zamilkł. Wieczerowski patrzył spode łba, zimno i obco.

— Nikt nie może wiedzieć, że się spotkaliśmy. Nikomu nie mogę teraz wierzyć. Właściwie nawet tobie… Po prostu nie miałem wyboru i… prawdopodobieństwo twojej zdrady jest najmniejsze. Nie sądzę, żebyś to był ty. Ciebie jako ostatniego bym podejrzewał. Masz zbyt mało wybujałą fantazję. Już wtedy dziwiłem się, jak mogłeś wpaść na M-kawerny.

— Jakoś mogłem — cicho powiedział Malanów.

— Wiele zrozumiałem — oświadczył Wieczerowski. — Wiele zdążyłem zrobić. Zebrałem olbrzymi materiał.

Malanów uśmiechnął się i od razu poczuł, że w tym uśmiechu jest obecny wstrętny i zupełnie niepotrzebny w tej chwili odcień przypochlebiania się, ale nic nie potrafił z tym zrobić.

Rozpaczliwie nie podobała mu się tonacja tej rozmowy. Nie była przyjacielska. Nie była to nawet tonacja zwierzenia. Należało ją zmienić za każdą cenę.

— Wyobrażam sobie, jakie cuda widziałeś.

— Tak… cuda… Wiele było różności. Nawet wam się nie śniły, biedne moje baranki, kotki-pieski… Zamilkł.

Opadał zmierzch. W oddali, ledwie przeświecając przez wodnistą zawiesinę, okna zanikających domów rozjarzyły się ciepłem. Wyjąc tak, że słychać było na kilometr, pod mętną latarnię podjechał i zatrzymał się świecący wewnątrz zgnilizną, niemal pusty trolejbus. Cała ludzka kasza została odcedzona na poprzednich przystankach; tu, w tej błotnistej tundrze, złożył tylko kilka jaj i kiwając się spazmatycznie, ponownie ruszył.

Wieczerowski nieufnie odprowadzał spojrzeniem tych, którzy wysiedli, póki nie zniknęli we mgle. Wtedy przeniósł wzrok na Malanowa. Nieufność została w jego spojrzeniu.

— Im dalej się osuwałem, tym intensywniejsze stawało się przeciwdziałanie. Byłem na to przygotowany, ale zupełnym zaskoczeniem było jego ukierunkowanie… dosłownie świadome. Jak gdyby ktoś umyślnie się naigrawał. Stopniowo doszedłem do wniosku, że świadomie próbuje mi przeszkadzać ktoś, kto posunął się co najmniej tak daleko, jak ja. Długo odpędzałem tę myśl, ale w końcu nie dało się dłużej udawać Greka.

Pauza. Wieczerowski odetchnął. Myślał chwilę. — I chcę teraz cię zapytać, Dimka… Czy nie masz jakichś pomysłów co do tego, kto to może być?

— Świadome i przemyślane przeszkadzanie tobie? — zapytał Malanów i zupełnie nieświadomie uśmiechnął się. — Nie. Nie mam żadnych przypuszczeń.

— Z twojego tonu wnioskuję, że masz jakieś inne przypuszczenia. Opowiesz potem, jeśli zostanie nam trochę czasu.

1 ... 79 80 81 82 83 84 85 86 87 ... 137
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)