Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]
- Автор: Лори Хью
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Albatros
- ISBN: 978-83-06-03097-1
- Переводчик: Jacek Konieczny
- Жанр: Шпионские детективы
Электронная книга - «Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]». Краткое содержание книги:
— Gdzie ty się, kurwa, podziewałeś?
Zrobiłem zdziwioną minę.
— Byłem na dachu — wyjaśniłem. — Poszedłem…
— Latifa jest na dachu — warknął.
Mierzyliśmy się wzrokiem. Dyszał, częściowo z wysiłku, częściowo ze złości.
— Powiedziałem jej, żeby zeszła do holu, Benj. Mamy dostać śniadanie…
Wtedy, w przypływie gniewu, Benjamin podniósł steyra na wysokość policzka, zaciskając pięści na kolbie.
Lufa pistoletu nagle zniknęła.
Jak to się mogło stać, zastanawiałem się. Jak to możliwe, że lufa steyra, długa na czterysta dwadzieścia milimetrów, sześć żłobień, prawoskrętne gwintowanie… jak coś takiego może zniknąć.
No cóż, oczywiście nie mogła i nie zniknęła.
Była wycelowana we mnie.
— Ty zasrany sukinsynu — powiedział Benjamin.
Stałem, wpatrując się w czarny otwór.
Zostało czterdzieści pięć minut do godziny zero, a to, powiedzmy sobie szczerze, najgorszy moment, w którym Benjamin mógł podnieść kwestię tak poważną, zawiłą i wieloaspektową, jak Zdrada. Sugeruję, uprzejmie mam nadzieję, że moglibyśmy wrócić do tego później, ale Benjamin sądzi, że to doskonały moment.
— Ty zasrany sukinsynu. — Tak to ujmuje.
Problem polega częściowo na tym, że Benjamin nigdy mi nie ufał. Oto istota całego problemu. Benjamin podejrzewał mnie od samego początku i chce, abym teraz się o tym dowiedział, na wypadek gdybym miał ochotę zaprzeczyć.
Wszystko zaczęło się, mówi, od twojego wyszkolenia wojskowego.
Doprawdy, Benj?
Tak właśnie.
Nie mógł zasnąć w nocy, gapiąc się w dach namiotu i zastanawiając się, gdzie opóźniony w rozwoju mieszkaniec Minnesoty nauczył się rozkładać na części ml6 z zamkniętymi oczami dwa razy szybciej niż ktokolwiek inny. Od tego momentu zaczął się najwyraźniej zastanawiać nad moim akcentem, sposobem ubierania i gustami muzycznymi. I dlaczego licznik land rovera wskazuje, że przejechałem wiele mil, kiedy mówiłem, że wyskakuję tylko po piwo.
To oczywiście błahostki, które Ricky mógłby wyjaśnić bez większego wysiłku.
Jednak druga część problemu — natenczas, prawdę mówiąc, większa część — wynika z tego, że Benjamin majstrował przy centrali telefonicznej podczas mojej rozmowy z Barnesem.
Czterdzieści jeden minut.
— Więc jak będzie, Benj? — pytam.
Przyciska mocniej policzek do karabinu i, jeżeli dobrze widzę, palec spoczywający na spuście robi się biały.
— Zastrzelisz mnie? — pytam. — Teraz? Pociągniesz za spust?
Oblizuje wargi. Wie, o czym myślę.
Odsuwa twarz od steyra, nie odrywając swoich wielkich oczu ode mnie.
— Latifa! — woła przez ramię. Głośno. Ale nie dostatecznie głośno. Najwyraźniej ma jakiś problem z mówieniem.
— Usłyszą wystrzał, Benj — mówię — i pomyślą, że zabiliśmy zakładnika. Przypuszczą szturm na budynek. Zabiją nas wszystkich.
Wzdryga się na dźwięk słowa „zabiją” i przez moment wydaje mi się, że może wystrzelić.
— Latifa! — woła jeszcze raz. Tym razem głośniej. Nie mogę pozwolić, żeby zawołał po raz trzeci. Bardzo powoli ruszam w jego kierunku. Maksymalnie rozluźniam lewą rękę; na tyle, na ile można rozluźnić rękę.
— Wiele osób tam na zewnątrz, Benj — mówię, zbliżając się do niego — marzy tylko, aby usłyszeć wystrzał. Chcesz im zrobić taki prezent?
Ponownie oblizuje wargi. Raz. Drugi. Odwraca głowę w kierunku schodów.
Chwytam lufę lewą ręką i wpycham pistolet w jego ramię. Nie mam wyboru. Gdybym próbował mu ją wyrwać, nacisnąłbym na spust. Tak więc pcham ją do tyłu i w bok, a kiedy jego twarz wyłania się zza kolby wbijam nasadę dłoni pod nos Benjamina.
Pada na ziemię jak kłoda — szybciej niż kłoda, zupełnie jakby jakaś ogromna siła przycisnęła go z góry — i przez moment zastanawiam się, czy go nie zabiłem. Jednak jego głowa zaczyna się poruszać na boki i widzę, że z warg bucha mu krew.
Zabieram mu steyra, opuszczam bezpiecznik i w tym samym momencie Latifa krzyczy z góry.
— Tak?
Słyszę jej kroki na schodach. Nie idzie szybko, ale też nie powoli.
Spoglądam na Benjamina.
Tak wygląda demokracja, Benj. Jeden przeciwko wielu.
Latifa wychodzi zza rogu. Wciąż ma przewieszone przez ramię uzi.
— Jezus Maria — mówi, kiedy widzi krew. — Co się stało?
— Nie wiem — odpowiadam. Nie patrzę na nią. Pochylam się nad Benjaminem i przyglądam się z niepokojem jego twarzy. — Musiał upaść.
Latifa podchodzi do Benjamina, prawie się o mnie ocierając, i kuca przy nim. Spoglądam na zegarek.
Trzydzieści dziewięć minut.
— Zajmę się nim — mówi Latifa. — Idź do holu, Rick.
Co też czynię.
Przechodzę przez hol, przechodzę przez główne wejście, przez schody i przez sto pięćdziesiąt dwa metry dzielące schody od kordonu policji.
Kiedy do niego docieram, jest mi gorąco w głowę, ponieważ przyciskam kurczowo obie dłonie do jej czubka.
Jak można się było spodziewać, obszukali mnie, zupełnie jakby zdawali egzamin z obszukiwania, aby dostać się na Królewski Uniwersytet Obszukiwania. Pięć razy, od stóp do głów, usta, uszy, krocze, podeszwy butów. Zdarli ze mnie większość ubrań i na koniec wyglądałem jak otwarty prezent od Mikołaja.
Zajęło im to szesnaście minut.
Zostawili mnie na następnych pięć opartego o bok policyjnej furgonetki z rozstawionymi rękami i nogami, w tym czasie krzyczeli i kłębili się dookoła. Patrzyłem w ziemię. Sara na mnie czeka.
Chryste, lepiej, żeby tak było.
Minęła kolejna minuta, więcej krzyku, więcej przepychania się. Obejrzałem się przez ramię, myśląc, że jeżeli coś się szybko nie stanie, będę musiał to sprowokować. Cholerny Benjamin! Ramiona zaczęły mnie boleć od ciężaru opierającego się na nich ciała.
— Dobra robota, Thomas — odezwał się głos.
Spojrzałem w lewo pod ramię i zobaczyłem parę podniszczonych butów marki Red Wing. Jeden spoczywający płasko na ziemi, drugi odchylony w prawo z czubkiem wbitym w piasek. Powoli podniosłem głowę i odszukałem wzrokiem resztę Russella Barnesa.
Opierał się uśmiechnięty o drzwi furgonetki, wyciągając w moim kierunku paczkę marlboro. Miał na sobie skórzaną kurtkę lotniczą z nazwiskiem Connor wyszytym nad lewą piersią. Kto to, kurwa, jest Connor?
Obszukiwacze cofnęli się trochę, ale tylko trochę, wyraźnie z respektu przed Barnesem. Wielu z nich przyglądało mi się cały czas, zastanawiając się pewnie, czy nie przegapili jakiegoś kawałka mojego ciała.
Potrząsnąłem głową, dziękując za papierosa.
— Pozwól mi się z nią zobaczyć — powiedziałem.
Ponieważ na mnie czeka.
Barnes przyglądał mi się przez chwilę i ponownie się uśmiechnął. Czuł się dobrze, był zrelaksowany i rozluźniony. Dla niego zabawa się skończyła.
Spojrzał w lewo.
— Jasne.
Odepchnął się beztrosko od furgonetki, strzeliła metalowa powłoka drzwi, i dał mi znak gestem, żebym udał się za nim. Morze obcisłych koszul i panoramicznych okularów przeciwsłonecznych rozstępowało się, kiedy przekraczaliśmy je, zmierzając w kierunku niebieskiej toyoty.
Na prawo od nas za metalową barierką stały ekipy telewizyjne, zwoje kabli wiły się na ziemi, a niebieskobiałe światło reflektorów przebijało resztki nocy. Kilka kamer nakierowano na mnie, ale większość pozostawała wymierzona w budynek ambasady.
Odniosłem wrażenie, że CNN zajmowało najlepszą pozycję.