Honor ponad wszystko [Echoes of Honor - pl]
- Автор: Вебер Дэвид Марк
- Год: 2003
- Язык: польский
- Год: REBIS
- ISBN: 83-7301-389-X
- Переводчик: Jaroslaw Kotarski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Honor ponad wszystko [Echoes of Honor - pl]». Краткое содержание книги:
Tymczasem na Hadesie, planecie więziennej, Honor leczy rany odniesione w trakcie ucieczki. O tym, że przeżyła, wiedzą jedynie dwie osoby. Dzięki pomocy więźniów Harrington opanowuje planetę i obiecuje zabrać ich ze sobą. Jest tylko jeden problem — uwięzionych jest prawie czterysta tysięcy, a ona ma zwyczaj dotrzymywać słowa.
Natomiast dla aktualnego problemu jeńców oraz Honor i jej ludzi czy bezczynności miało to niewielkie znaczenie. By móc zacząć działać, potrzebowali dwóch rzeczy — by pilot promu, który przyleci z zaopatrzeniem, wcześniej połączył się z bazą i by zjawił się w chwili, w której żadnego innego promu nie będzie w zasięgu bezpośredniej, to jest nie przesyłanej przez satelitę komunikacyjnego łączności.
Jak do tej pory miały miejsce trzy loty zaopatrzeniowe i ani razu nie zaistniały niezbędne do powodzenia ataku warunki. A czekanie doskwierało wszystkim coraz bardziej — Honor także, co uczciwie sama przed sobą przyznawała. Jedyne pocieszenie stanowił fakt, że żywności dostarczanej co miesiąc wystarczało i dla jeńców, i dla jej ludzi, i to bez konieczności ograniczania racji. Więźniów liczono tylko raz do roku, a w obozie Inferno od ostatniego spisu ludności zmarło trzynaście osób, co w połączeniu z szacunkowo liczoną żywnością zapewniało nawet lekką nadwyżkę jedzenia.
Było go tyle i miało taką wartość odżywczą, że Honor prawie wróciła do normalnej wagi, włosy jej powoli odrastały i rozpoczęła nawet lekkie treningi. Brak oka i ręki nie był w nich pomocny, ale powoli wracała do sił, sprawiając tym niesłabnącą satysfakcję Montoyi. Całkiem słusznie uważał, że to głównie jego zasługa.
Zdała sobie sprawę, że jej myśli błądzą, co było nieomylnym sygnałem, że jest zmęczona, zabrała więc Nimitza i wstała.
— Cóż, cokolwiek byśmy myśleli, i tak do następnej dostawy żywności nic nie zrobimy — oceniła z lekkim uśmiechem. — A póki co, to nie tylko Alistair zrobił się śpiący. Do zobaczenia na śniadaniu.
— Naturalnie. — Ramirez i Benson wstali prawie równocześnie.
— W takim razie dobranoc — pożegnała ich Honor. I wyszła w mrok nocy.
Rozdział XXIII
— Komodor Harrington! Komodor Harrington!
Honor uniosła głowę i odwróciła się szybko. Brak ręki wykluczał ją z większości prac niezbędnych do normalnego funkcjonowania społeczności obozowej, ale okazało się, że ma znacznie lepszy zmysł estetyczny, niż sądziła. Trudno się było temu dziwić, jako że nie była to dziedzina, której kiedykolwiek dotąd poświęcałaby większą uwagę. Teraz tak się stało, toteż zaczęła pomagać Henriemu w doborze i mieszaniu barwników. Jako zastępczyni Ramireza Harriet Benson zajmowała się rozdzielaniem prac, toteż na asystenta Honor przydzieliła porucznika Stephensona, niegdyś z floty układu Lowell. Stephenson nie miał za grosz wyczucia kolorów, miał za to dwie w pełni sprawne, silne ręce, dzięki czemu doskonale nadawał się do rozbijania w domowej roboty moździerzu i mieszania rozmaitych korzonków, jagódek, listków, robaków i innego barachła, z którego dało się według Henriego Dessouix uzyskać jakieś barwniki. Miał też radosne usposobienie, toteż całkiem dobrze im się razem eksperymentowało. Prawie udało im się uzyskać taki odcień ciemnej zieleni, jaki Honor wybrała na kurtki mundurowe swej Gwardii… O tym wszystkim jednakże natychmiast zapomniała, widząc wyraz twarzy nadbiegającej kobiety i czując jej emocje.
— Tak? — spytała ostro.
Za plecami usłyszała ciche łupnięcie, gdy Andrew LaFollet opuścił gałąź, na której trzymał zwyczajową wartę.
— Komodor Ramirez prosi, by pani jak najszybciej przyszła, ma’am! — wysapała goniec zziajana po biegu w południowym upale. — Kazał powiedzieć… że Babcia w drodze!
Honor obejrzała się odruchowo i oboje z LaFolletem spojrzeli sobie w oczy. Andrew uśmiechnął się i podał jej zdjęty z lewego nadgarstka komunikator.
Wzięła go, odetchnęła głęboko i przycisnęła guzik nadawania. Komunikator pochodził z zapasów Urzędu Bezpieczeństwa i został nastawiony na nie używaną przez garnizon częstotliwość, ale wyłączono w nim kodowanie, wychodząc z założenia, że jeśli przypadkiem ktoś podsłuchałby rozmowę, niezrozumiała wymiana zdań wzbudzi mniejsze podejrzenia od kodowanej transmisji prywatnej.
Rozmowa zresztą miała być niezwykle zwięzła.
— Wilk — powiedziała wyraźnie. — Powtarzam: Wilk. Przez moment panowała cisza, po czym odezwał się zaskoczony głos Sarah DuChene:
— Rozumiem: Wilk. Powtarzam: rozumiem, Wilk.
Honor wyłączyła komunikator i uśmiechnęła się, ukazując zęby. Oddała urządzenie LaFolletowi, wzięła Nimitza, i nie przestając się uśmiechać, pobiegła w stronę obozu tak szybko, jak potrafiła.
Towarzysz porucznik Allen Jardine ziewnął, aż mu szczęki zatrzeszczały, kładąc prom w łagodny zakręt wyprowadzający go prosto na lądowisko. Jedyną oznakę cywilizacji w okolicy, samego obozu naturalnie nie licząc. Z wysokości czterech i pół tysiąca metrów jedno i drugie było wyraźnie widoczne, ale on znajdował się znacznie niżej, jako że już rozpoczął podejście do lądowania.
— Inferno przed nami — zawiadomił znudzoną załogę. — Gearing, właź na górę.
— Jasne. Idę — burknął towarzysz kapral Gearing.
I zajął stanowisko w górnej wieżyczce artyleryjskiej wyposażonej w ciężkie wielolufowe działko pulsacyjne. Na wszelki wypadek sprawdził, czy wieżyczka obraca się bez problemów, włączył zasilanie działka i zameldował:
— Wieżyczka sprawna, broń gotowa.
— Potwierdzam sprawdzenie wieżyczki — skwitował meldunek Jardine.
Pomimo znudzenia bowiem towarzysz porucznik Jardine przestrzegał regulaminu, zasad łączności i wszelkich innych przepisów. Dzięki temu był osobą niepopularną wśród innych pilotów, a serdecznie nie cierpianą przez załogi. Na planecie przebywał od dziewięciu miesięcy standardowych i nic nie wskazywało na to, by normalniał. A działo się tak dlatego, że nie miał zamiaru dołączyć do grona bezmyślnych wałkoni stanowiących w jego opinii przytłaczającą większość garnizonu. Jak podejrzewał, był to także główny powód, dla którego towarzysz kapitan Tresca przydzielał mu najczęściej loty zaopatrzeniowe do obozu Inferno. W końcu jeśli gdziekolwiek mogły wynikać jakieś kłopoty, to właśnie tam.
Tak na dobrą sprawę nikt, nawet towarzysz porucznik Jardine, nie wierzył, by ktokolwiek był na tyle głupi, aby czegoś próbować, nie chcąc umierać powoli z głodu. Inni piloci już nie raz go namawiali, żeby przestał być takim służbistą, ale było to wbrew jego naturze, toteż jak dotąd niczego nie zmienił. I nie zamierzał.
Z tym mocnym postanowieniem wypuścił podwozie i zawisł nad lądowiskiem.
— Uwaga! — mruknęła cicho Honor.
Siedziała pod siatką maskującą rozpiętą na wzgórku, skąd pierwszy raz obserwowała obóz, co uznać można było za dobry omen. Podobnie jak to, iż według jej wyliczeń prawie dokładnie rok temu dostała się do niewoli — a taka rocznica wymagała stosownego prezentu.
Za nią rozstawiono zestaw do łączności satelitarnej zgrany z siecią łączności garnizonu. Dzięki niemu byli w stanie słyszeć każdą rozmowę między lądującym promem a obozem Charon. A pilot tego promu w przeciwieństwie do większości przestrzegał procedur łączności, co dało aż za dużo okazji, by poznać kod identyfikacyjny transpondera jego promu. Był na tyle uprzejmy, że meldował się po każdym lądowaniu, i prawie było jej szkoda, że czekał go taki koniec. Ludzie dobrze wykonujący swe obowiązki zasługiwali na lepszy los. A swoistą ironią losu było to, że właśnie staranne wykonywanie obowiązków ściągnęło na jego głowę problemy, o których jeszcze nie wiedział.
Uniosła elektroniczną lornetkę, będąc cały czas na nasłuchu. Czuła niecierpliwość i oczekiwanie McKeona znajdującego się obok i Nimitza stojącego w nosidle, które miała tym razem na plecach. Nimitz wyglądał ponad jej ramieniem i patrząc na lądowisko, nie mógł się wręcz doczekać, jak zresztą każdy drapieżnik, kiedy wreszcie zaatakują.