Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]
- Автор: Гришэм Джон
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]». Краткое содержание книги:
– Nie dotykaj mnie, bo zedrę ci w sądzie skórę z tyłka! Zabieraj te łapska!
Reakcja niedoszłej klientki wstrząsnęła nimi. Była nienormalna i miała atak furii. Może przesadzili?
– Zawiozę panią na dół – zaproponował potulnie strażnik.
– Znam drogę. To zadziwiające, że do tego burdelu przychodzą jacyś klienci! – Cofnęła się. Na jej twarzy pojawiły się jaskrawe wypieki. Lecz nie ze złości – jak myśleli. Ze strachu. – Korzystam z usług firm prawniczych z czterech stanów i nigdy dotąd nie spotkałam się z takim przyjęciem! – wrzasnęła. Była już na środku foyer. – W zeszłym roku wydałam pół miliona na honoraria adwokackie, a w tym zamierzam wydać milion, ale wy, kretyni, nie zarobicie na mnie ani centa! – Im bliżej windy, tym głośniej wykrzykiwała impertynencje. Była z pewnością nienormalna. Patrzyli na nią zdumieni, dopóki nie zniknęła za drzwiami.
Gray z telefonem przy uchu chodził wokół łóżka. Dzwonił do Smitha Keena. Darby leżała z zamkniętymi oczami.
– Smith? – Zatrzymał się. – Cześć. Musisz mi coś szybko sprawdzić.
– Gdzie jesteś? – spytał Keen.
– W hotelu. Słuchaj, przejrzyj gazety z ostatniego tygodnia. Potrzebuję nekrologu Curtisa D. Morgana.
– Kogo?
– Garcii.
– Garcii?! Garcia nie żyje?!
– Na to wygląda. Zginął podczas napadu.
– Pamiętam! W zeszłym tygodniu mieliśmy taką historię o młodym prawniku, którego zastrzelono i obrabowano.
– To on. Potrzebny mi jest adres jego żony.
– Jak go znalazłeś?
– To długa historia. Chcemy jeszcze dzisiaj porozmawiać z wdową.
– Garcia nie żyje… To wszystko cuchnie pod niebiosa.
– Gorzej. Chłopak musiał coś naprawdę wiedzieć i wykończyli go.
– Czy tobie nic nie grozi?
– Kto wie…
– Gdzie jest dziewczyna?
– Ze mną.
– Pomyślałeś, że mogą obserwować dom Garcii?
Rzeczywiście! Nie wpadł na to.
– Musimy zaryzykować. Zadzwonię za piętnaście minut.
Postawił telefon na podłodze i usiadł w staroświeckim bujanym fotelu. Na stole stała butelka z ciepłym piwem. Upił długi łyk. Spojrzał na Darby. Leżała nieruchomo, przedramieniem zasłaniając oczy. Była ubrana w dżinsy i bluzę treningową. Zmięta sukienka leżała w rogu łóżka, szpilki w odległych kątach pokoju.
– Nic ci nie jest? – zapytał cicho.
– Nie.
Była naprawdę sprytna, a Grantham cenił tę cechę u kobiet. Oczywiście studentów prawa uczono sprytu nawet w przerwach między zajęciami. Pił piwo i podziwiał zarys jej bioder.
– Gapisz się na mnie – stwierdziła.
– Tak.
– Seks jest ostatnią rzeczą, na jaką mam ochotę.
– Więc dlaczego o nim mówisz?
– Bo czuję, że pożerasz mnie wzrokiem aż po czerwone paznokcie u nóg.
– Fakt.
– Boli mnie głowa. Czuję potworny, pulsujący, nieporównywalny z niczym ból.
– Zapracowałaś na niego. Czy mam ci coś przynieść?
– Tak. Bilet w jedną stronę na Jamajkę.
– Posłuchaj, Darby. Możesz wyjechać choćby dzisiaj. Jeśli chcesz, zawiozę cię na lotnisko.
Odsłoniła oczy i delikatnie dotknęła palcami skroni.
– Przepraszam, że płakałam.
Kiedy wyszła z windy, była zalana łzami. Czekał na nią jak mąż na żonę po ciężkim porodzie. Z tym że zamiast kwiatów miał w kieszeni trzydziestkęósemkę – pistolet, o którym nie wiedziała.
– Czy zmieniłaś zdanie o pracy reportera? – spytał.
– Wolałabym pracować w rzeźni.
– Szczerze mówiąc, nie każdy dzień jest tak wyczerpujący. Czasami siedzę całymi godzinami za biurkiem i wydzwaniam do setek biurokratów, którzy nie mają nic do powiedzenia.
Zdjął buty i oparł stopy o łóżko. Darby zamknęła oczy i zaczęła oddychać miarowo. Mijały minuty i żadne z nich się nie odzywało.
– Wiesz, że Luizjanę nazywają stanem pelikanów? – spytała, nie otwierając oczu.
– Nie, nie wiedziałem.
– Powinni się wstydzić, bo na początku lat sześćdziesiątych pelikany brunatne niemal wyginęły.
– Dlaczego?
– Pestycydy. Pelikany żywią się najchętniej rybami, a ryby pływały w rzekach zatrutych węglowodorami spływającymi z pól. Deszcz wypłukuje pestycydy z ziemi, potem to świństwo spływa małymi strumyczkami do rzek wpadających między innymi do Missisipi. Zanim pelikany złowiły ryby, te stawały się żywym magazynem DDT i innych środków chemicznych, które później odkładały się w tkance tłuszczowej ptaków. Śmierć przychodziła powoli: pelikany, orły i kormorany korzystają z zapasów gromadzonych w tkankach jedynie w czasach głodu lub niepogody i wtedy zatruwają się własnym tłuszczem. Nawet jeśli nie padły, nie mogły dochować się potomstwa. Jaja pelikanów mają tak cienką i kruchą skorupę, że często pękają podczas wysiadywania. Słyszałeś o tym?
– Nie. Nigdy nie interesowałem się ptakami.
– Pod koniec lat sześćdziesiątych Luizjana zaczęła sprowadzać pelikany brunatne z Florydy. Z czasem udało się odnowić populację tych ptaków, ale gatunek wciąż jest zagrożony. Przed czterdziestu laty na bagnach gnieździły się tysiące pelikanów. Teraz cyprysowe mokradła, o które tak usilnie zabiega pan Mattiece, dają schronienie zaledwie kilkudziesięciu parom.
Gray rozmyślał o losie pelikanów. Darby długo milczała.
– Jaki dzisiaj jest dzień? – spytała, ciągle nie otwierając oczu.
– Poniedziałek.
– Tydzień temu wyjechałam z Nowego Orleanu. Dwa tygodnie temu Thomas był na obiedzie z Verheekiem. To właśnie wtedy raport “Pelikana” trafił w niepowołane ręce.
– Trzy tygodnie temu, bez jednego dnia, zamordowano Rosenberga i Jensena.
– Byłam zwyczajną studentką, myślałam tylko o sobie i o cudownym profesorze prawa, którego kochałam. I wszystko przepadło…
“Przepadła tylko uczelnia i profesor prawa” – pomyślał.
– Co chcesz robić dalej?
– Nie wiem. Zastanawiam się, jak wyjść z tego bagna i nie stracić życia. Zaszyję się gdzieś na kilka miesięcy… może lat. Pieniędzy starczy mi na długo. Jeśli stwierdzę, że nie muszę oglądać się za siebie na ulicy, to wrócę.
– Na studia?
– Nie sądzę. Prawo straciło dla mnie swój urok.
– Dlaczego chciałaś zostać prawniczką?
– Zdecydował mój młodzieńczy idealizm i… rzecz jasna… pokusa zarabiania wielkich pieniędzy. Myślałam, że zdołam zmienić świat i ktoś mi jeszcze za to zapłaci.
– Ale czy w naszym kraju brakuje tych cholernych prawników? Nie rozumiem, po co ci niegłupi młodzi ludzie pchają się na prawo.
– To proste: z chciwości. Chcą jeździć BMW i płacić złotymi kartami kredytowymi. Jeśli dostaniesz się na prawo, ukończysz studia w pierwszej dziesiątce i znajdziesz pracę w dużej firmie, po kilku latach zarabiasz rocznie sześciocyfrowe sumy, które z czasem stają się coraz większe. Masz to jak w banku. W wieku trzydziestu pięciu lat zostajesz wspólnikiem i zgarniasz przynajmniej dwieście tysiączków. Oczywiście najlepsi zarabiają więcej.
– A co robi pozostałe dziewięćdziesiąt procent absolwentów?
– Powodzi im się gorzej. Przypadają im resztki.
– Większość prawników, jakich znam, nienawidzi swojej pracy. Ciągle się na nią skarżą i ciągle powtarzają, że woleliby robić coś innego.
– Ale czy choćby jeden rzucił wszystko w cholerę? Nie! Z powodu pieniędzy. Nawet najgorszy wyrobnik, pracujący w jakiejś zapyziałej kancelarii, po dziesięciu latach praktyki wyciąga sto tysięcy rocznie. Stać go na to, by nienawidzić pracy, ale gdzie znajdzie takie pieniądze?
– Gardzę prawnikami.
– Sądzę, że większość ludzi mówi to samo o reporterach.
Słuszna uwaga. Gray spojrzał na zegarek i podniósł słuchawkę telefonu. Smith odczytał mu nekrolog i artykuł z “Posta”, opisujący bezsensowną śmierć młodego prawnika zamordowanego na ulicy. Gray robił notatki.