Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]
- Автор: Гришэм Джон
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]». Краткое содержание книги:
– Za piętnaście minut możemy być na lotnisku – powiedział Grantham. – Za pół godziny wsiądziesz do samolotu. Polecisz dokądkolwiek. Znikniesz.
– Jutro. Dzisiaj jestem zmęczona i chcę się zastanowić, dokąd uciec. Dzięki za dobre chęci.
– Uważasz, że nic ci nie grozi?
– Nie w tej chwili. Ale za kilka minut wszystko może się zmienić.
– Z przyjemnością prześpię się w twoim pokoju. Tak jak w Nowym Jorku.
– W Nowym Jorku nie spałeś w moim pokoju. Drzemałeś w saloniku na sofie. – Uśmiechnęła się i był to dobry znak.
Gray także się uśmiechnął.
– Dzisiaj też mogę zdrzemnąć się w saloniku.
– Nie mam saloniku.
– Naprawdę? To gdzie będę spał?
Uśmiech zniknął nagle z jej twarzy. Przygryzła wargę, a do jej oczu napłynęły łzy. Przesadził. Znów ten Callahan!
– Nie mogę… Jeszcze nie teraz…
– Przepraszam. Myślałem, że…
– Proszę, Gray, nie mówmy o tym!
Spoglądała prosto przed siebie i milczała.
– Wybacz – powiedział Grantham.
Darby pochyliła się i bardzo ostrożnie położyła głowę na jego kolanach. Delikatnie dotknął kruchego ramienia. Ścisnęła jego dłoń.
– Jestem śmiertelnie przerażona – wyznała cicho.
ROZDZIAŁ 39
Wyszedł od niej po dziesiątej, po butelce wina i kilku tartinkach z jajkiem. Wcześniej zadzwonił do Masona Paypura – nocnego reportera policyjnego – i poprosił go o sprawdzenie szczegółów zabójstwa Morgana. Curtisa zabito w centrum, w okolicy uważanej za bezpieczną – to znaczy taką, w której nie popełniano morderstw; dochodziło jedynie do pobić i rabunków.
Był zmęczony i zniechęcony. I nieszczęśliwy z powodu jutrzejszego wyjazdu Darby. Miał sześć tygodni zaległego urlopu i kusiło go, żeby polecieć z nią. Niech Mattiece udławi się swoją ropą! Bał się jednak, że może nigdy nie wrócić – co nie byłoby końcem świata, jeśli pominąć ten kłopotliwy szczegół, że ona miała pieniądze, a on nie. Jego forsy starczyłoby góra na dwa miesiące radosnych figlów na plażach; później musiałby przejść na jej utrzymanie. Poza tym – i to było najważniejsze – wcale nie zapraszała go do wspólnej ucieczki. Była w żałobie. Kiedy mówiła o Callahanie, wyczuwał jej smutek i ból.
Teraz był już u siebie, w hotelu Jeffersona przy Szesnastej, zgodnie z instrukcjami Darby. Postanowił zadzwonić do Cleve’a.
– Gdzie się podziewasz? – spytał poirytowany policjant.
– Mieszkam w hotelu. To długa historia. Masz coś?
– Sierżant dostał dziewięćdziesięciodniowy urlop zdrowotny.
– Co mu jest?
– Nic. Mówi, że chcieli się go pozbyć na jakiś czas. Tam jest jak w twierdzy. Wszyscy pracownicy dostali wyraźne polecenie trzymania gąb na kłódkę. Nie wolno im z nikim rozmawiać. Są śmiertelnie przerażeni. Wywalili sierżanta do domu dzisiaj w południe. Mówi, że grozi ci poważne niebezpieczeństwo. Przez ostatni tydzień wspominali o tobie w różnych konfiguracjach z tysiąc razy. Mają zajoba na twoim punkcie i zachodzą w głowę, ile już wiesz, a ile odkryjesz niedługo.
– Kim oni są?
– Oczywiście Coal i jego przydupas Birchfield. Pastwią się nad całym zachodnim skrzydłem jak gestapo. Czasami przyłącza się do nich ten… Jak on się nazywa… taki rudy w muszce? Od spraw wewnętrznych…?
– Emmitt Waycross.
– No właśnie! Ale całą brudną robotę, to znaczy groźby i knucie spisków, odwalają Coal i Birchfield.
– Jakie groźby?
– No… co komu zrobią, jeśli piśnie choćby słówko. W Białym Domu nikt, z wyjątkiem prezydenta, nie może oficjalnie rozmawiać z prasą bez zgody Coala. Dotyczy to nawet rzecznika prasowego. Coal trzyma na wszystkim łapę.
– To niewiarygodne!
– Są przerażeni. I niebezpieczni; tak mówi sierżant.
– Dobra. Ukrywam się.
– Wczoraj późnym wieczorem zajrzałem do ciebie. Mogłeś mi powiedzieć, że znikasz.
– Jutro chyba wrócę.
– Czym jeździsz?
– Czterodrzwiowym pontiakiem z wypożyczalni. Szybkim jak jasna cholera.
– Po południu sprawdziłem volvo. Stoi i ma się dobrze.
– Dzięki, Cleve.
– U ciebie wszystko w porządku?
– Chyba tak. Powiedz sierżantowi, że żyję.
– Zadzwoń jutro. Martwię się o ciebie.
Spał cztery godziny, gdy zadzwonił telefon. Na dworze było ciemno, do świtu pozostało jeszcze dobre kilkadziesiąt minut. Spojrzał na aparat. Podniósł słuchawkę po piątym dzwonku.
– Słucham? – zapytał podejrzliwie.
– Czy pan Gray Grantham? – zapytał kobiecy głos.
– Tak. Kto mówi?
– Beverly Morgan. Był pan u mnie wczoraj.
Gray wyskoczył z łóżka i przetarł oczy.
– Tak, tak… Przykro mi, że panią niepokoiliśmy.
– Nic się nie stało. Mój ojciec bywa czasami nadopiekuńczy i często wpada w złość. Po śmierci Curtisa reporterzy nie dawali nam spokoju. Dzwonili z całego kraju. Żądali starych zdjęć męża i nowych zdjęć córki ze mną. Dobijali się o każdej porze. To było okropne i ojciec miał tego dosyć. Zrzucił nawet dwóch pana kolegów z ganku.
– No to miałem szczęście.
– Mam nadzieję, że nie obraził pana. – Głos brzmiał głucho, bezosobowo, choć pani Morgan siliła się na spokój.
– Nie, nie. Proszę się nie martwić.
– Teraz śpi na dole. Możemy spokojnie porozmawiać.
– Nie może pani usnąć?
– Biorę tabletki nasenne i wszystko mi się poprzestawiało. Sypiam za dnia i miotam się nocami. – Była rozbudzona i chciała mówić.
Gray usiadł na łóżku.
– Trudno mi wyobrazić sobie wstrząs, jaki musiała pani przeżyć.
– Z myślą, że nie żyje, oswajałam się kilka dni. Na początku ból był nie do zniesienia. Bardzo cierpiałam. Nie mogłam nawet chodzić… Bolało mnie całe ciało. Nie mogłam uwierzyć w to, co się stało. Do pogrzebu przygotowano mnie jak lalkę, teraz wspominam to jak zły sen… Nie nudzę pana?
– Skądże! Proszę mówić dalej.
– Muszę odstawić tabletki. Sypiam tak długo, że nikogo nie widuję. Mój ojciec pilnuje, żebym miała spokój. Czy pan to nagrywa?
– Nie. Słucham.
– Zamordowano męża przed tygodniem. Tamtego dnia myślałam, że się spóźnia, co zresztą nie byłoby niczym niezwykłym. Zabrali mu portfel, żeby policja nie mogła go zidentyfikować. Oglądałam wiadomości… Powiedzieli, że w centrum zabito młodego prawnika… Wiedziałam… od razu wiedziałam, że to on! Niech mnie pan nie pyta, skąd wiedzieli, że chodzi o prawnika, skoro nie znali jego nazwiska. To wszystko jest bardzo dziwne…
– Dlaczego mąż pracował do późna?
– Wymagano od niego osiemdziesięciu godzin tygodniowo, a nawet więcej. White i Blazevich to prawdziwa rzeźnia; wysysają krew z pracowników przez siedem lat, a jeśli ci nie padną, robią ich wspólnikami. Curtis nienawidził swojej pracy. Był nią bardzo zmęczony.
– Od jak dawna tam pracował?
– Od pięciu lat. Zarabiał dziewięćdziesiąt tysięcy rocznie, więc godził się na tę mordęgę.
– Czy powiedział pani, że dzwonił do mnie?
– Nie… Dowiedziałam się o tym od ojca i przez całą noc nie dawało mi to spokoju. Co on panu naopowiadał?
– Nie przedstawił się swoim nazwiskiem. Używał pseudonimu Garcia. Proszę nie pytać, w jaki sposób go odnalazłem, odpowiedź zajęłaby mi godzinę. Pani mąż powiadomił mnie, że coś wie o zabójstwie Rosenberga i Jensena. Początkowo chciał się ze mną podzielić tą wiedzą…
– Randy Garcia był jego najlepszym przyjacielem w podstawówce.
– Ach, tak. Rozmawiając z nim, odniosłem wrażenie, że zauważył coś w biurze i że ktoś dowiedział się o tym. Był roztrzęsiony i zawsze dzwonił do mnie z automatów. Twierdził, że jest śledzony. Przed tygodniem, w niedzielę, mieliśmy się spotkać, ale zadzwonił rano i odwołał wszystko. Bał się, mówił, że musi chronić rodzinę. Czy wspominał o swoich problemach?