Statki czasu [The Time Ships - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М.
- Год: 1996
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-087-4
- Переводчик: Edward Szmigiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Statki czasu [The Time Ships - pl]». Краткое содержание книги:
Autoryzowana kontynuacja Wehikułu czasu Herberta George’a Wellsa.
— Kto?
Zamiast odpowiadać, trochę uniosłem Nebogipfela.
— Ach, on.
Stubbins podrapał się z tyłu głowy, gdzie miał bardzo krótkie włosy.
— W tej chwili nic pan tam nie pomoże, Stubbins.
Westchnął.
— A zatem, sir, co mamy robić?
— Uważam, że powinniśmy pójść plażą kawałek dalej i znaleźć jakieś schronienie na noc. Przypuszczam, że będziemy tu bezpieczni. Wątpię, czy po tym wszystkim jakiekolwiek paleoceńskie zwierzę będzie na tyle nierozsądne, by dziś wieczorem zakłócać spokój ludziom. Być może jednak powinniśmy rozpalić ognisko. Czy ma pan zapałki, Stubbins?
— O tak, sir. — Poklepał się po kieszeni na piersi i zagrzechotały zapałki w pudełku. — Proszę się o to nie martwić.
— Dobrze.
Ruszyłem wzdłuż plaży, idąc równym krokiem, ale ramiona okropnie mnie bolały, a nogi mi drżały. Stubbins dostrzegł moje cierpienie i zachował się bardzo uprzejmie — bez słowa przewiesił karabin maszynowy przez swoje szerokie plecy i wziął nieprzytomnego Morloka z mych rąk. Był silny i wydawało się, że Nebogipfel wcale mu nie ciąży.
Szliśmy dalej, aż znaleźliśmy odpowiednie zagłębienie w ścianie lasu i tam rozbiliśmy obóz na noc.
12. SKUTKI BOMBARDOWANIA
Poranek był świeży i pogodny.
Obudziłem się przed Stubbinsem. Nebogipfel był nadal nieprzytomny. Zszedłem na plażę i zbliżyłem się do krawędzi morza. Przede mną nad oceanem wstawało słońce, dość mocno grzało. Usłyszałem trzaski i trele leśnych zwierząt, które już były zaabsorbowane swoimi drobnymi sprawami. W odległości kilkuset jardów od lądu po wodzie prześlizgnął się gładki, czarny kształt — wydawało mi się, że to płaszczka.
Podczas tych pierwszych chwil nowego dnia paleoceński świat był taki pełen życia i dziewiczy, jak przed przybyciem Gibsona i jego oddziału ekspedycyjnego. Jednakże słup fioletowego ognia nadal tryskał z epicentrum wybuchu w lesie na wysokość co najmniej tysiąca stóp. Po bokach tamtego słupa wystrzeliwały rozpalone snopy — kawałki stopionych skał i ziemi — zostawiając za sobą paraboliczne smugi jarzącego się światła. Nad tym wszystkim tkwiła chmura pyłu i pary w kształcie parasola; jej obrzeża były postrzępione wskutek podmuchów wiatru.
Zjedliśmy śniadanie złożone z wody i miąższu orzechów kokosowych. Nebogipfel był przygaszony, osłabiony i mówił chropawym głosem, ale odradził Stubbinsowi i mnie powrót do zniszczonego obozu. Powiedział, że być może jesteśmy jedynymi ludźmi, którzy pozostali żywi w paleocenie, i musimy myśleć o tym, jak przeżyć. Nebogipfel przekonywał nas, że powinniśmy odejść jeszcze dalej — w jego mniemaniu kilka mil — i rozbić obóz w jakimś spokojnym miejscu, bezpiecznym od radioaktywnego promieniowania karolinu.
— Ja wracam — oświadczył Stubbins bez ogródek, przezwyciężając swój wrodzony szacunek dla przełożonych. — Słyszę, co pan mówi, ale prawda jest taka, że być może leżą tam chorzy i umierający ludzie. Nie mógłbym ich tak po prostu zostawić. — Odwrócił się do mnie, a jego otwarta, szczera twarz była zmarszczona z powodu zatroskania. — To by było niewłaściwe, prawda, sir?
— Tak, Stubbins — odparłem. — Zupełnie niewłaściwe.
Tak więc jeszcze przed południem Stubbins i ja wybraliśmy się w drogę powrotną wzdłuż plaży w kierunku zniszczonego obozu. Stubbins nadal miał na sobie mundur w kolorze zieleni dżungli, który przetrwał poprzedni dzień prawie bez uszczerbku. Oczywiście, ja byłem ubrany w strzępy spodni w kolorze khaki, które miałem na sobie w chwili bombardowania. Zgubiłem nawet buty i czułem się wyjątkowo źle wyekwipowany, kiedy wyruszaliśmy w drogę. Nie mieliśmy żadnych środków medycznych z wyjątkiem apteczki z bandażami i maściami, którą Stubbins nosił na własny użytek. Zebraliśmy jednak kilka kokosów z drzew palmowych, wylaliśmy z nich mleko i napełniliśmy skorupy świeżą wodą. Obaj zawiesiliśmy sobie po pięć lub sześć takich skorup na szyi, nanizując je na kawałki liany. Pomyśleliśmy, że w ten sposób pomożemy ofiarom bombardowania, które uda nam się odnaleźć.
Odgłosy powolnej, nieprzerwanej eksplozji bomby rozlegały się w równych odstępach czasu: nijaki dźwięk podobny do ryku wodospadu, któremu towarzyszyły wstrząsy ziemi. Nebogipfel kazał nam obiecać, że nie podejdziemy bliżej niż na milę do miejsca, w którym spadła bomba. Kiedy dotarliśmy do części plaży, która według naszych obliczeń leżała w odległości mili od centrum wybuchu, słońce wspięło się wysoko na niebie. Teraz znajdowaliśmy się w cieniu wiecznej, trującej chmury w kształcie parasola. Purpurowo-fioletowy blask nieustannej eksplozji w epicentrum był tak silny, że rzucał cień przede mną na plaży.
Zamoczyliśmy stopy w morzu. Zanurzyłem obolałe kolana i łydki w wodzie, i rozkoszowałem się ciepłem promieni słonecznych na twarzy. To ironia, ale dzień był piękny, niebo pogodne, a morze skąpane w świetle. Zauważyłem, że przypływ już naprawił wiele zniszczeń plaży, których poprzedniego dnia dokonaliśmy my, ludzie. Małże ponownie zagrzebały się piasku koloru sadzy i zobaczyłem żółwia, który przemykał przez płycizny, tak blisko, że prawie mogliśmy go dotknąć.
Poczułem się bardzo stary i niezmiernie zmęczony, całkowicie nie na miejscu w tych pradziejach świata.
Oddaliliśmy się od plaży i wkroczyliśmy w las. Wszedłem w półmrok zmaltretowanej puszczy z obawą. Zamierzaliśmy przedrzeć się przez las wokół obozu, zataczając koło w bezpiecznej odległości jednej mili. Wystarczała znajomość szkolnej geometrii, by obliczyć, że będziemy musieli przejść sześć mil, nim okrążymy obóz i ponownie dotrzemy do plaży. Wiedziałem jednak, że poruszanie się dokładnie po łuku będzie trudne, lub nawet niemożliwe, i spodziewałem się, że w sumie cała droga będzie znacznie dłuższa i zajmie nam kilka godzin.
Zbliżyliśmy się do epicentrum wybuchu dostatecznie blisko, by zobaczyć przewrócone i roztrzaskane drzewa — drzewa zniszczone w jednej chwili, które wprzecież mogły stać przez sto lub więcej lat — i musieliśmy przedzierać się przez zwęglone, zdruzgotane pniaki oraz zwęglone resztki leśnego baldachimu. Nawet w miejscach, gdzie skutki pierwszej fali uderzeniowej były mniej dotkliwe, zobaczyliśmy blizny po burzy ogniowej, która przemieniła całe kępy drzew dipterocarps w skupiska zwęglonych, ogołoconych pni podobnych do olbrzymich zużytych zapałek. Baldachim był dość poszarpany i światło dzienne przebijające się do podłoża lasu było znacznie silniejsze niż to, do którego przywykłem. Mimo to w lesie królowały cienie i półmrok. Fioletowy żar śmiertelnej, nieustannej eksplozji rzucał niezdrowy blask na przypalone szczątki drzew i fauny.
Nic dziwnego, że zwierzęta i ptaki, które przeżyły — nawet owady — uciekły z pokiereszowanego lasu i szliśmy dalej w dziwnej ciszy, którą przerywał jedynie szeleszczący odgłos naszych kroków i równomierny, gorący oddech leja ogniowego po bombie.
W niektórych miejscach przewrócone drzewa nadal były tak gorące, że parowały lub nawet świeciły w ciemnoczerwonym kolorze. Niebawem moje gołe stopy były pokryte pęcherzami i poparzone. Obwiązałem sobie podeszwy trawą, by je ochronić, i przypomniałem sobie, jak zrobiłem tak samo, kiedy uciekałem z lasu, który spaliłem w roku Pańskim 802 701. Kilkakrotnie natknęliśmy się na zwłoki jakiegoś biednego zwierzęcia, które dostało się w wir niepojętej katastrofy. Pomimo pożaru procesy gnicia lasu postępowały w dość szybkim tempie i podczas drogi zmuszeni byliśmy wytrzymywać odór zgnilizny i śmierci. W pewnym momencie nastąpiłem na rozpływające się resztki jakiegoś małego stworzenia — chyba planetaterium — i biedny Stubbins musiał zaczekać na mnie, kiedy z odgłosami obrzydzenia zeskrobywałem sobie szczątki zwierzątka z podeszwy stopy.