Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]
- Автор: Лори Хью
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Albatros
- ISBN: 978-83-06-03097-1
- Переводчик: Jacek Konieczny
- Жанр: Шпионские детективы
Электронная книга - «Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]». Краткое содержание книги:
— Skala naszej produkcji osiągnęła poziom, przy którym zaczęło nas niezwykle interesować uzyskanie licencji na eksport naszego produktu na rynek północnoamerykański. A coś mi podpowiada, że mógłby nam pan udzielić skromnej pomocy w przebrnięciu przez odpowiednie procedury.
Mówcie-mi-Roger pokiwał głową i zanotował coś na kartce. Widziałem, że miał przed sobą na biurku nasz list i wyglądało na to, że zakreślił kółkiem słowo „guma”, Miałem ochotę zapytać, dlaczego, ale chwila nie była ku temu odpowiednia.
— Roger — powiedziałem, wstając z krzesła — zanim przejdziemy do poważniejszych spraw…
Roger podniósł wzrok znad notatnika.
— W głębi korytarza, drugie drzwi na prawo.
— Dzięki — mruknąłem.
Ubikacja była pusta i pachniała sosną. Zaniknąłem drzwi na klucz, sprawdziłem godzinę, po czym wdrapałem się na deskę klozetową i otworzyłem okno.
Po lewej stronie zraszacz wystrzeliwał pełne gracji fontanny wody na równo przystrzyżony trawnik. Kobieta w sukience w drukowane wzory stała przy murze, wydłubując brud spod paznokci, a kilka metrów dalej mały pies gwałtownie się wypróżniał. W odległym narożniku ogrodnik w krótkich spodenkach i żółtym podkoszulku przycinał krzewy.
Na prawo pusto.
Więcej muru. Więcej trawnika. Więcej grządek.
I araukaria.
Zeskoczyłem z sedesu, ponownie sprawdziłem godzinę, otworzyłem drzwi i wyszedłem na korytarz.
Pusty.
Podszedłem szybko do schodów i zbiegłem na dół w podskokach, przeskakując co dwa stopnie, bębniąc dłonią po poręczy niespecjalnie do rytmu. Minąłem mężczyznę bez marynarki niosącego papier, ale zanim zdążył otworzyć usta, rzuciłem w jego stronę głośne „dzień dobry”.
Dotarłem na pierwsze piętro, skręciłem w prawo i zobaczyłem, że na tym korytarzu panował większy ruch.
W połowie długości stały dwie kobiety zagłębione w rozmowie, a po lewej stronie mężczyzna zamykał lub otwierał drzwi do biura.
Zerknąłem na zegarek i zwolniłem, przetrząsając kieszenie w poszukiwaniu czegoś, co być może zostawiłem gdzieś, a jeśli nie tam, to w innym miejscu, ale w sumie może w ogóle tego nie miałem, chociaż jeżeli jednak miałem, to czy powinienem wrócić i poszukać? Zatrzymałem się, marszcząc brwi, tymczasem mężczyzna po lewej otworzył w końcu drzwi do pokoju i spojrzał na mnie. Zaraz zapyta, czy się zgubiłem.
Wyciągnąłem rękę z kieszeni i uśmiechnąłem się do niego, pokazując pęk kluczy.
— Znalazłem — oznajmiłem, a on niepewnie skinął głową, kiedy go mijałem.
Z końca korytarza dobiegł sygnał windy. Przyspieszyłem trochę, pobrzękując trzymanymi w prawej ręce kluczami. Drzwi od windy otworzyły się i niski wózek wysunął się na korytarz.
Francisco i Hugo w czyściutkich niebieskich kombinezonach ostrożnie wyprowadzili wózek z windy; Francisco pchał, a Hugo przytrzymywał obiema rękami butelki, z wodą. Spokojnie, chciałem powiedzieć, kiedy zwolniłem aby ich przepuścić. To tylko woda, na litość boską. Obchodzisz się z nią, jakbyś wiózł żonę na salę porodową.
Francisco poruszał się powoli, sprawdzając numery na drzwiach, i prezentował się naprawdę bardzo dobrze, podczas gdy Hugo rozglądał się na wszystkie strony i oblizywał usta.
Zatrzymałem się przy tablicy ogłoszeniowej i obejrzałem ją dokładnie. Zdarłem trzy kartki papieru, dwie z nich dotyczyły ćwiczeń przeciwpożarowych, a trzecia zapraszała na barbecue u Boba i Tiny w niedzielne południe. Zacząłem je czytać, jakby zawierały coś interesującego, po czym ponownie sprawdziłem godzinę.
Spóźniali się.
Czterdzieści pięć sekund.
Nie mogłem w to uwierzyć. Po wszystkim, co uzgodniliśmy, co przećwiczyliśmy, co przysięgliśmy i ponownie przećwiczyliśmy, te małe dranie się spóźniały.
— Tak? — odezwał się głos.
Pięćdziesiąt pięć sekund.
Spojrzałem w głąb korytarza i zobaczyłem, że Francisco i Hugo dotarli do recepcji. Kobieta siedząca za biurkiem spoglądała na nich znad wielkich okularów.
Sześćdziesiąt pięć pieprzonych sekund.
— Salem alejkum — odezwał się łagodnym głosem Francisco.
— Alejkum salem — odparła kobieta.
Siedemdziesiąt.
Hugo poklepał ręką butelki, odwrócił się i spojrzał na mnie.
Ruszyłem w ich kierunku, zrobiłem dwa kroki i wtedy usłyszałem huk.
Usłyszałem i poczułem. Brzmiał jak wybuch bomby.
Kiedy oglądamy w telewizji zderzenie samochodów, do naszych uszu dociera dźwięk o określonym poziomie przygotowany przez dźwiękowca. Myślimy wtedy, że taki właśnie odgłos towarzyszy wypadkowi samochodowemu. Zapominamy jednak, a szczęśliwcy mogą tego w ogóle nie wiedzieć, jak wiele energii uwalnia się, kiedy pół tony metalu uderza w inne pół tony metalu. Albo w ścianę budynku. Ogromne ilości energii zdolne wstrząsnąć całym ciałem od stóp do głów, nawet jeżeli ktoś znajduje się w odległości stu metrów.
Klakson land rovera, zablokowany nożem Cyrusa, przerwał ciszę niczym ryk zwierzęcia. Po czym szybko ucichł, przytłumiony odgłosami otwierających się drzwi, odsuwanych krzeseł, ludzi przepychających się w drzwiach — patrzących po sobie, spoglądających w głąb korytarza.
Wszyscy zaczęli mówić na raz, najczęściej: „Jezus Maria, niech to szlag, co to, kurwa, było?”, i nagle przed moimi oczami znalazł się tuzin pleców, mknących w przeciwną stronę, potykających się, podskakujących i obijających się o siebie w pędzie ku klatce schodowej.
— Myśli pani, że powinniśmy sprawdzić, co się dzieje? — zapytał Francisco kobietę za biurkiem.
Spojrzała na niego, a następnie spod przymrużonych powiek w głąb korytarza.
— Nie mogę… rozumiecie… — wykonała gest w kierunku telefonu. Nie mam pojęcia, do kogo zamierzała zadzwonić.
Wymieniliśmy z Franciskiem spojrzenia trwające jedną setną sekundy.
— Czy to była… — zacząłem, patrząc nerwowo na kobietę. — Czy nie wydaje wam się, że to brzmiało jak bomba?
Położyła jedną rękę na słuchawce, drugą rękę wyciągnęła przed siebie, kierując dłoń w stronę okna, prosząc świat, aby zatrzymał się na chwilę i pozwolił jej dojść siebie.
Ktoś krzyknął w oddali.
Musiał zobaczyć krew na koszuli Benjamina, przewrócić się albo po prostu nabrać ochoty, żeby sobie krzyknąć. Kobieta podniosła się z krzesła.
— Cóż tam się mogło stać? — zapytał Francisco, a Hugo zaczął okrążać biurko.
Tym razem nawet na niego nie spojrzała.
— Poinformują nas — rzuciła, spoglądając obok mnie w głąb korytarza. — Powinniśmy pozostać na miejscach, a powiedzą nam, co mamy robić.
Kiedy wypowiedziała te słowa, rozległ się metaliczny trzask i kobieta natychmiast zorientowała się, że był czymś nienaturalnym, zupełnie niepasującym do tego miejsca. Istnieją dobre trzaski i złe trzaski, a ten brzmiał zdecydowanie jak jeden z najgorszych.
Obróciła się gwałtownie i spojrzała na Hugona.
— Droga pani — powiedział z błyszczącymi oczami — trzeba było skorzystać z okazji.
Już po wszystkim.
Sytuacja opanowana, humory dopisują.
Od trzydziestu pięciu minut sprawujemy kontrolę nad budynkiem i ogólnie rzecz biorąc, sytuacja mogła wyglądać o wiele gorzej.
Marokański personel opuścił parter, a Hugo i Cyrus opróżnili całe drugie i trzecie piętro, kierując mężczyzn i kobiety schodami na dół i na ulicę, pokrzykując przy okazji niepotrzebnie co chwilę „No, dalej”, „Ruchy, ruchy”.