Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]
- Автор: Гришэм Джон
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]». Краткое содержание книги:
– Czy pan Coal wierzy w prawdziwość raportu?
– Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Wiem tylko, że pan Coal jest bardzo nim zaniepokojony. Dlatego przysłał mnie do pana, panie Mattiece. Musimy wiedzieć.
– Załóżmy, że jest prawdziwy. Co wtedy?
– Będziemy mieli spore problemy.
Mattiece w końcu poruszył się. Przeniósł ciężar ciała na prawą nogę i założył ręce na zapadniętej piersi. Jego oczy pozostały jednak nieruchome. Za oknem widać było porośnięte ostami wydmy i ani skrawka oceanu.
– Wiesz, jakie jest moje zdanie? – zapytał cicho.
– Bardzo chciałbym je poznać.
– Waszym problemem jest Coal. Rozdał raport wielu ludziom… zbyt wielu ludziom. Dał go CIA. Dał go tobie do przeczytania. I to mnie niepokoi.
Barr nie wiedział, jak zareagować. To był absurd! Przecież Coalowi nie mogło zależeć na rozpowszechnianiu raportu! Miał zbyt wiele do stracenia. “Moim zdaniem problemem jesteś ty, Mattiece – pomyślał. – Zabiłeś sędziów! Wpadłeś w panikę i ukatrupiłeś Callahana! Jesteś chciwym skurwysynem, który nie umiał zadowolić się marnymi pięćdziesięcioma milionami!”
Mattiece odwrócił się powoli i spojrzał na Barra. Miał ciemne, przekrwione oczy. Nie przypominał mężczyzny ze zdjęcia z wiceprezydentem, ale zrobiono je przecież siedem lat temu. Od tamtej pory postarzał się co najmniej o dwadzieścia lat i gdzieś po drodze musiało mu porządnie odbić.
– Wiesz, kto ponosi za to winę? Wy! Pajace z Waszyngtonu! – powiedział głośniej.
Barr nie mógł na niego patrzeć.
– Panie Mattiece, czy raport mówi prawdę? Nic więcej nie chcę wiedzieć.
Za plecami Barra otworzyły się bezszelestnie drzwi. Do pokoju wszedł Larry. Omijając ręczniki, postąpił dwa kroki – i zamarł w bezruchu.
Mattiece ruszył ścieżką z ręczników w kierunku szklanego przepierzenia prowadzącego na taras i pchnął szybę. Wyjrzał na zewnątrz i rzekł cicho:
– Oczywiście, że mówi prawdę. – Wyszedł na taras i zasunął powoli szklane drzwi.
Barr spoglądał za obłąkanym, sunącym chodnikiem na wydmy.
“Co teraz? – pomyślał. – Czy przyjdzie po mnie Emil? A może…”
Larry zbliżył się bezszelestnie z liną w rękach. Barr niczego nie słyszał, niczego nie podejrzewał do chwili, gdy było już za późno. Pan Mattiece nie życzył sobie krwi w pawilonie. Larry złamał więc Barrowi kark i dusił tak długo, dopóki Matthew nie umarł.
ROZDZIAŁ 38
Plan wymagał, by w tym momencie wjechała windą na górę, lecz do tej pory wydarzyło się tyle nieprzewidzianych rzeczy, że wolałaby zmienić plan. Grantham sprzeciwił się. Wdali się w prawdziwą kłótnię o to, kto pojedzie windą – i przegrała. Grantham miał rację: była to najszybsza droga do Curtisa Morgana. Ale i ona miała rację: była to najniebezpieczniejsza droga do Curtisa Morgana. Zgodziła się jednak, że inne drogi mogą okazać się równie niebezpieczne. Cały plan był bowiem naszpikowany niebezpieczeństwami.
Miała na sobie swoją jedyną sukienkę i jedyną parę szpilek. Gray powiedział, że wygląda naprawdę ładnie, ale czy mógłby powiedzieć coś innego? Winda zatrzymała się na ósmym piętrze i kiedy z niej wysiadła, poczuła skurcz w żołądku, miała również trudności z oddychaniem.
Recepcja była po drugiej stronie bogato zdobionego foyer. Za plecami urzędującej w niej panienki widniały grube mosiężne litery, tworzące nazwę firmy. Darby czuła słabość w kolanach, ale udało jej się dojść do recepcjonistki, która uśmiechnęła się służbowo. Było dziesięć po piątej.
– Czym mogę służyć? – spytała Peggy Young, bo takie nazwisko widniało na plakietce, przypiętej do służbowego kostiumu.
– Otóż… – zaczęła Darby, odchrząknąwszy nerwowo -…byłam umówiona na piątą z panem Curtisem Morganem. Nazywam się Dorothy Blythe.
W recepcjonistkę jakby piorun strzelił. Otworzyła usta i wlepiła oczy w Darby, obecnie Dorothy. Nie mogła wydusić z siebie ani słowa.
Serce Darby stanęło.
– Czy coś jest nie tak?
– Eeemm… nie. Pani wybaczy… Sekundę… – Peggy Young zerwała się z miejsca i pobiegła w głąb korytarza.
Uciekaj! Serce zaczęło jej walić jak młot. Uciekaj! Próbowała opanować oddech, co groziło hiperwentylacją. Nogi miała jak z gumy. Uciekaj!
Rozejrzała się wokół, udając klientkę czekającą na prawnika. Przecież nie zastrzelą jej w foyer na ósmym piętrze kancelarii adwokackiej!
Mężczyzna pojawił się pierwszy, recepcjonistka dreptała za nim. Miał jakieś pięćdziesiąt lat, grzywę siwych włosów i groźny wyraz twarzy.
– Witam – powiedział. – Nazywam się Jarreld Schwabe, jestem jednym ze wspólników. Powiedziała pani, zdaje się, że jest umówiona z Curtisem Morganem.
Trzymaj się.
– Owszem. O piątej. Czy coś się stało?
– I nazywa się pani Dorothy Blythe?
Tak, ale nie mów do mnie Dot!
– Właśnie. Mam panu pokazać prawo jazdy? Może zechce pan wytłumaczyć mi, o co tu chodzi? – Grała wspaniale, ale jej irytacja wcale nie była udawana.
– Jeśli wolno spytać… Kiedy umawiała się pani z Curtisem?
– Nie pamiętam. Dwa tygodnie temu? Poznałam go na przyjęciu w Georgetown. Przedstawił się jako prawnik zajmujący się obrotem paliwami, a tak się składa, że ktoś taki jest mi pilnie potrzebny. Dzwoniłam tutaj i ktoś umówił mnie na spotkanie. A teraz, jeśli łaska, proszę powiedzieć: co się tutaj dzieje?!
– Dlaczego jest pani pilnie potrzebny prawnik zajmujący się paliwami?
– Drogi panie, nie mam zwyczaju tłumaczyć się przed obcymi, szczególnie w kwestii porad prawnych – syknęła niczym prawdziwa jędza.
Otworzyły się drzwi windy. Wysiadł z niej jakiś mężczyzna w tandetnym garniturze i szybkim krokiem podszedł do rozmawiających. Darby spiorunowała go wzrokiem. Nogi w każdej chwili mogły odmówić jej posłuszeństwa.
– W naszych dokumentach nie ma informacji o takim spotkaniu. – Schwabe nie dawał za wygraną.
– Więc niech pan zwolni swoją sekretarkę. Czy wszystkich klientów wita się tu w taki sposób?! – Oooch, jakże była oburzona!
Ale Schwabe nie dał się zbić z tropu.
– Nie może pani spotkać się z Curtisem Morganem -oznajmił.
– A to dlaczego? – spytała.
– Bo nie żyje.
Nogi Darby ugięły się. Ostry ból targnął jej żołądkiem. “Nic nie szkodzi – pomyślała. – Możesz wyglądać na wstrząśniętą. Przecież umarł twój prawnik”.
– Nie mogę w to uwierzyć! Dlaczego nikt mnie nie powiadomił?
– Jak już wspomniałem, w naszym rejestrze nie figuruje nazwisko Dorothy Blythe – powiedział Schwabe, nadal pełen podejrzeń.
– Ale… co się stało? – zapytała wstrząśnięta.
– Został napadnięty, przed tygodniem. Zapewne padł ofiarą jakiegoś ulicznego gangu.
– Czy ma pani jakiś dowód tożsamości? – zainteresował się facet w tandetnym garniturze.
– A kim pan jest, do cholery? – warknęła.
– Ochrona – wyjaśnił Schwabe.
– Przed czym?! – krzyknęła jeszcze głośniej. – Prowadzicie tu firmę adwokacką czy więzienie?
Wspólnik zerknął na gościa w tanim garniturze. Było jasne, że żaden nie wie, co teraz począć. Stała przed nimi młoda, porządnie wyglądająca kobieta, którą wyprowadzili z równowagi. Historyjka, którą opowiedziała, brzmiała wiarygodnie. Spuścili nieco z tonu.
– Sądzę, że powinna pani opuścić nasze biuro, panno Blythe – stwierdził Schwabe.
– Z przyjemnością!
– Tędy, proszę – powiedział strażnik i ujął ją za łokieć.
Odepchnęła jego dłoń.