Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Шпионские детективы » Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]
Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]

Электронная книга - «Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]». Краткое содержание книги:

Podczas wycieczki do Amsterdamu Thomas Lang dostaje propozycję zabójstwa Amerykanina, której nie przyjmuje. Po wielu przemyśleniach postanawia uprzedzić swoją niedoszłą ofiarę Woolfa. Ciąg nieprzypadkowych zdarzeń uzależnia go od Woolfa i jego córki Sary. Ich celem jest uniknięcie amerykańskiego planu ataku terrorystycznego, który miałby zmusić rząd do kupienia nowoczesnych helikopterów (projekt Absolwent). Thomas przez cały czas wmawia sobie, że nic nie czuje do dziewczyny, lecz gotowy jest zrobić dla niej wszystko. W pewnym momencie mężczyźni trafiają w pułapkę, Woolf zostaje zabity. Ranny Lang próbuje odnaleźć Sarę, pomoc w poszukiwaniach oferuje Ronnie — jej koleżanka z pracy. Thomas udaje się do ambasadora USA w Wielkiej Brytanii i uświadamia sobie jak zawiła i tajemnicza jest to sprawa. W ostateczności zostaje zmuszony to przygotowania tego ataku, inaczej Sara zginie.
1 ... 74 75 76 77 78 79 80 81 82 ... 87
Перейти на страницу:

— Skala naszej produkcji osiągnęła poziom, przy którym zaczęło nas niezwykle interesować uzyskanie licencji na eksport naszego produktu na rynek północnoamerykański. A coś mi podpowiada, że mógłby nam pan udzielić skromnej pomocy w przebrnięciu przez odpowiednie procedury.

Mówcie-mi-Roger pokiwał głową i zanotował coś na kartce. Widziałem, że miał przed sobą na biurku nasz list i wyglądało na to, że zakreślił kółkiem słowo „guma”, Miałem ochotę zapytać, dlaczego, ale chwila nie była ku temu odpowiednia.

— Roger — powiedziałem, wstając z krzesła — zanim przejdziemy do poważniejszych spraw…

Roger podniósł wzrok znad notatnika.

— W głębi korytarza, drugie drzwi na prawo.

— Dzięki — mruknąłem.

Ubikacja była pusta i pachniała sosną. Zaniknąłem drzwi na klucz, sprawdziłem godzinę, po czym wdrapałem się na deskę klozetową i otworzyłem okno.

Po lewej stronie zraszacz wystrzeliwał pełne gracji fontanny wody na równo przystrzyżony trawnik. Kobieta w sukience w drukowane wzory stała przy murze, wydłubując brud spod paznokci, a kilka metrów dalej mały pies gwałtownie się wypróżniał. W odległym narożniku ogrodnik w krótkich spodenkach i żółtym podkoszulku przycinał krzewy.

Na prawo pusto.

Więcej muru. Więcej trawnika. Więcej grządek.

I araukaria.

Zeskoczyłem z sedesu, ponownie sprawdziłem godzinę, otworzyłem drzwi i wyszedłem na korytarz.

Pusty.

Podszedłem szybko do schodów i zbiegłem na dół w podskokach, przeskakując co dwa stopnie, bębniąc dłonią po poręczy niespecjalnie do rytmu. Minąłem mężczyznę bez marynarki niosącego papier, ale zanim zdążył otworzyć usta, rzuciłem w jego stronę głośne „dzień dobry”.

Dotarłem na pierwsze piętro, skręciłem w prawo i zobaczyłem, że na tym korytarzu panował większy ruch.

W połowie długości stały dwie kobiety zagłębione w rozmowie, a po lewej stronie mężczyzna zamykał lub otwierał drzwi do biura.

Zerknąłem na zegarek i zwolniłem, przetrząsając kieszenie w poszukiwaniu czegoś, co być może zostawiłem gdzieś, a jeśli nie tam, to w innym miejscu, ale w sumie może w ogóle tego nie miałem, chociaż jeżeli jednak miałem, to czy powinienem wrócić i poszukać? Zatrzymałem się, marszcząc brwi, tymczasem mężczyzna po lewej otworzył w końcu drzwi do pokoju i spojrzał na mnie. Zaraz zapyta, czy się zgubiłem.

Wyciągnąłem rękę z kieszeni i uśmiechnąłem się do niego, pokazując pęk kluczy.

— Znalazłem — oznajmiłem, a on niepewnie skinął głową, kiedy go mijałem.

Z końca korytarza dobiegł sygnał windy. Przyspieszyłem trochę, pobrzękując trzymanymi w prawej ręce kluczami. Drzwi od windy otworzyły się i niski wózek wysunął się na korytarz.

Francisco i Hugo w czyściutkich niebieskich kombinezonach ostrożnie wyprowadzili wózek z windy; Francisco pchał, a Hugo przytrzymywał obiema rękami butelki, z wodą. Spokojnie, chciałem powiedzieć, kiedy zwolniłem aby ich przepuścić. To tylko woda, na litość boską. Obchodzisz się z nią, jakbyś wiózł żonę na salę porodową.

Francisco poruszał się powoli, sprawdzając numery na drzwiach, i prezentował się naprawdę bardzo dobrze, podczas gdy Hugo rozglądał się na wszystkie strony i oblizywał usta.

Zatrzymałem się przy tablicy ogłoszeniowej i obejrzałem ją dokładnie. Zdarłem trzy kartki papieru, dwie z nich dotyczyły ćwiczeń przeciwpożarowych, a trzecia zapraszała na barbecue u Boba i Tiny w niedzielne południe. Zacząłem je czytać, jakby zawierały coś interesującego, po czym ponownie sprawdziłem godzinę.

Spóźniali się.

Czterdzieści pięć sekund.

Nie mogłem w to uwierzyć. Po wszystkim, co uzgodniliśmy, co przećwiczyliśmy, co przysięgliśmy i ponownie przećwiczyliśmy, te małe dranie się spóźniały.

— Tak? — odezwał się głos.

Pięćdziesiąt pięć sekund.

Spojrzałem w głąb korytarza i zobaczyłem, że Francisco i Hugo dotarli do recepcji. Kobieta siedząca za biurkiem spoglądała na nich znad wielkich okularów.

Sześćdziesiąt pięć pieprzonych sekund.

— Salem alejkum — odezwał się łagodnym głosem Francisco.

— Alejkum salem — odparła kobieta.

Siedemdziesiąt.

Hugo poklepał ręką butelki, odwrócił się i spojrzał na mnie.

Ruszyłem w ich kierunku, zrobiłem dwa kroki i wtedy usłyszałem huk.

Usłyszałem i poczułem. Brzmiał jak wybuch bomby.

Kiedy oglądamy w telewizji zderzenie samochodów, do naszych uszu dociera dźwięk o określonym poziomie przygotowany przez dźwiękowca. Myślimy wtedy, że taki właśnie odgłos towarzyszy wypadkowi samochodowemu. Zapominamy jednak, a szczęśliwcy mogą tego w ogóle nie wiedzieć, jak wiele energii uwalnia się, kiedy pół tony metalu uderza w inne pół tony metalu. Albo w ścianę budynku. Ogromne ilości energii zdolne wstrząsnąć całym ciałem od stóp do głów, nawet jeżeli ktoś znajduje się w odległości stu metrów.

Klakson land rovera, zablokowany nożem Cyrusa, przerwał ciszę niczym ryk zwierzęcia. Po czym szybko ucichł, przytłumiony odgłosami otwierających się drzwi, odsuwanych krzeseł, ludzi przepychających się w drzwiach — patrzących po sobie, spoglądających w głąb korytarza.

Wszyscy zaczęli mówić na raz, najczęściej: „Jezus Maria, niech to szlag, co to, kurwa, było?”, i nagle przed moimi oczami znalazł się tuzin pleców, mknących w przeciwną stronę, potykających się, podskakujących i obijających się o siebie w pędzie ku klatce schodowej.

— Myśli pani, że powinniśmy sprawdzić, co się dzieje? — zapytał Francisco kobietę za biurkiem.

Spojrzała na niego, a następnie spod przymrużonych powiek w głąb korytarza.

— Nie mogę… rozumiecie… — wykonała gest w kierunku telefonu. Nie mam pojęcia, do kogo zamierzała zadzwonić.

Wymieniliśmy z Franciskiem spojrzenia trwające jedną setną sekundy.

— Czy to była… — zacząłem, patrząc nerwowo na kobietę. — Czy nie wydaje wam się, że to brzmiało jak bomba?

Położyła jedną rękę na słuchawce, drugą rękę wyciągnęła przed siebie, kierując dłoń w stronę okna, prosząc świat, aby zatrzymał się na chwilę i pozwolił jej dojść siebie.

Ktoś krzyknął w oddali.

Musiał zobaczyć krew na koszuli Benjamina, przewrócić się albo po prostu nabrać ochoty, żeby sobie krzyknąć. Kobieta podniosła się z krzesła.

— Cóż tam się mogło stać? — zapytał Francisco, a Hugo zaczął okrążać biurko.

Tym razem nawet na niego nie spojrzała.

— Poinformują nas — rzuciła, spoglądając obok mnie w głąb korytarza. — Powinniśmy pozostać na miejscach, a powiedzą nam, co mamy robić.

Kiedy wypowiedziała te słowa, rozległ się metaliczny trzask i kobieta natychmiast zorientowała się, że był czymś nienaturalnym, zupełnie niepasującym do tego miejsca. Istnieją dobre trzaski i złe trzaski, a ten brzmiał zdecydowanie jak jeden z najgorszych.

Obróciła się gwałtownie i spojrzała na Hugona.

— Droga pani — powiedział z błyszczącymi oczami — trzeba było skorzystać z okazji.

Już po wszystkim.

Sytuacja opanowana, humory dopisują.

Od trzydziestu pięciu minut sprawujemy kontrolę nad budynkiem i ogólnie rzecz biorąc, sytuacja mogła wyglądać o wiele gorzej.

Marokański personel opuścił parter, a Hugo i Cyrus opróżnili całe drugie i trzecie piętro, kierując mężczyzn i kobiety schodami na dół i na ulicę, pokrzykując przy okazji niepotrzebnie co chwilę „No, dalej”, „Ruchy, ruchy”.

1 ... 74 75 76 77 78 79 80 81 82 ... 87
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)