Statki czasu [The Time Ships - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М.
- Год: 1996
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-087-4
- Переводчик: Edward Szmigiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Statki czasu [The Time Ships - pl]». Краткое содержание книги:
Autoryzowana kontynuacja Wehikułu czasu Herberta George’a Wellsa.
Po mniej więcej godzinie natrafiliśmy na nieruchomą, zgarbioną postać na ziemi. Smród był tak ostry, że musiałem przyłożyć postrzępioną chusteczkę do twarzy. Ciało było tak potwornie spalone i zniekształcone, że z początku myślałem, że być może to zwłoki jakiejś bestii — na przykład młodej diatrymy — ale potem usłyszałem krzyk Stubbinsa. Podszedłem do niego i na końcu poczerniałej, wyciągniętej na ziemi kończyny zobaczyłem kobiecą dłoń. Jakimś dziwnym trafem ręka była zupełnie nietknięta przez ogień. Palce były zwinięte jak we śnie, a na czwartym palcu pobłyskiwała złota obrączka.
Biedny Stubbins oddalił się chwiejnym krokiem między drzewa i usłyszałem, jak wymiotuje. Stojąc w zniszczonym lesie z bezużytecznymi skorupami z wodą na szyi, czułem się jak bezradny, stroskany idiota.
— A co, jeżeli tak jest wszędzie, sir? — zapytał Stubbins. — No wie pan, tak jak tu. — Nie mógł się zmusić, by spojrzeć na zwłoki, czy choćby wskazać je palcem. — A co, jeżeli nie znajdziemy żywego człowieka? Jeżeli wszyscy zginęli, spłonęli tak jak ta kobieta?
Położyłem rękę na jego ramieniu i wydobyłem z siebie siłę, której nie czułem.
— Jeżeli tak jest, to wrócimy na plażę i znajdziemy jakiś sposób, by dalej żyć — odrzekłem. — Postaramy się z tego wybrnąć. Tak właśnie zrobimy, Stubbins. Nie możesz się jednak poddawać, chłopie. Dopiero co rozpoczęliśmy poszukiwania.
Jego oczy odbijały się białym kolorem na tle twarzy, która była czarna jak u kominiarza.
— Tak — powiedział. — Ma pan rację. Nie możemy się poddawać. Postaramy się z tego wybrnąć, bo cóż innego możemy zrobić? Ale...
— Tak?
— Ach, nic takiego — odparł i poprawił swoją apteczkę, gotowy do dalszej drogi.
Nie musiał kończyć zdania, bym zrozumiał, o co mu chodzi! Jeżeli z wyjątkiem nas dwóch i Morloka wszyscy członkowie ekspedycji zginęli, to — Stubbins to wiedział — cała nasza trójka będzie przesiadywać w chatach na plaży aż do śmierci. A potem przypływ zaleje nasze kości i tak to się skończy. Będziemy mieli szczęście, jeśli pozostaną po nas skamieliny, które jakiś ciekawski właściciel domu wykopie w ogrodzie w Hampstead lub Kew za pięćdziesiąt milionów lat.
Była to ponura, bezsensowna perspektywa. Stubbins chciał wiedzieć, jak można było wybrnąć z tej sytuacji.
W przygnębiającym milczeniu zostawiliśmy zwęglone zwłoki kobiety i ruszyliśmy dalej.
Nie potrafiliśmy zmierzyć czasu w lesie i w otoczeniu tych przerażających zniszczeń. Dzień był długi, gdyż nawet słońce wydawało się zawiesić swój codzienny bieg po niebie, a cienie połamanych pni ani nie ulegały skróceniu, ani nie przesuwały się po ziemi. W rzeczywistości jednak minęło zaledwie jakieś pół godziny, nim usłyszeliśmy odgłos trzasku i miażdżenia, który zbliżał się do nas z wnętrza lasu.
Na początku nie widzieliśmy źródła hałasu. Stubbins ze strachu otworzył szeroko oczy, które w półmroku odznaczały się bielą kości słoniowej. Czekaliśmy, wstrzymując oddech.
Zbliżała się do nas jakaś sylwetka, która wynurzyła się z cienia. Potykała się i zderzała z kikutami drzew. Była to drobna postać, najwyraźniej cierpiąca, niemniej jednak niewątpliwie ludzka.
Z duszą na ramieniu popędziłem naprzód, nie zważając na skorupiaste, poczerniałe podłoże pod nogami. Stubbins był przy moim boku.
To była kobieta, ale twarz i górną część ciała miała takie popalone i poczerniałe, że nie mogłem jej rozpoznać. Padła w nasze ramiona z bełkotliwym westchnieniem, jakby doznała ulgi.
Stubbins posadził kobietę na ziemi, opierając ją o pień złamanego drzewa. W trakcie tego mamrotał zdławionym głosem niezręczne słowa pocieszenia:
— Proszę się nie martwić. Wszystko będzie dobrze, zaopiekuję się panią...
Kobieta nadal miała na sobie zwęglone szczątki koszuli z tkaniny diagonalnej i spodni w kolorze khaki, ale całe ubranie było poczerniałe i podarte. Jej ramiona były mocno poparzone, zwłaszcza na wewnętrznych stronach przedramion. Twarz miała popaloną — prawdopodobnie stała zwrócona przodem podczas wybuchu — ale wokół jej ust i oczu dostrzegłem paski zdrowego ciała, które zachowały się w dość dobrym stanie. Domyśliłem się, że w chwili wybuchu zakryła twarz rękami, chroniąc przynajmniej jej część, lecz niszcząc sobie przy tym przedramiona.
Otworzyła oczy, które miały intensywny, niebieski kolor. Z jej ust wydobył się owadzi szept. Pochyliłem się, żeby ją usłyszeć, przezwyciężając odrazę i grozę na widok poczerniałych szczątków jej nosa i uszu.
— Wody. Na litość boską, wody...
To była Hilary Bond.
13. RELACJA BOND
Stubbins i ja pozostaliśmy z Hilary przez kilka godzin, podając jej wodę z naszych skorup. Od czasu do czasu Stubbins wyruszał na obchód lasu i krzyczał we wszystkie strony, by przyciągnąć uwagę innych ludzi pozostałych przy życiu. Próbowaliśmy opatrzyć rany Hilary za pomocą środków z apteczki Stubbinsa, ale jej zawartość — przeznaczona do leczenia siniaków, rozcięć i tym podobnych drobnych urazów — okazała się niewystarczająca, by poradzić poważnym oparzeniom Hilary.
Hilary była osłabiona, ale mówiła do rzeczy i zdała mi relację z tego, co widziała podczas bombardowania.
Po tym, jak zostawiła mnie na plaży, ruszyła jak najszybciej przez las. Mimo to nie była bliżej niż milę od obozu, kiedy nadleciał messerschmitt.
— Zobaczyłam, jak bomba spada w powietrzu — szepnęła. — Ze sposobu, w jaki się żarzyła domyśliłam się, że skonstruowano ją z karolinu. Nigdy dotąd nie widziałam takiej, ale słyszałam o niej. Pomyślałam, że ze mną koniec. Zamarłam w bezruchu jak królik — lub głupiec — a kiedy odzyskałam świadomość, wiedziałam, że nie mam czasu ani paść na ziemię, ani schować się za drzewami. Zakryłam twarz rękami...
Błysk był nieludzko oślepiający.
— Światłość przypaliła mi ciało... To było jak otwarcie drzwi do piekieł... Poczułam, że moje policzki się topią, a kiedy otworzyłam oczy, zobaczyłam, że czubek mojego nosa płonie jak świeczka... To było niezwykłe...
Zaczęła kaszleć.
Potem nadszedł wstrząs — „jak powiew huraganu” — i została ciśnięta do tyłu. Poturlała się po podłożu lasu, aż zderzyła się z twardą powierzchnią — prawdopodobnie pniem drzewa — i na pewien czas straciła przytomność.
Kiedy przyszła do siebie, słup purpurowo-fioletowego płomienia wznosił się jak wyrastający z lasu demon, któremu towarzyszyły smugi stopionej ziemi i pary. Otaczające ją drzewa były strzaskane i popalone, choć — szczęśliwym trafem — ona sama znajdowała się na tyle daleko od epicentrum, by uniknąć największej siły zniszczenia i nie odniosła dalszych obrażeń wskutek spadających gałęzi lub innych odłamków.
Dotknęła nosa i zapamiętała tylko otępiałą ciekawość, kiedy zobaczyła w ręce jego dużą część.
— Ale nie czułam żadnego bólu... To bardzo dziwne. Choć — dodała ponuro — wkrótce zostało mi to skompensowane z nawiązką...
Słuchałem tego w milczeniu połączonym z grozą, podczas gdy w wyobraźni widziałem żywy obraz szczupłej, dość niezgrabnej dziewczyny, z którą wyławiałem małże zaledwie kilka godzin przed tym strasznym wydarzeniem.
Hilary myślała, że zasnęła. Gdy odzyskała świadomość, w lesie panowała znacznie większa ciemność — pierwsze płomienie przygasły — i nie wiadomo czemu odczuwała mniejszy ból. Zastanawiała się, czy czasem jej nerwy nie zostały uszkodzone.