Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]
- Автор: Лори Хью
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Albatros
- ISBN: 978-83-06-03097-1
- Переводчик: Jacek Konieczny
- Жанр: Шпионские детективы
Электронная книга - «Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]». Краткое содержание книги:
Latifa siedziała u podnóża głównych schodów, rysując butem marmurową posadzkę i bawiąc się uzi.
Spojrzałem na nią i przypomniało mi się oczywiście, co robiliśmy w łóżku — ale też chwile wesołości, frustracji i spaghetti. Latifa potrafiła się czasami zachowywać w sposób nieznośny. Była kompletnie popieprzona i niereformowalna niemal pod każdym względem. Ale jednocześnie wspaniała.
— Wszystko będzie dobrze — powiedziałem.
Uniosła głowę i spojrzała na mnie.
Zastanawiałem się, czy myśli o tym samym, co ja.
— A kto, kurwa, powiedział, że nie będzie? — rzuciła i przeczesała palcami włosy, spuszczając kilka kosmyków na twarz, żeby zasłonić się przed moim wzrokiem.
Zaśmiałem się.
— Ricky — zawołał Cyrus, wychylając się przez poręcz na pierwszym piętrze.
— Co? — krzyknąłem.
— Chodź na górę. Cisco chce cię widzieć.
W czasie mojej nieobecności zakładnicy rozsiedli się po całym kilimie, trzymając sobie głowy na kolanach, opierając się o siebie plecami. Dyscyplina rozluźniła się na tyle, że kilkoro z nich wyprostowało nogi, wystawiając je poza obręb kilimu. Troje lub czworo śpiewało Swannee River cichym, znużonym głosem.
— O co chodzi? — zapytałem.
Francisco wskazał na Beamona, który podał mi słuchawkę telefonu. Skrzywiłem się i machnąłem ręką, jakbym mówił, że zapewne dzwoni moja żona, zresztą i tak będę w domu za pół godziny. Ale Beamon trzymał uparcie słuchawkę w powietrzu.
— Wiedzą, że jesteś Amerykaninem — stwierdził.
Wzruszyłem ramionami: i co z tego.
— Pogadaj z nimi, Ricky — powiedział Francisco. — Co ci szkodzi?
Jeszcze raz wzruszyłem ramionami, nachmurzony — Jezusie, po co tracić czas — po czym podszedłem wolnym krokiem do biurka. Beamon posłał mi gniewne spojrzenie, kiedy podawał mi słuchawkę.
— Przeklęty Amerykanin — wyszeptał.
— Pocałuj mnie w dupę — powiedziałem i przyłożyłem słuchawkę do ucha. — Tak?
Usłyszałem trzask, brzęczenie i ponownie trzask.
— Lang — odezwał się głos.
Zaczyna się, pomyślałem.
— Tak — powiedział Ricky.
— Co słychać?
Głos należał do Russella R Barnesa, dupka z tamtej parafii. Mimo trzasków zakłócających połączenie w jego głosie przebrzmiewała pewność siebie człowieka, który lubi wszystkich poklepywać po plecach.
— Czego, kurwa, chcesz? — zapytał Ricky.
— Pomachaj do mnie — powiedział Barnes. Dałem znak Franciscowi, który podał mi przez stół lornetkę. Podszedłem do okna. — Chcesz spojrzeć w lewo.
Tak naprawdę nie chciałem.
Kilka budynków dalej, otoczona jeepami i wojskowymi ciężarówkami, stała grupka mężczyzn. Jedni w kombinezonach, inni nie.
Podniosłem lornetkę do oczu i zobaczyłem powiększone drzewa i domy, po czym nagle w pole widzenia wskoczył Barnes. Oddaliłem i wycentrowałem obraz. Oto i on, w pełnej krasie, z telefonem przy uchu i lornetką przy oczach. Naprawdę do mnie machał.
Przyjrzałem się reszcie grupy, ale nie dostrzegłem nigdzie prążkowanych szarych spodni.
— Chciałem się tylko przywitać, Tom — powiedział Barnes.
— Jasne — odparł Ricky.
Linia telefoniczna trzeszczała, a każdy z nas czekał, aż drugi się odezwie. Wiedziałem, że wytrzymam dłużej niż on.
— A więc, Tom — odezwał się wreszcie Barnes — kiedy możemy się spodziewać, że stamtąd wyjdziesz?
Odwróciłem wzrok od lornetki i zerknąłem na Francisco, Beamona i zakładników. Spojrzałem na nich i pomyślałem o innych ludziach, którzy mieli zginąć.
— Nie mamy zamiaru wyjść — powiedział Ricky. Francisco powoli skinął głową.
Spojrzałem przez lornetkę i zobaczyłem, że Barnes się śmieje. Nie słyszałem go, bo odsunął słuchawkę od twarzy, ale widziałem, jak odrzucił do tyłu głowę i wyszczerzył zęby. Po chwili zwrócił się do pozostałych mężczyzn, powiedział coś do nich i niektórzy z nich również się zaśmiali.
— Jasne, Tom. Kiedy…
— Mówię serio — powiedział Ricky a Barnes nadal się uśmiechał. — Kimkolwiek jesteś, nic nie wskórasz.
Barnes potrząsnął głową ubawiony moim występem.
— Może i jesteś sprytny — powiedziałem i zobaczyłem, że kiwa głową. — Może i jesteś wykształcony. Może nawet jesteś absolwentem college'u. — Uśmiech zamarł na twarzy Barnesa. Podobało mi się to. — Ale żadne twoje sztuczki na nic się tu zdadzą.
Opuścił lornetkę i wytrzeszczył oczy. Nie dlatego, że chciał mnie zobaczyć, ale dlatego, że chciał, abym to ja zobaczył jego. Miał kamienną twarz.
— Lepiej w to uwierz, panie absolwencie — dodałem.
Stał w bezruchu, przeszywając wzrokiem niespełna — dwieście metrów, jakie nas dzieliły. Krzyknął coś i przyłożył słuchawkę do ucha.
— Posłuchaj mnie uważnie, gnoju. Nie obchodzi mnie, czy opuścisz budynek, czy nie. A jeżeli już go opuścisz, to nie obchodzi mnie, czy wyjdziesz na własnych nogach, zostaniesz wyniesiony w dużym gumowym worku czy w wielu malutkich gumowych workach. Muszę cię jednak ostrzec, Lang — przycisnął słuchawkę mocniej do ust, tak że słyszałem ślinę w jego głosie. — Lepiej nie zadziera) z postępem. Rozumiesz, co do ciebie mówię? Nie możemy hamować postępu.
— Jasne — powiedział Ricky.
— Jasne — powiedział Barnes. Zobaczyłem, że spogląda w bok. — Popatrz w prawo, Lang. Niebieska toyota.
Zrobiłem, jak kazał, i przed oczami zatańczyła mi przednia szyba samochodu. Zatrzymałem na niej obraz.
Naimh Morderstone i Sara Woolf siedzieli obok siebie na przednich siedzeniach toyoty, pijąc coś ciepłego z plastikowych kubków. W oczekiwaniu na rozpoczęcie finału mistrzostw świata. Sara patrzyła na coś, albo na nic, między nogami, a Morderstone przeglądał się w lusterku wstecznym. Najwyraźniej nie przeszkadzało mu to, co widział.
— Postęp, Lang — powiedział głos Barnesa. — Postęp służy wszystkim.
Przerwał, a ja ponownie przesunąłem lornetkę w lewo i zdążyłem zobaczyć, że się uśmiecha.
— Posłuchaj — powiedziałem, nasycając głos niepokojem — pozwól mi tylko z nią porozmawiać, dobrze?
Kątem oka zobaczyłem, że Francisco wyprostował się na krześle. Musiałem go uspokoić, więc oddaliłem słuchawkę od twarzy i uśmiechnąłem się zawstydzony przez ramię.
— Moja mama — wyjaśniłem. — Martwi się o mnie.
Zaśmialiśmy się obaj cicho.
Spojrzałem ponownie przez lornetkę i zobaczyłem, że Barnes stoi obok toyoty. W środku Sara trzymała słuchawkę przy ustach, a Morderstone obrócił się na siedzeniu i się jej przyglądał.
— Thomas? — odezwała się niskim, chropowatym głosem.
— Cześć.
Zapadło milczenie, podczas którego podzieliliśmy się jedną czy dwoma interesującymi myślami za pośrednictwem trzaskającej linii.
— Czekam na ciebie.
To właśnie chciałem usłyszeć. Morderstone powiedział coś, czego nie zrozumiałem. Barnes sięgnął ręką przez okno i odebrał Sarze słuchawkę.
— Nie mamy czasu na zabawy, Tom. Możecie sobie porozmawiać do woli, kiedy już tu dotrzesz — uśmiechnął się. — Chciałbyś się ze mną podzielić jakimiś przemyśleniami, Thomas? Zamienić słówko? Jedno mi wystarczy: tak lub nie.
Stałem, przyglądając się, jak Barnes mi się przygląda, i zwlekałem z odpowiedzią, na ile tylko starczyło mi śmiałości. Chciałem, żeby poczuł wagę mojej decyzji. Sara na mnie czekała.