Honor ponad wszystko [Echoes of Honor - pl]
- Автор: Вебер Дэвид Марк
- Год: 2003
- Язык: польский
- Год: REBIS
- ISBN: 83-7301-389-X
- Переводчик: Jaroslaw Kotarski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Honor ponad wszystko [Echoes of Honor - pl]». Краткое содержание книги:
Tymczasem na Hadesie, planecie więziennej, Honor leczy rany odniesione w trakcie ucieczki. O tym, że przeżyła, wiedzą jedynie dwie osoby. Dzięki pomocy więźniów Harrington opanowuje planetę i obiecuje zabrać ich ze sobą. Jest tylko jeden problem — uwięzionych jest prawie czterysta tysięcy, a ona ma zwyczaj dotrzymywać słowa.
— Tak jest, ma’am. Działa… — Tremaine nie dodał „jak na razie”, ale i tak było to słychać na tyle wyraźnie, że Honor się uśmiechnęła.
— W takim razie wróć do nich, proszę, i powiedz, że wiem, że zrobią wszystko, co się da.
— Oczywiście, ma’am — Tremaine zasalutował i odwrócił się ku drzwiom.
— Wystarczy rano, Scotty — roześmiała się Honor. — Nie pałętaj się po lesie po ciemku, bo jeszcze coś nachalnego spróbuje cię zjeść po drodze.
— Może się pan przespać u nas, komandorze — zaproponowała Harriet Benson.
Po prawie dwóch miesiącach praktyki większość podkomendnych Honor rozumiała bez zbytnich kłopotów zarówno ją, jak i Henriego.
— Henri będzie zachwycony, zdaje się, że wymyślił już swój następny ruch — dodała. — Obaj z komandorem Casletem sądzą, że mimo wszystko znaleźli jednak na pana sposób.
Honor zachowała starannie neutralny wyraz twarzy — żaden z jeńców nie użył w stosunku do Casleta obelżywego zwrotu „towarzysz”. Nikt co prawda nie był też uszczęśliwiony jego obecnością, ale nikt także nie był z tego powodu specjalnie nieszczęśliwy, jak się pierwotnie obawiała. Najwidoczniej wśród jeńców i więźniów politycznych w innych obozach znajdowało się tylu oficerów Ludowej Marynarki zesłanych tu w ramach czystek zarządzonych przez Komitet Bezpieczeństwa Publicznego, że jeńcy wyrobili sobie przez te dziesięć lat podejście „żyj i dać żyć innym” w stosunku do nich. Honor podejrzewała, że określenie „czarni” używane w stosunku do ubeków było tego pochodną — rozróżnieniem między prawdziwymi wrogami a współtowarzyszami niedoli.
Sposób traktowania Casleta nie oznaczał bynajmniej, by ktoś miał najmniejszy choć zamiar ryzykować — wszyscy byli wobec niego uprzejmi, zwłaszcza gdy rozniosła się wieść, za co i w jaki sposób się tu znalazł, o co się postarali towarzysze Honor, ale na wszelki wypadek mieli na niego oko. Był to jeden z powodów, dla których został przydzielony do domu Benson i Dessouix.
— Ładnie to tak: kupą na jednego? — spytał Tremaine, z uśmiechem spoglądając na Benson i nie zdając sobie zupełnie sprawy, o czym myślała Honor. — Ale i tak im to nic nie da: podejrzewam, że wiem, co wymyślili. I tak dostaną mata w sześciu ruchach.
— Spróbuj za bardzo nie zranić ich uczuć, Scotty — doradziła Honor. — Z tego co wiem, porucznik Dessouix jest całkiem dobry w sztukach walki.
Nie dodała, że to był główny powód zakwaterowania Casleta właśnie tam, jako że nie na ten temat toczyła się rozmowa.
— Jak nie chciał mieć zranionych uczuć, to mógł mi tak nie złoić skóry w pierwszych dwóch grach, ma’am! — oznajmił z pretensją w głosie i błyskiem w oku Scotty.
Po czym zasalutował i wyszedł.
— Rozrywkowy młody człowiek — ocenił Ramirez. — I jak sądzę, pomysłowy.
Nimitz bleeknął potwierdzająco, nie ruszając się z ręcznie wykonanego stołu, co było zrozumiałe, jako że Benson zaczęła go drapać za uszami. Naturalnie jeszcze się podstawił i zaczął mruczeć donośnie, żeby już nikt nie miał wątpliwości, jak mu jest dobrze.
— Zgadzam się z tobą w obu przypadkach — potwierdziła Honor, przyglądając się Nimitzowi.
Treecat podbił serca jeńców ze zwyczajową wprawą i skutecznością. Udało mu się dosłownie z każdym. Tym razem jednak miał poważniejsze powody, by wdzięczyć się do nich. Proces uwodzenia, jak to Honor nazwała na swój prywatny użytek, dawał mu (a więc i Honor) okazję do poznania ich emocji. Przy tej okazji wyszło na jaw, że paru balansuje na krawędzi szaleństwa, o czym Honor poinformowała Ramireza i Benson. Okazało się też, iż z sześciuset dwunastu jeńców przebywających w obozie Inferno tylko jeden jest parszywą owcą.
Honor była zaskoczona, że tylko jeden jeniec był agentem UB, jego współtowarzysze zaś, że aż jeden. Agentem okazał się specjalista od tkactwa i pochodnych sposobów wytwarzania materiału z lokalnych roślin, z którego Dessouix i jego dwaj pomocnicy szyli ubrania. Dlatego był istotnym elementem obozowej gospodarki, a co gorsza większość jeńców uważała go za przyjaciela, dlatego też szok był tym większy, gdy okazało się, że został tu przysłany, by zdradzić ich zaufanie.
Tyle że jak się okazało w trakcie przesłuchania, nie był agentem, tylko szpiclem, czyli jak to się eufemistycznie określa, „informatorem”. Różnica była subtelna, ale uratowała mu życie. Przynajmniej taki był oficjalny powód — w rzeczywistości Ramirez uznał, że zdrajca może się jeszcze przydać. Dzięki Nimitzowi (i sugestii Honor) Benson i Dessouix znaleźli w jego materacu radiotelefon satelitarny bliskiego zasięgu. Gdyby im się to nie udało przed kolejnym lotem zaopatrzeniowym, kapuś zginąłby, gdyż oczywiste było, że musi mieć jakiś środek łączności, a wystarczyło jedno zdanie, by wszyscy zginęli. Przy okazji przesłuchania dowiedzieli się także, dlaczego zgodził się na współpracę z UB — by uratować życie swego kochanka.
Radiotelefon oczywiście został skonfiskowany, a do jego pilnowania przez całą dobę Ramirez wyznaczył osiemnastu ludzi podzielonych na trzy zmiany po sześciu. Honor była zadowolona z takiego rozwiązania, gdyż pozostali jeńcy zbyt długo uważali go za przyjaciela, by zabicie go nie odbiło się negatywnie na ich morale.
— …na placówce Basilisk?
Honor zamrugała gwałtownie, słysząc koniec pytania, i dopiero w tym momencie dotarło do niej, że zadał je McKeon.
— Przepraszam, Alistair, myślałam o czymś zupełnie innym — przyznała przepraszająco. — O co pytałeś?
— Czy pamiętasz, jakim nieopierzonym gówniarzem był Scotty, gdy przybyliśmy na placówkę Basilisk — powtórzył McKeon i wyjaśnił pozostałym: — Pełnym dobrych chęci, ale tak zielonym, że aż strach.
— A kiedy z niej odlatywaliśmy, był o kilkaset tysięcy bogatszy — dodała z półuśmiechem Honor.
— Przynajmniej — zgodził się McKeon. — Miał nosa do odnajdowania kontrabandy. Dzięki czemu gdy admiralicja wypłaciła pryzowe, stał się naprawdę popularny wśród załogi.
— Mogę sobie wyobrazić! — roześmiała się Benson.
— Ale nie przewróciło mu to w głowie — dodała Honor. — Zawsze miał tam dobrze poukładane i potrafił myśleć. Obie cechy jeszcze się pogłębiły w miarę zdobywania doświadczenia.
— Przyznam, że mnie to nie dziwi — powiedziała Benson i dodała poważniej: — Na ile zmusi nas to do zmiany planów?
— Jeżeli transponder drugiego promu będzie działał, to wcale. — Honor wyciągnęła rękę. Nimitz przykuśtykał i usadowił się na jej kolanach. — Jeden z promów musi zająć się kurierem, do czego transponder i kod identyfikacyjny nie będą mu absolutnie potrzebne.
— A jeżeli transponder drugiego promu też się zepsuje? — spytał cicho McKeon.
— To będziemy mieli dwa wyjścia: albo wymyślimy sposób zdobycia nie uszkodzonego promu transportowego, albo zrezygnujemy z „Koszyka” na rzecz bardziej bezpośredniego, nazwijmy to, rozwiązania — odparła cicho, nie kryjąc niechęci.
Było to zrozumiałe, gdyż operacja „Koszyk”, jak ją Honor nazwała, choć skomplikowana, była w zasadzie jedynym rozwiązaniem gwarantującym szansę sukcesu. Każdy z pozostałych planów, jakie wymyślili, dawał większe prawdopodobieństwo śmierci w walce niż wydostania się z Piekła. O tym nikt nie wspominał, bo nie dość, że wszyscy wiedzieli, to i tak było to lepsze rozwiązanie od dalszego pozostania na więziennej planecie.
— Lepiej więc skoncentrujmy się na tym, żeby drugiemu transponderowi nic się nie przytrafiło — zaproponował McKeon z taką powagą, że Honor parsknęła śmiechem.