Światy braci Strugackich - Czas uczniów
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич, Скаландис Ант
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Rebis
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
— Fil, jeśli opowiedziałbyś dokładniej, co już wiesz i co osiągnąłeś, to może mógłbym odpowiadać na twoje pytania w bardziej świadomy i przemyślany sposób.
Wieczerowski znowu długo wpatrywał się w twarz Malanowa, przygryzając wargi. Tak człowiek mógłby patrzeć na chrabąszcza, na motyla, szacując: przyda się do kolekcji czy nie, nabić na szpilkę czy po prostu rozgnieść… Potem powiedział:
— Obejdzie się. Nic to nie da.
Malanów wzruszył ramionami. Wieczerowski nie chciał od-tajać. To było straszne. I bardzo nieprzyjemne.
— Co wiesz o naszych? — zapytał Wieczerowski. Malanów ponownie wzruszył ramionami.
— O Zacharze nic. Z Głuchowem wszystko w porządku, spotykamy się dość często.
— Tak czułem. Godny zespół.
— Tak, akurat. Albo w szachy gramy, albo wódeczki się napijemy…
Wieczerowski roześmiał się ochryple.
— Walka dzwonił dzisiaj z Ameryki. Akurat dzisiaj, wyobrażasz sobie? Ale on nikomu nie przeszkadza, możesz być spokojny. Upaja się sobą. Skończył swoją rewertazę. I nikt mu, według jego słów, nie przeszkadzał.
— Weingarten? — Wieczerowski nastroszył się z obrzydzeniem. — Rewertazę?
— Mówi, że tak. Mówi, że zamierzają go wysunąć do Nobla. Może trochę dołożył, przecież go znasz…
— Oj, znam! — powiedział z niezrozumiałą intonacją Wieczerowski. — 1 nikt mu nie przeszkadzał?
— Mówi, że nie.
— To niemożliwe.
— Ależ, Fil… Co kupiłem, to sprzedaję.
— Nie ty kupiłeś! — gwałtownie zaoponował Wieczerowski. — Ciebie kupili! Jak głuptasa!
Malanów nie odezwał się.
— Jeśli Weingarten potrafił skończyć pracę, którą powstrzymywał swoim naciskiem Wszechświat, to znaczy, że potrafił jakoś uwolnić się od nacisku Wszechświata. Czyli jakoś nauczył się kierować tym naciskiem! Ach, Walka, Walka… Taki, rozumiesz, enfant terrible… według siebie!
— Fil, nauczyć się uwalniać od nacisku i kierować naciskiem to zupełnie to samo.
— Co mówisz?
Malanów patrzył w jego rude oczy i przypomniał sobie, j; Wieczerowski — wytworny, mądry, czysty — łagodnie i pewnie mówi, nie wątpiąc ani trochę w swoje racje: Być może z czasem nauczymy się odsuwać ten nacisk w bezpieczne dziedziny, a może nawet wykorzystywać do swoich celów… Przypominał sobie, jak zachwycając się przyjacielem, notował później: Zupełnie prawdopodobne, że Wieczerowski znajdzie kluczyk do rozumienia tej złowieszczej mechaniki, a nawet, być może, i kluczyk do sterowania nią…
— Za bardzo przywykliśmy do tego — zaczął Malanów — że kolejny poziom rozumienia świata to kolejny poziom jego wykorzystania do swoich celów. A jeśli w tym przypadku jest inaczej, Fil? Nie przyszło ci to do głowy? Zrozumieć można, ale wykorzystywać nie wolno? Możemy tylko określić się względem tego nowego rozumienia. Tylko ustalić pozycję. Nic więcej.
— Powtarzasz słowa, którymi usiłowałem dotrzeć wtedy do was — odparł Wieczerowski. — Musimy pójść dalej. Na dzisiejszym poziomie to, nad czym tak się rozwodzisz, to nic innego, tylko osłodzona kapitulacja, nic innego.
Malanów milczał, zbierając myśli. I nagle przypomniał sobie, że chciał tylko się przekonać i milczeć, nie odzywać się ani słowem. Ale w istocie przecież milczę, uspokoił siebie.
— Czy można nazwać kapitulacją to, że człowiek godzi się na konieczność oddychania? — zapytał. — Czy szanowałbyś szaleńca… zarozumialca… który poderwałby się przeciw tej konieczności z krzykiem: Dość! Trzeba iść dalej!
— Sofistyka! — Policzkiem Wieczerowskiego szarpnął tik. — Wszystko zależy od sytuacji. Kiedy człowiek chce przeniknąć do innych światów, gdzie nie da się oddychać, to żeby uwolnić się od tego przymusu oddychania, wymyśla skafander, aparat do nurkowania…
— Akurat przeciwnie — miękko odpowiedział Malanów. — Zrobił wszystko, żeby przenieść do tych światów konieczność oddychania.
— Wybacz, ale to bzdura. To oczywiste, że gdyby znaleziono sposób odejścia od konieczności oddychania, to w istotny sposób zwiększyłoby to możliwości człowieka.
— W ten sposób zostanie z człowieka niewiele, co, Fil?
— Mnie to nie interesuje. O wiele bardziej interesuje mnie, co jeszcze wiesz o Weingartenie.
Malanów wzruszył ramionami.
— Nic. Obiecał, że zadzwoni za kilka dni… Chociaż, być może, nie zadzwoni. Chce mnie ściągnąć tam, do Stanów… żebym pracował.
Wieczerowski znowu zabrał się do gryzienia czarnych strupów na wargach.
— Zamierza wszystkich wciągniętych do sfery zagarnąć pod swoje skrzydła. Cóż, logiczne. Pojedziesz?
— Za wcześnie, żeby o tym mówić… Nie sądzę, żeby coś z tego wyszło. — Malanów sam poczuł, że wstrętnie mamrocze, i potrząsnął głową. — Ach, Fil! Nigdzie nie pojadę, coś ty!
— Uważaj — poważnie powiedział Wieczerowski. — Ja ci jeszcze wierzę. Ale jednocześnie byłoby bardzo ciekawe i ważne wiedzieć… Czyżby to naprawdę Weingarten? A Głuchów? — nagle przypomniał sobie.
— Co Głuchów? — zapytał zmęczonym głosem Malanów.
— Nie sprawiał wrażenia, że wie więcej, niż mówi?
— Fil, ty nie pracujesz teraz w KGB?
— Głupi jesteś, Mitka…
Przez sekundę brzmiał dawny głos Fila. Malanów natychmiast rozluźnił się.
— Wybacz. Po prostu zadajesz dziwne… bezsensowne pytania. O czym niby wie? O czym mówi?
— Naprawdę nie rozumiesz? — Wieczerowski podniósł głos. — O wszystkich naszych perturbacjach.
— Wczoraj cały wieczór gadaliśmy o naszych perturbacjach. Właściwie on mówił. Ja milczałem.
— Dlaczego?
— Bo jestem tchórzem.
— Ach tak? A masz coś do powiedzenia? — Mam.
— Oho? No to mów.
Malanowowi pociemniało w oczach; na chwilę zniknęła i latarnia na przystanku, i dalekie rozmyte ogniki okien.
Fil patrzył wyczekująco i poważnie. I nieco ironicznie. I niewątpliwie z góry.
Po to tu przyjechałem.
Nie mogę, nie mogę, nie mogę!!! Nie wolno!
Jak on schudł. Ten podarty kołnierz… A przecież zawsze wyglądał, jakby właśnie zakończył five o’clock z królową brytyjską. A płaszcz — cudzy, za duży, wisi jak na wieszaku… Co on wymyślił, jaki świadomy opór? Wrogów szuka, rudy? Przecież zwariuje.
A może już…
Czyżby szlachetne dążenie do takiego zrozumienia, żeby można je było wykorzystać, było tylko jedną z form dążenia do podporządkowania? Kiedy podporządkowanie się nie udaje — raz się nie udaje, drugi, trzeci, czwarty — i nie powstają wątpliwości co do możliwości podporządkowania, umysł, sam tego nie zauważając, usprawiedliwia się z dręczenia tych, którzy już wcześniej się podporządkowali, i teraz złośliwie intryguje przeciwko nim?
Jaka koszmarna pułapka… Biedny Fil.
Trzeba to wyjaśnić. Koniecznie trzeba wyjaśnić. On to zrozumie.
— Pewnie będę długo mówił, Fil.
— Postaraj się skracać. Nie wiem, jak twój, ale mój czas jest drogi.
— Postaram się. — Malanów wcale nie był pewien, co z tego wyjdzie. Ani razu nie mówił o tym, ani razu nawet nie próbował przemyśleć tego tak, żeby sformułować wszystko logicznie i konsekwentnie. — Najpierw dwa malutkie lematy. Wierzysz w telepatię?
Na wątłej twarzy Fila natychmiast pojawiło się ironiczne lekceważenie.
— Widzisz, Dima — powiedział Wieczerowski z przesadną uprzejmością. — Jestem, wiesz, uczonym. Operowanie kategoriami wiary i niewiary zostawmy nawiedzonym.